Duży może (chcieć) więcej - o regulaminie Facebook

Nie jestem użytkownikiem serwisu Facebook, co wywołało niedawno szczere zdziwienie kilku moich znajomych. To, co interesujące z punktu widzenia tego serwisu, to zamieszanie związane z wprowadzonymi "po cichu" zmianami w regulaminie Facebook, ich medialne nagłośnienie i następnie wycofanie się z wprowadzonych zmian. Wydaje mi się, że sprawa wymaga pewnej dyskusji, bo jak to możliwe, by świadczący usługi drogą elektroniczną mocą własnego regulaminu nadawał sobie jakieś prawa przysługujące użytkownikom? Ta dyskusja toczy się zresztą od pewnego czasu i wcale nie musi być oparta na przykładzie Facebooka.

O sprawie regulaminu Facebook pisze TVN24 w tekście Facebook ugiął się pod presją, Gazeta w tekście Facebook mówi: zaopiekujemy się Twoimi zdjęciami, Dziennik w tekście Facebook nie będzie kradł zdjęć użytkowników, i tak dalej. Sprawę ujawnił serwis The Consumerist w tekście Facebook's New Terms Of Service: "We Can Do Anything We Want With Your Content. Forever.".

Dla takiego "serwisu społecznościowego", który jest organizatorem "user generated content" (a więc - patrząc na to z punktu widzenia retoryki - nie "utworów", chociaż prawo autorskie nie widzi tu różnicy; por. Zielona Księga: Prawo autorskie w gospodarce opartej na wiedzy (bez wiedzy), Kampania społeczna na rzecz certyfikacji Twórców, Wydawcy prasy, internetowy clipping oraz "źródło internet"), możliwość decydowania przez użytkowników o ich utworach, informacjach dotyczących ich osób, etc., jest sporym utrudnieniem. Nie dziwię się zapędom (są takie również w Polsce), które polegają na wprowadzaniu do regulaminów świadczenia usług takich postanowień, które ograniczają prawa konsumentów (usługobiorców). Jednak od tego są takie instytucje, jak - w Polsce - rejestr klauzul abuzywnych, by takim tendencjom przeciwdziałać.

Problem z serwisami takimi jak Facebook, Google, Amazon, itp. jest taki, że np. z Facebooka korzysta podobno 175 milionów użytkowników na całym świecie. Trudno mi sobie wyobrazić, ilu ludzi korzysta z Google... Te serwisy, ze względu na skale działania, podobnie jak w przypadku olbrzymiej masy planety - zakrzywiają grawitacje społecznych zachowań (a pośrednio również regulacji prawnych) w swoim kierunku. Mówiąc inaczej - starają się zatroszczyć o lepszą swoją pozycję. Z punktu widzenia biznesowego nie dziwi mnie to wcale, gdyż chcą mieć pewność prawa, a więc i minimalizować ryzyko (prawne) prowadzenia działalności gospodarczej (ilu polskich przedsiębiorców ery 2.0 stać na to, by zawrzeć ugodę stanowiącą dla nich koszt kilkudziesięciu, kilkuset milionów dolarów; por. Przegląd wydarzeń - proces TPB, ugoda Google Book, pytania prejudycjalne o internetowy clipping...).

Jednak ta układanka jest bardziej skomplikowana. I tak, jak nie można przenieść na drugiego więcej praw niż się samemu posiada - są pewne ograniczenia w skuteczności wszelkiego rodzaju jednostronnych oświadczeń woli, które mają mieć skutek w sferze praw osoby trzeciej, czy wzorców umownych, takich jak regulaminy korzystania z serwisów (co od razu kojarzy mi się np. z problemem "polityk linkowania", por. Bijące źródła i problemy odnośników).

Nie mogę skutecznie oświadczyć sobie, że osoba trzecia przenosi na mnie prawa autorskie do swoich utworów (podobnie - nie mogę jednostronnie stwierdzić, że mnie nie obowiązuje powszechnie obowiązujące prawo, a czasem są takie próby; por. Decyzja w sprawie okładek płyt Warnera, Czy będzie kiedyś decyzja Prezesa UOKiK w sprawie oznaczeń książek?, ale również znacie to z klauzul "redakcja nie ponosi odpowiedzialności za..." - nie ponosi?).

W Polskich warunkach do przeniesienia praw autorskich wymagana jest forma pisemna pod rygorem nieważności. Postanowienia elektronicznych regulaminów tu nic nie poradzą (chyba, że się zmieni prawo). To, jeśli chodzi o przeniesienie, a jeszcze powstaje problem warunków ewentualnej licencji prawnoautorskiej, która bez formy pisemnej i w polskich warunkach, może być jedynie licencją niewyłączną, którą można zresztą wypowiedzieć (por. Sąd Najwyższy o Malawi. Koniec?, Jeszcze o Malawi). A przecież - co można pokazać na przykładzie pewnej historii użytkownika serwisu flickr.com - Licencja to nie wszystko, jeszcze wizerunek, prywatność, etc....

Również w sferze ochrony danych osobowych, osoba, której dane dotyczą, ma pewne uprawnienia związane z wyrażaniem zgody na przetwarzanie danych, również uprawnienia polegające na możliwości domagania się informacji na temat tego, jakie informacje na jej temat są przetwarzane przez jakiś podmiot, "o celu, zakresie i sposobie przetwarzania". Można domagać się poprawienia danych lub ich usunięcia (art. 32 ust. 1 pkt 6; w polskiej ustawie "Prawa osoby, której dane dotyczą" znajdują się m.in. w rozdziale 4, art. 32 i następne ustawy o ochronie danych osobowych; ale trzeba ich poszukiwać również np. w ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną i innych przepisach). Przepisy wprowadzają pewne zasady dotyczące "prawnie usprawiedliwionych celów realizowanych przez administratorów danych", chociaż dodaje się od razu - "a przetwarzanie nie narusza praw i wolności osoby, której dane dotyczą".

Jak pisze podlinkowany wyżej Dziennik:

Wystarczyły trzy dni, by Facebook - drugi największy serwis społecznościowy świata - pod presją krytyki użytkowników, położył uszy po sobie i przyznał się do błędu. Poszło o nowy regulamin, według którego wszystkie wgrane do serwisu zdjęcia i filmy stawały się własnością Facebooka. Dziś poprzednie zasady wróciły.

TVN24.pl zaś dodaje:

"Nowy kontrowersyjny regulamin został wycofany" - poinformował na swoim blogu założyciel Facebooka Mark Zuckerberg. Jak dodał, jest to rozwiązanie tymczasowe, "do czasu rozwiązania problemów, które poruszyli ludzie".

Dla mnie oczekiwanie rozwiązania tych "problemów" to postulat zmiany zasad prawodawczych w skali globalnej. Chociaż potrafię sobie wyobrazić prawo, którego aksjologia będzie zabierała użytkownikom prawa autorskie, prawa pokrewne, a także prawo decydowania o swoich danych, to jednak nie wierzę, by faktycznie tego typu mechanizmy zostały we współczesnych prawodawstwach wprowadzone. Oczywiście mogą pojawić się drobne i czasowe niekonsekwencje (por. GIODO: imię, nazwisko, zdjęcie, szkoła, klasa i rocznik - łącznie - nie są danymi osobowymi...), jednak ustali się z czasem linia orzecznicza niezawisłych sądów, która - jestem o tym przekonany - będzie raczej ochraniała "użytkowników" (usługobiorców), jako słabszych gospodarczo uczestników życia społecznego.

Prawo konsumenckie zyskuje w globalnym społeczeństwie informacyjnym na znaczeniu. Tak uważam. Chociaż wyzwaniem dla prawa są zasady odpowiedzialności za treści publikowane w takich serwisach jak... Wikipedia (por. "Polska Wikipedia" a ochrona dóbr osobistych).

Przeczytaj również:

Opcje przeglądania komentarzy

Wybierz sposób przeglądania komentarzy oraz kliknij "Zachowaj ustawienia", by aktywować zmiany.

Zauważ, że F. zmienił zdanie pod wpływem użytkowników a nie

jakichś instytucji.
To też jest rzecz znacząca.
Świetnie to ująłeś porównując działanie tych firm do grawitacji.
A z praw fizyki wynika, że jedną masę można zrównoważyć tylko inną porównywalną masą. I myślę, że w tym przypadku sieć 2.0 świetnie się spisała.
Bo taki F., podobnie jak Google czy Microsoft żadnych instytucji się nie boją. Ale klientów - tak. I to jak diabeł święconej wody.

Swoją drogą może potrzebujemy już czegoś takiego jak Wikipedia, ale zajmującego się naszymi prawami w internecie - gdzie demokratycznie - można będzie uznawać, co dla nas jako internautów staje się przeszkodą - i co - z tym proponujemy zrobić.

Taka oddolna inicjatywa :)

"Swoją drogą może

Swoją drogą może potrzebujemy już czegoś takiego jak Wikipedia, ale zajmującego się naszymi prawami w internecie - gdzie demokratycznie - można będzie uznawać, co dla nas jako internautów staje się przeszkodą - i co - z tym proponujemy zrobić.

W którym miejscu Wikipedia jest miejscem demokratycznego uznawania czegokolwiek? Chodzi Ci o dyskusje na temat treści poszczególnych haseł? OIMW taka dyskusja ma z góry wyznaczone granice:
1. Artykuły należy pisać z zachowaniem neutralnego punktu widzenia.
2. Wszelkie materiały, które mogą zostać zakwestionowane, a także wszelkie cytaty, powinny posiadać odniesienie do wiarygodnego, opublikowanego źródła. Nie przedstawiamy twórczości własnej.

Innymi słowy dyskusje nad hasłami Wikipedii nie dotyczą aksjomatów, ale wyłącznie ich zastosowania w konkretnym przypadku.

Tymczasem dyskusja nad prawem autorskim musiałaby być właśnie dyskusją o aksjomatach. To się nazywa polityka i raczej trudno sobie wyobrazić prowadzenie jej przez jakiś mechanizm typu Wikipedia. Jak w takiej procedurze zrealizować zasadę przedstawicielstwa? Każdy chętny jest legitymowany, a mniej chętny lub taki co do serwisu nie dotrze "pozbawiony czynnych praw wyborczych"? Takie rzeczy to tylko w SL (choć akurat tam panuje absolutyzm oświecony w stylu Google czy Facebook).

Poza tym, co za pomysł "można będzie uznawać, co dla nas jako internautów staje się przeszkodą - i co - z tym proponujemy zrobić". Jak komuś przeszkadzają prawa autorskie, zlikwidować. Przepisy ograniczające hacking hamują inwencję, zlikwidować. Ochrona dóbr osobistych nie pozwala z zupełną swobodą wylewać pomyj na innych, zlikwidować. Zakaz głoszenia negacjonizmu i poglądów rasistowskich ogranicza internautom wolność słowa, zlikwidować. Blog WO godzi w uczucia religijne większości Polaków - internautów, zlikwidować. Ciekawe ile czasu zajęłoby kolejnym Robespierre'om dojście do tego, że internet jest tylko dla ich zwolenników, a innych trzeba od niego odciąć.
Internet to nie jest żaden świat równoległy, o którym mogą decydować tylko internauci.

Demokracja jest możliwa

również w internecie, to tylko kwestia ram w jakich funkcjonuje.
Spójrz na fajny wpis:
http://yashke.com/2009/02/21/mysociety/

i zobacz, że jeśli się chce, to można wykorzystywać internet jako element demokratycznego nacisku.

Oczywiście wszystko ma swoje dobre i złe strony, ale jestem zwolennikiem rozwiązywania problemów a nie ich mnożenia.

Prosimy, nie kasujcie kont...

VaGla's picture

To ciekawe, że użytkownicy Facebooka "głosują nogami" i niektórzy postanowili usunąć swoje konta w tym serwisie, zaś wydawca serwisu prosi (niektórzy twierdzą, że błaga; por. Please don’t leave Facebook! - Zuckerberg begs), by ich nie usuwali. "Are you deleting because you are concerned about Facebook’s Terms of Service? This was a mistake that we have now corrected. You own the information you put on Facebook and you control what happens to it. We are sorry for the confusion." ma informować komunikat podczas procedury usuwania konta.
--
[VaGla] Vigilant Android Generated for Logical Assassination

I za to lubię amerykanów

że wiedzą, kto im daje chleb i po błędzie, do którego się przyznają - proszą o wybaczenie - a nie kręcą i udają, że nie ma tematu...

To się nazywa customer care :)

I po problemie?

Myślę, że stosownym byłoby zastosowanie możliwości wyboru licencji (na któej Facebook mógłby korzystać z materiałów) przy rejestracji każdego nowego konta.

Udzielając licencji niewyłącznej (jak sądzę większość internautów korzystających z Fb), nie ma powodów do obaw. Natomiast licencja wyłączna musiałaby iść w parze z realnymi korzyściami (może gratyfikacjami z odprzedaży itd?) płynącymi do kieszeni internauty.

Cóż... Nie ma to jak połaszczyć się na cudze materiały. To dobrze, że mnie uczono, że wszystko można, co nie można, ale... łyżeczką, nie chochlą...

O ile dobrze się

O ile dobrze się orientuję, to do tego serwisu zazwyczaj wgrywa się zdjęcia przedstawiające samego siebie, więc raczej w znaczącej większości wykonane przez kogoś innego. Jak niby w takim przypadku można przekazać prawa do nich?

a co z regulaminem wrzuta.pl

Analizuję zagadnienie regulaminów serwisów społecznościowych i trafiłam na zmieniony regulamin (obowiązuje od 27.05.2009 r.) www.wrzuta.pl, zwróćcie szczególną uwagę na punkt 14... Nie wszyscy uczą się na cudzych błędach.

Piotr VaGla Waglowski

VaGla
Piotr VaGla Waglowski - prawnik, publicysta i webmaster, autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet. Członek Rady ds Cyfryzacji przy Ministrze Cyfryzacji, ekspert w Departamencie Oceny Ryzyka Regulacyjnego Ministerstwa Rozwoju, felietonista miesięcznika "IT w Administracji" (wcześniej również felietonista miesięcznika "Gazeta Bankowa" i tygodnika "Wprost"). Uczestniczył w pracach Obywatelskiego Forum Legislacji, działającego przy Fundacji im. Stefana Batorego w ramach programu Odpowiedzialne Państwo. W 1995 założył pierwszą w internecie listę dyskusyjną na temat prawa w języku polskim, Członek Założyciel Internet Society Poland, pełnił funkcję Członka Zarządu ISOC Polska i Członka Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Był również Członkiem Rady Informatyzacji przy MSWiA, członkiem Zespołu ds. otwartych danych i zasobów przy Komitecie Rady Ministrów do spraw Cyfryzacji oraz Doradcą społecznym Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej ds. funkcjonowania rynku mediów w szczególności w zakresie neutralności sieci. W latach 2009-2014 Zastępca Przewodniczącego Rady Fundacji Nowoczesna Polska, w tym czasie był również Członkiem Rady Programowej Fundacji Panoptykon. Więcej >>