Blogerzy zyskują świadomość techniczną i prawną

Oto czytam właśnie oburzony post (sprzed kilku miesięcy) dotyczący pewnej praktyki SEO. Bloger opisuje, jak to wysłał do administratora serwera żądanie o "usunięcie zawartości bloga oraz udostępnienie (...) wszelkich możliwych danych tej osoby w celu złożenia zawiadomienia w prokuraturze". Chodzi o praktykę polegającą na zasysaniu treści z innych serwisów tylko po to, by na takiej treści powiesić reklamę, a przy okazji wykorzystać do pozycjonowania innych serwisów. Z relacji wynika jednak, że autor notatki nie brał tego pod uwagę, myślał, że ktoś żywy tam siedzi i go sobie po prostu kopiuje, nazywa nawet maszynkę agregującą blogiem. Fajnie widzieć, jak zmienia się nagle nastawienie do prawa autorskiego. Wszystko zależy od tego, czy to nas ktoś kopiuje, czy to my kopiujemy kogoś.

Oburzony odkryciem kopiowania jego tekstów Polski Bloger (Paweł Lipiec) w notatce z września 2007 roku, pt. Pierwszy złodziej? pisze nawet: "Jest to taka sama kradzież własności jak przywłaszczenie sobie mojego portfela czy samochodu!". Tak. Na końcu jest wykrzyknik. Bardzo fajny post. Ma już kilka miesięcy, ale trafiłem na niego dopiero dziś.

A sprawa jest prosta (i znana w sumie od wielu lat; por. Kradzież witryn z 2004 roku). Gość od SEO (skrót od search engine optimization) wybiera sobie kilka serwisów, a następnie agreguje i udostępnia publicznie treści z nich pobierane. Na tych treściach wiesza reklamy, ale tak naprawdę ta reklama to tylko optymalizacja i uzupełnienie działań, bo na tych reklamach wiele się nie zarobi (chyba, że skala zjawiska będzie olbrzymia). Tak naprawdę takie serwisy służą dziś głównie do pozycjonowania innych serwisów, a więc są narzędziem w "nowoczesnym marketingu" (nota bene "SEO" znalazło się dziś również w dookreślnikach zainteresowań serwisu Polski Bloger). Zresztą nie ma reguły. Obok zasysania treści z blogów (czymkolwiek one są) i innych serwisów można przecież postawić sobie bramkę NNTP-2-WWW i zacząć dysponować gigantyczną bazą żywych dyskusji z Usenetu, które mogą być nośnikiem przychodów dla nas, operatorów agregatora. Dlaczego ta "powierzchnia" ma się marnować?

Proszę pamiętać, że takie "agregowanie" jest udziałem również uznanych marek. Dokładnie to samo postanowił nie tak dawno zrobić Wprost (uruchamiając serwis Blogbox), co mnie sprowokowało do działania (por. komentarz wkurzył mnie serwis blogbox).

Blogosfera zaczyna dostrzegać mechanizmy działania internetu (już słyszę wirtualne razy, które mi się dostaną za takie, trochę złośliwe, teksty). Piszę o tym pamiętając jak referował mi załamanym głosem jeden z wykładowców, którego studenci mieli uczyć się tworzenia witryny internetowych. Dziś kandydaci na webmasterów nie uczą się już (podobno) jak pisać strony w magicznym HTML'u, a raczej jak obsługiwać popularne platformy do błyskawicznego stawiania rozbudowanych serwisów. Podobnie blogerzy: tu jest okienko, tu się pisze, tu się klika w "submit", albo "wyślij" i tu się pojawia to, co napisałeś. Ale jak to wszystko jest w środku zrobione? Wielu nie wie. Nie ważne. Teraz już jesteś "mikrocelebrytą". Może nawet przedrukuje cie popularna gazeta (współpracujący z którą dziennikarze żyją jednak z pisania).

Im więcej "Web do zera" tym bardziej media elektroniczne się koncentrują, a platformy naganiające do siebie blogerów (ponoć oddolnych dziennikarzy, ale chyba frajerów, bo - jak wspomniałem - dziennikarzom się płaci) cieszą się z tego, że "content, to nie utwór" (dlatego posty, zdjęcia z komórek, krótkie filmiki nazywa się "user generated content", a wspomnienie o tym, że może jednak jest to utwór, rodzi zdziwienie, a potem próby bagatelizowania problemu; por. Na świecie są miliardy twórców).

Postanowiłem napisać ten tekst, bo zacząłem się zastanawiać: ile osób, które mentalnie staną (lub już stanęły) w obronie biednego, kopiowanego "przez automat", blogera śmiało korzysta z sieci peer-to-peer, ilu z nich było oburzonych zatrzymaniem tłumaczy napisów do filmów, ilu beztrosko wrzuca do YouTube kawałki nagranych z telewizora teledysków, ilu z nich nie szczędzi jawnie wrogich komentarzy pod adresem organizacji zbiorowego zarządzania, gładko porównując te organizacje do mafii, która - będąc silniejsza organizacyjnie i utrzymując "dobre relacje" z władzami w świetle jupiterów wymusza haracze "za ochronę"? Żeby było wszystko jasne - sam jestem często krytycznie nastawiony do wielu działań i zjawisk, ale mam przynajmniej świadomość, że problem jest bardziej skomplikowany.

A więc tak. Agregatory treści to zjawisko coraz bardziej dostrzegalne. Dokładnie tego tematu dotyczyła sprawa w której belgijscy wydawcy prasy podjęli walkę z Google (por. m.in. Google przegrało w sporze z belgijskimi wydawcami prasy czy Chcemy oglądalności bez pośredników - belgijskie orzeczenie przeciwko Google), dokładnie tego dotyczą rozważania dotyczące kopii witryn gromadzonych na serwerach również polskich wyszukiwarek (por. Czy jest o co kruszyć kopie?). Kopie i agregacja otaczają nas wszystkich. Korzystanie z kopii jest dla ludzi normalne do momentu, w którym nagle okazuje się, że inni korzystają z treści (utworów) napisanych (stworzonych, przygotowanych) przeze nas. Byt określa świadomość (por. RSS, prawa autorskie a zasady współżycia społecznego i Doczekałem się plagiatorów w Policji?)?

Jak patrzę w znajdujący się na moim serwerze rozbudowujący się wciąż plik .htaccess oraz inne wynalazki, to widzę coraz wyraźniej, jak technicyzuje się "zarządzanie prawami autorskimi". Można by nawet rzec, że ja sam korzystam z pewnego rodzaju DRM. Mając możliwość działania bezpośrednio na serwerze (a nie tylko korzystania z narzędzi udostępnionych blogerom przez uniwersalne platformy: pozwalających na zmianę skórki, czy dodanie linków w sidebarze), mając dostęp do logów, serwera www i innych mechanizmów, ma się w istocie kontrolę nad tym kto i jak przegląda (zasysa) publikowane treści. Można zablokować "hotlinkowanie", można zablokować dostrzeżone, niechciane crawlery (por. Czysta karta raz jeszcze, czyli jak przystąpić do googlowego samobójstwa: tak, wyciąłem się z Google ze szczętem i do końca, więc wiem o czym mówię), można wyciąć IP, które zbyt intensywnie czerpie, można wreszcie pożartować sobie z zasysających (por. np. Mam się cieszyć, czy martwić?). Tak, wiem, że można przecież zasysać z dynamicznego IP, "wszystkiego się nie wytnie", etc. Mówię jedynie o pewnej kontroli, na drugim końcu której jest również suwerenna decyzja, by w efekcie głębokich przemyśleń, depresji, nagłego olśnienia (niepotrzebne skreślić), przestać zupełnie pisać czy publikować i zająć się czymś, co pozwoli wykarmić zniecierpliwioną rodzinę.

Demokratyzuje się możliwość publikowania w internecie (właśnie dla tego faktu tak bardzo cieszyłem się zawsze, gdy jakiś polityk zaczął korzystać z internetu, bo na własnej skórze mógł wówczas poczuć czym jest spam, czym jest zniesławienie, czym jest problem wąskiej rury do Sieci, etc.; por. Sam nie wiem: czy Marcinkiewicz to, czy ktoś się podszywa?). Myślę sobie, że to demokratyzowanie jest najlepszym sprzymierzeńcem tych wszystkich, którzy dziś zabiegają o zaostrzenie przepisów prawa autorskiego, domagających się "dwukrotności wynagrodzenia za naruszenie niezawinione", wprowadzających niezbywalne wynagrodzenie dodatkowe, postulujących poddanie naruszeń prawa autorskiego (i innych praw własności intelektualnej) rygorom raczej prawa karnego, a jedynie okazjonalnie cywilnego (zresztą, w efekcie takich postulatów można obserwować trend przeciwny do demokratyzowania się internetu; por. O kurczeniu się swobody komunikacji medialnej w internecie). Ale słabi organizacyjnie, rozproszeni, obsługiwani przez zautomatyzowane platformy blogerzy nie są tu siłą, która w efekcie zaostrzania przepisów będzie cokolwiek zyskiwała (por. Twoja rola: odbierać przekaz komercyjny). To nie w ich interesie te przepisy się wprowadza i umacnia. Padło to nawet w trakcie posiedzenia jednej z komisji sejmowych, ale nie jestem pewny, czy jest ślad w stenogramach: powinno się dziś mówić nie o prawie autorskim, a o prawach wydawców. Padło to również na konferencjach z ust przedstawicieli organizacji zbiorowego zarządzania: być może nie wszystkie utwory zasługują na jednakową ochronę...

To dylemat cywilizacyjny: albo chronimy wszystko (a wówczas jednakowo z "aktami kradzieży" naszego dorobku potępiamy tych, którzy wrzucają do internetu filmy, teledyski, tabulatury, znane teksty piosenek, grafiki, zdjęcia nie swoje, tych, którzy tworzą platformy "promocji blogów", wykopują "śmieszne filmiki", twórców platform do wykopywania, publikowania, współdzielenia się, etc.), albo zastanawiamy się nad tym, jak inaczej wyznaczyć granicę. Nie da się mieć ciastka i zjeść ciastko.

Można też porzucić ideały, porzucić próbę zrozumienia i uporządkowania świata i pogodzić się z tym, że lata mijają, mamy postęp technologiczny, a w istocie w życiu chodzi o to, by nie dać silniejszym (skutecznijeszym/bardziej bezwzględnym) odebrać sobie tego, co się wcześniej nagrabiło słabszym (mniej zmotywowanym do działania/mniej zorganizowanym/bardziej pokornym). Jak opadnie kurz po bitwie o przywiezione przez konwój z pomocą humanitarną worki z mąką, dłużej będzie syty ten, kto bardziej energicznie gryzł i kopał, by je zdobyć dla siebie.

Opcje przeglądania komentarzy

Wybierz sposób przeglądania komentarzy oraz kliknij "Zachowaj ustawienia", by aktywować zmiany.

Wojna o tort...

piper's picture

Można też porzucić ideały, porzucić próbę zrozumienia i uporządkowania świata i pogodzić się z tym, że lata mijają, mamy postęp technologiczny, a w istocie w życiu chodzi o to, by nie dać silniejszym (skuteczniejszym/bardziej bezwzględnym) odebrać sobie tego, co się wcześniej nagrabiło słabszym (mniej zmotywowanym do działania/mniej zorganizowanym/bardziej pokornym). Jak opadnie kurz po bitwie o przywiezione przez konwój z pomocą humanitarną worki z mąką, dłużej będzie syty ten, kto bardziej energicznie gryzł i kopał, by je zdobyć dla siebie.

Piotrze, nie jestem pewien, czy ten fragment to połączenie daleko idącej ironii z sarkazmem, czy stwierdzenie na poważnie..

Że tort będzie się koncentrować (platformy, duzi dostawcy), jest niemal pewne, tak niestety (lub właśnie dobrze, zależy na co liczymy) działa praktycznie każdy produkt masowy - a blogi się w niego coraz bardziej zmieniają. Być może jest to zjawisko pozytywne - właśnie platformy i wiele innych rozwiązań ułatwiających tworzenie i publikacje treści sprawia, że coraz więcej ludzi może bez znacznych problemów wlać swoje myśli do sieci. Czy poprawia to demokrację - pewnie tak, przez samą naturę (interaktywność) takiego medium, ale są też problemy:

  • wzrost liczby piszących i odbiorców zwiększa świadomość istnienia blogów, więc coraz więcej nowych czytelników je przegląda (efekt kuli śniegowej)
  • ten sam wzrost powoduje jednak, iż pojedyncza myśl, pojedynczego blogera ma mniejszą szansę przebić się do zbiorowej świadomości, opłacalnym staje się więc używanie technik marketingowych znanych ze sprzedaży produktów masowych (choćby uproszczenie przekazu).

Inną kwestią jest walka o tort (worek z mąką), nie jest wcale oczywiste, czy gryzący i agresywni zdobędą najlepszą pozycje - zdobędą największy kawałem, ale w tej przestrzeni nie oznacza to najlepszego. Tort medialno-blogowy coraz bardziej rośnie, tak jak swego czasu zmieniał się rynek WWW.

To chyba pogoda

To chyba pogoda wpłynęła na Ciebie, że tak się rozwodziłeś na ten temat. Przeważnie czytam całe Twoje posty, ale dzisiaj nie dałem rady. Dwa ostatnie akapity pominąłem, bo chyba bym zasnął jak bym przeczytał.

Być może rzeczywiście

VaGla's picture

Być może rzeczywiście potrzebuję wakacji, albo to pogoda.
--
[VaGla] Vigilant Android Generated for Logical Assassination

Bardzo dobry wpis

Bardzo dobry, refleksyjny wpis. Aczkolwiek prognoza nieco ponura.

Gwoli ścisłości

Piotrze,

autoblogi i podobne serwisy służą nie tyle pozycjonowaniu stron, co pozyskiwaniu punktów w systemach wymiany linków (w skrócie SWL). Serwisy są w nich punktowane za dużą liczbę podstron w indeksie Google. Stąd wielu kopiuje treść, aby czymś te strony wypełnić.

Pozdrowienia
Dymecki.pl

ochrona wlasnosci

Malo jest niestety serwisow, ktore ulatwiaja odnajdywanie _zrodel_ informacji - czyli kolejnosci jej wystapienia (wytworzenia) w roznych miejscach na ziemi.

Byc moze warto by stworzyc projekt podobny do 'seti@home' - poszukujacy slynnego zjawiska 'globalnej swiadomosci' - znanego zjawiska, ze na te same pomysly wpadaja wynalazcy w roznych czesciach globu w zblizonych okresach czasu. Taki poszukiwacz zrodel inspiracji, bo przeciez nic co tak na prawde 'tworzymy' nie jest 'nasze wlasne' - ciala i uklady nerwowe sa tylko aparatami odbijajacymi i znieksztalcajacymi rzeczywistosc.

A byc moze takie urzadzenia ulatwia odpowiedz na pytanie co czlowiek rozumie za 'ja' i odswiezy Heglowski obraz osobowosci...

Piotr VaGla Waglowski

VaGla
Piotr VaGla Waglowski - prawnik, publicysta i webmaster, autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet. Członek Rady ds Cyfryzacji przy Ministrze Cyfryzacji, ekspert w Departamencie Oceny Ryzyka Regulacyjnego Ministerstwa Rozwoju, felietonista miesięcznika "IT w Administracji" (wcześniej również felietonista miesięcznika "Gazeta Bankowa" i tygodnika "Wprost"). Uczestniczył w pracach Obywatelskiego Forum Legislacji, działającego przy Fundacji im. Stefana Batorego w ramach programu Odpowiedzialne Państwo. W 1995 założył pierwszą w internecie listę dyskusyjną na temat prawa w języku polskim, Członek Założyciel Internet Society Poland, pełnił funkcję Członka Zarządu ISOC Polska i Członka Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Był również Członkiem Rady Informatyzacji przy MSWiA, członkiem Zespołu ds. otwartych danych i zasobów przy Komitecie Rady Ministrów do spraw Cyfryzacji oraz Doradcą społecznym Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej ds. funkcjonowania rynku mediów w szczególności w zakresie neutralności sieci. W latach 2009-2014 Zastępca Przewodniczącego Rady Fundacji Nowoczesna Polska, w tym czasie był również Członkiem Rady Programowej Fundacji Panoptykon. Więcej >>