Chuderlawy młodzieniec a internetowe dziennikarstwo śledcze

Coraz ciekawiej się dzieje w sferze analizy dostępnych informacji. Ugruntowała się już chyba nowa gałąź dziennikarstwa śledczego, która polega na analizie wersji tekstów publikowanych w internecie. Takie dziennikarstwo śledcze musi być związane z opanowaniem narzędzi, wiedzą na temat systemu publikacji, wiedzą na temat wszelkich automatycznych kopii archiwalnych. W efekcie może to wszystko zaważyć na ocenie czy doszło do naruszenia dóbr osobistych czy nie, czy te dobra nadal są zagrożone. Pojawiają się też problemy związane z tajemnicą dziennikarską, rzetelnością, i wieloma innymi. Polskie Radio przeprosiło za to, że "przez pomyłkę opublikowali niezredagowaną wersję tekstu". Jakoś musieli wybrnąć, chociaż internet "swoje wie". I chociaż cała "afera" dotyczy pracy dziennikarzy w Sejmie, to poza linkiem, który teraz tu umieszczam, by nadać sprawie pewien własny kontekst: Plebejusze a dostęp do informacji o działalności organów władzy publicznej (no dobrze, jeszcze: Nie martw się Jarku o mnie), poniżej do tych spraw nie będę nawiązywał, może tylko wyrażę pewną nadzieję.

O co chodzi? Jan Osiecki (money.pl) w swoim blogu prowadzonym w ramach Salon24 opublikował tekst Autor, autor!!!. Ogłasza w nim koniec konkursu, który rozpoczął wcześniej w tekście Jak Polskie Radio bawi się w publicystykę. Otóż 28 czerwca ukazał się w serwisie internetowym Polskiego Radia tekst (dziś już na stronach radia zmieniony, ale w Google, zanim zostanie usunięty z cache pewnie jeszcze przez chwil parę będzie dostępny): Dziennikarze-bulteriery, dzicz czy reporterzy?. Tekst podpisany jest nazwiskiem Józefa Pleśniaka, a konkurs ogłoszony przez Osieckiego polegał na odkryciu prawdziwej tożsamości autora. Czemu to interesujące? Ano dlatego, że sam tekst w różnych miejscach był redagowany, a w pierwotnej wersji tekstu można było np. przeczytać:

Wracając do stada dziennikarskiego to nie ulega wątpliwości, że to nie news jest tutaj najbardziej istotny, ale właśnie sprowokowanie takiej sytuacji, by pogrążyć kogoś z rządu, czy kogoś innego. Zupełnie inaczej dziennikarze stadni odnoszą się do posłów opozycji, czyli nieformalnej koalicji SLD - PO. Najlepiej zorganizowaną siatkę stadną mają posłowie SLD. Wpadli oni na pomysł by przepytywali ich tylko dziennikarze specjalnie wyznaczeni do tego. Również pytania muszą być wcześniej przygotowane i zatwierdzone przez kancelarię SLD i centralnego cenzora. W tejże kancelarii, siedzi sobie jeden taki chuderlawy młodzieniec, którego chód zdradza, że może być innej orientacji seksualnej niż męska większość społeczeństwa. Nawiasem mówiąc wśród dziennikarzy jest bardzo duży odsetek tak zwanych gejów. Nie młoda dziennikarka z tak zwanego „złogu gomułkowsko-gierkowsko, jak sama o sobie mówiła”, widząc mnie w radiu stwierdziła tryumfalnie „O facet w radiu - to wielka rzadkość”.

Takie porównywanie niedostępnych już tekstów zyskuje swoje własne, ważne miejsce w systemie analizy źródeł. Można znaleźć teksty, które usunięto, można snuć rozważania dlaczego to się stało i np. czy nie ma to związku ze zmianą polityki - dajmy na to - rządu (por. Edukacja i administracja publiczna w globalnym społeczeństwie informacyjnym), można je - wreszcie - przywoływać w tekstach własnych, co powoduje, że potencjalnie utracone znów wracają "do życia". Analizy takie były już powodem "afer w blogosferze" - por. Huzia na Michalik... I nie zawsze chodzi o to, by sprawa zakończyła się prawomocnym orzeczeniem - wielu osobom wystarczy odpowiednio duże prawdopodobieństwo, by wyciągnąć swoje własne wnioski - tak (moim zdaniem) było w przypadku badania zawartości twardych dysków prezesa Wirtualnej Polski (por. Zawartość twardych dysków) - kto miał uwierzyć, ten uwierzył i nieważne, że nie zachowano żadnej procedury mającej na celu nieingerencję w dane (Różne historie twardych dysków: "Przeglądając pliki zmieniono jednak ich atrybuty, czym pozbawiono ich wartości dowodowej"). Mogę zaproponować również tekst: Internetowe dziennikarstwo jest trendy!

Osiecki kończąc swój konkurs pisze: "Ogłaszam koniec konkursu sprzed dwóch dni Autorem kuriozalnego dzieła ukrywającym się pod pseudonimem Józef Pleśniak jest Bartek Kalinowski jeden z nowych pracowników Polskiego Radia. I mam na to stuprocentowy dowód. Imię i nazwisko swojego rozmówcy przypomniał sobie Mikołaj Tocki z Radia Kolor". Przywołuje również różne wersje tekstu, które pojawiały się w innych serwisach agregujących.

Można sięgnąć do tekstu Radio przeprasza za "chuderlawego geja" w Onet.pl i tam fragment całej historii:

- Jestem oburzony tekstem w Polskim Radiu. Nie po to płacę abonament by znajdowały się tam takie artykuły. Rozważam podanie publicznej rozgłośni do sądu - mówi portalowi tvn24.pl Mościcki. Polskie Radio po jego interwencji najpierw zdjęło tekst, a następnie opublikowało go ponownie w okrojonej wersji. Nie było już w niej kontrowersyjnego fragmentu.

Można też sięgnąć do tekstu Chuderlawy gej - Polskie Radio o rzeczniku SLD w TVN24.

Samo radio publikuje 4 lipca "sprostowanie":

28 czerwca 2007 roku ukazał się na stronach Polskiego Radia artykuł autorstwa Józefa Pleśniaka „Dziennikarze-bulteriery. Dzicz czy reporterzy?” opisujący pracę sejmowych reporterów. Niestety, przez pomyłkę opublikowaliśmy niezredagowaną wersję tekstu. Znalazły się w niej treści, które mogły naruszyć dobra osobiste oraz dobre imię pana Piotra Mościckiego, Szefa Biura Prasowego Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Za nasz błąd przepraszamy pana Piotra Mościckiego i Czytelników.

Radosław Różycki

Redakcja Internetowa Polskiego Radia

screenshot serwisu Polskiego Radia

Screenshot serwisu Polskiego Radia, w którym 4 lipca ukazało się "sprostowanie". W serwisie tym dostępny jest poprawiony tekst Dziennikarze-bulteriery, dzicz czy reporterzy?, chociaż archiwalne kopie Google potrafią pokazać jego wcześniejsze wersje.

Generalnie - cała historia pokazuje kilka ciekawych problemów - naruszenie dóbr osobistych i problem usunięcia ich skutków, problem tajemnicy dziennikarskiej i możliwości publikowania pod pseudonimem i poszanowania tajemnicy dziennikarskiej, problem rzetelności dziennikarskiej, nieuczciwych praktyk rynkowych, problem dostępności do treści i manipulowania informacją (widać tylko tę, która aktualnie wypłynęła na wierzch bulgocącego gara z informacyjnym bigosem - wcześniejsze wersje chwilowo schowały się na dnie i trudno do nich dotrzeć przez parzącą maź, ale pewnie ktoś pamięta, że one tam mogą być). Jest jeszcze problem prawa do prywatności, można rozważać kwestie kradzieży tożsamości (por. phishing). Cała masa problemów i wszystkich nie dam rady w takim krótkim komentarzu wymienić.

Było w tym serwisie już o tym kilka razy (por. Kopia lokalna a monopol na informacje, Sąd orzekł podanie wyroku do publicznej wiadomości, Nieskuteczna klauzula nieodpowiedzialności), że z internetu trudno informację wymazać, ale jest to nadal możliwe. Przy zagrożeniu lub naruszeniu dóbr osobistych może też być potrzebne coś więcej niż zastąpienie jednego tekstu drugim. Może się okazać, że trzeba skorzystać z robots.txt, albo innych mechanizmów, by historia widziana w okienku komputera zmieniła nieco swoje oblicze w czasie.

Kolejny problem to prawo do publikowania pod pseudonimem. Może się okazać, że zbiorowa pamięć i analiza danych dostępnych w Sieci "wskażą" z dużym prawdopodobieństwem (jak to liczyć?) kto ukrywa się pod pseudonimem. Osiecki dokonał takiej analizy: "Bawiąc się googlem w poszukiwaniu tajemniczego Pleśniaka można trafić tylko na stronę Polskiego Radia oraz stronę niejakiego Bartka Kalinowskiego - obecnie młodego pracownika Polskiego Radia", ale nie był pewny co do autorstwa, nie wyciągał pochopnych wniosków na tym etapie, zaczął "kopać". W drugim tekście zaś pisze: "Imię i nazwisko swojego rozmówcy przypomniał sobie Mikołaj Tocki z Radia Kolor" - i to co sobie przypomniał Tocki również kieruję uwagę badacza na Kalinowskiego. Dwa i dwa = cztery. Ale czy zawsze? Nie chcę nikogo bronić, a jedynie zwrócić uwagę, że tak jak można manipulować informacją już raz opublikowaną, tak też można zmanipulować autorstwo. Cóż w sumie za problem stworzyć teraz kolejny tekst wiążący Kalinowskiego z Pleśniakiem? Sądzę, że to żaden problem. Tak więc problem, który widać na tych przykładach to problem zachowania rzetelności dziennikarskiej - bo owszem - trzeba sprawdzać źródła, ale jeśli bazuje się jedynie na internecie, to można zostać nieźle wkręconym. Tymczasem prawo autorskie pozwala autorowi publikowania pod pseudonimem i to samo uprawnienie przyznaje mu prawo prasowe ("Autorowi materiału prasowego przysługuje prawo zachowania w tajemnicy swojego nazwiska"). To element tajemnicy dziennikarskiej. I teraz można postawić sobie pytanie czy analiza dostępnych źródeł pozwalająca na wskazanie autorstwa kogoś, kto chciał, by jego materiał prasowy (zostawiam na boku na razie jego rzetelność) ukazał się pod pseudonimem godzi w systemową ochronę tajemnicy dziennikarstwa czy nie? Był już sygnalizowany problem związany naruszeniem tajemnicy dziennikarskiej przez tzw. retencję danych telekomunikacyjnych (por. Tajemnica dziennikarska blogerów, przegrana Apple, Zaraz w Polsce będzie pięcioletnia retencja, a zwłaszcza: Systemowa ochrona tajemnicy dziennikarskiej). Sądzę, że istnienie mechanizmów analizowania informacji musi prędzej czy później również zderzyć się z tym zagadnieniem. Tajemnica? czy istnieje jakakolwiek tajemnica w społeczeństwie nazwanym informacyjnym? To kolejny przyczynek do dyskusji nad kształtem przyszłego prawa prasowego (por. dział "prasa" niniejszego serwisu).

Opisane wyżej teksty (zarówno Pleśniaka jak i Osieckiego) można rozważać również z punktu widzenia rzetelności dziennikarskiej (i nie chcę przez to powiedzieć, że są one w moim odczuciu nierzetelne, a tylko to, że można je w tym kontekście rozważać, ale to nie mnie przysługuje mandat do takiej oceny). Inny, wcześniejszy przykład, który obrazuje problem, to FUD (skrót od Fear, uncertainty and doubt - strach, niepewność, wątpliwość) autorstwa Krzysztofa J. Szklarskiego z serwisu napisy.info (por. Dymisja komisarza w związku z informowaniem o akcji przeciwko napisy.org?) - wcale nie było żadnej dymisji, ale jednak serwisy podchwyciły wątek, niesprawdzając prawdziwości informacji. Jeszcze zaś inny przykład manipulowania, tym razem w rękach marketerów, to tzw. "marketign szeptany", w jednej z twórczych implementacji polegający na umieszczaniu w komentarzach internetowych "treści" sprawiających wrażenie neutralnej informacji, a w rzeczywistości można uznać, że często dochodzi w tych przypadkach do czynu nieuczciwej konkurencji (por. Marketing bezpośredni, szeptany, a może nieuczciwa konkurencja, Honorowe załatwienie sprawy oraz Nieuczciwe praktyki handlowe - czeka nas implementacja)

Jakże łatwo dać się wkręcić, gdy dookoła tyle informacji, nie wszystkie są prawdziwe, społeczność wyrażająca publicznie swoje zdanie coraz bardziej wyrabia się w manipulacji, opanowuje narzędzia wprowadzania w błąd, zacierania śladów. Kiedyś dawno spotkałem się też z pewną myślą jednego z dziennikarzy (zajmujących ważne stanowisko, nie ważne o kogo chodzi), który nie miał dobrego "zaczepienia" w faktach i który rozważał, czyby nie założyć w jakimś blogu wątku wpisując tam tezy potwierdzające jego koncepcje, a w "normalnym" tekście redakcyjnym powołać się na ten wątek. Niezły system? Ostatnio coraz bardziej realny. A masa informacji przytłacza, przygniata coraz bardziej. Kto znajdzie czas, by to wszystko sprawdzić, przeanalizować, sprawdzić faktyczne tło zdarzeń, wyciągnąć własne, prawidłowe wnioski?

No i to wyrażenie nadziei, o którym pisałem wyżej. Temat, który stał się powodem całego zamieszania gdzieś umyka. Bo przecież poza sformułowaniem, które w tekście Pleśniaka (kimkolwiek on by nie był) się znalazło (chodzi o tę niefortunną - z braku lepszego określenia - sugestię związaną z orientacją seksualną), znaleźć tam można obserwacje dotyczącą realiów świata dziennikarskiego w Sejmie, np. (przy czym takich wątków jest tam więcej): "Zbrukany, sponiewierany marszałek, który próbował wyjście na tarana może dać się podpuścić i tak zwaną burą zganić koczujących dziennikarzy: „Idźcie wy do wszystkich diabłów” albo „Won swołoczy bolszewicka!”. Jeżeli to nastąpi to znaczy, że bój z marszałkiem został wygrany, bo właśnie o to chodzi stadzie bulterierów. Zdanie to wypowiedziane w gniewie pójdzie później po wszystkich stacjach telewizyjnych, radiowych i będzie okrzyczane koronnym argumentem do obalenia tego rządu i dywersyjnej działalności marszałka". Jan Osiecki, autor konkursu na odkrycie tożsamości Pleśniaka od 10 lat "biega po Sejmie". Sądzę, że zdziwi się, gdy przeczyta, że ja również w Sejmie czasem się pojawiam. Nie stykamy się. Ja bywam w innych miejscach, co innego mnie interesuje (por. Czy wielopłaszczyznowa samorealizacja jest legalna?). Nie śledzę Jego bloga i stąd nie wiem jaki ma pogląd na wcześniej sygnalizowane pomysły na usprawnienie pracy Sejmu, które rzucił Marszałek Dorn. A nadzieja polega na tym, że chętnie bym je poznał (być może są już gdzieś opublikowane, więc to kwestia jedynie wygooglania, chociaż Google nie pokazuje zbyt wiele gdy zapyta się go o hasło "Osiecki" i "plebejusze"). Mam zatem nadzieję, że je poznam. Ot i tyle. No Offence Intended.

Piotr VaGla Waglowski

VaGla
Piotr VaGla Waglowski - prawnik, publicysta i webmaster, autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet. Członek Rady ds Cyfryzacji przy Ministrze Cyfryzacji, ekspert w Departamencie Oceny Ryzyka Regulacyjnego Ministerstwa Rozwoju, felietonista miesięcznika "IT w Administracji" (wcześniej również felietonista miesięcznika "Gazeta Bankowa" i tygodnika "Wprost"). Uczestniczył w pracach Obywatelskiego Forum Legislacji, działającego przy Fundacji im. Stefana Batorego w ramach programu Odpowiedzialne Państwo. W 1995 założył pierwszą w internecie listę dyskusyjną na temat prawa w języku polskim, Członek Założyciel Internet Society Poland, pełnił funkcję Członka Zarządu ISOC Polska i Członka Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Był również Członkiem Rady Informatyzacji przy MSWiA, członkiem Zespołu ds. otwartych danych i zasobów przy Komitecie Rady Ministrów do spraw Cyfryzacji oraz Doradcą społecznym Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej ds. funkcjonowania rynku mediów w szczególności w zakresie neutralności sieci. W latach 2009-2014 Zastępca Przewodniczącego Rady Fundacji Nowoczesna Polska, w tym czasie był również Członkiem Rady Programowej Fundacji Panoptykon. Więcej >>