Jeden kowal może zdecydować o losach (globalnej) wioski, czyli mapy Google w sporze granicznym

Odnotuję to, jako ciekawe zjawisko: w wyniku "błędu" na mapach dostarczanych przez Google mamy do czynienia z kryzysem na granicy między Kostaryką i Nikaraguą. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że informacje o przebiegu granic państw na tych mapach dostarczone zostały przez amerykański Departament Stanu. Za jakiś czas może będziemy mieli do czynienia z sytuacją, w której dostawca informacyjnych usług (usług społeczeństwa informacyjnego) po prostu wyświetli na ekranach monitorów, telefonów i tabletów mały komunikat, który będzie współczesnym odpowiednikiem znanego z bajek ultimatum smoka: "macie mi tu co rano przyprowadzać nową nadobną dziewicę do zjedzenia, albo..."

Generalnie spór graniczny między Kostaryką a Nikaraguą jarzył się od pewnego czasu. Prowadzono negocjacje. Teraz zaś pojawił się pretekst do medialnych doniesień: oto żołnierze z Nikaragui zajęli wyspę Calero. Sama Kostaryka nie ma wojska, zatem zajęcie odbyło się bez problemów. Pretekstem było to, że na mapach Google granica przebiega(ła) w inny sposób, niż w archiwach kartograficznych obu spierających się państw.

Wydaje się, że to nie jedyny raz serwis kartograficzny Google zmienia granice. Gazeta.pl w tekście Google znów zmienia granice państw. Tym razem inwazji nie będzie odnotowuje:

Kompania z Mountain View przyznała, że pomyliła się dwukrotnie. Najpierw na mapach Google w serwisie googlemaps mała wysepka - zwana przez Hiszpanów Perejil, a przez Marokańczyków - Leila - widniała jako część Maroko. Niedługo potem Google zrozumiało swój błąd i...przyznało kawałek lądu położonej po drugiej stronie Cieśniny Gibraltarskiej Hiszpanii. Problem w tym, że wyspa do Hiszpanii także nie należy.

Kto ma informację, ten ma władze. Wydaje się, że dziś informacje ma Google. Przy czym przecież Google nie "ma" tej informacji, a jedynie ją prezentuje. Jeśli jest jedynym źródłem określonych danych, to staje się "źródłem referencyjnym", na którym roszczenia mogą opierać przeróżni zainteresowani. Konflikt o granice kostorykańsko-nikaraguańską z perspektywy Polski wydaje się dość daleki i mało istotny. Gorzej, jeśli na mapach Google inaczej przebiegałaby granica w rejonie Śląska Cieszyńskiego, albo gdzieś w Bieszczadach. Zjawisko wzbudza zadumę. Być może kiedyś ktoś uzna, że należy zaognić gdzieś na świecie sytuację dla jakichś własnych celów, a pretekstu i argumentów dostarczy mu hasło w Wikipedii. Ktoś inny może postanowi kwestionować powszechne wybory w jakimś kraju, ponieważ w serwisie Facebook przycisk "lubię to" wcisnęło więcej użytkowników, niż obywateli państwa, w którym wybory się odbywały. To kolejny przyczynek do debaty na temat podmiotowości korporacji w prawie międzynarodowym publicznym (por. Suwerenność korporacji w prawie międzynarodowym publicznym). Przypomniał mi się też argument, który wykorzystywano we Francji, gdy przekonywano do konieczności tworzenia europejskiej biblioteki cyfrowej: czy chcielibyście, by wasze dzieci uczyły się o Rewolucji Francuskiej z amerykańskich książek? Google ponoć już ma dostęp do wszystkich wydanych na świecie książek, a przynajmniej wie ile ich wydano...

Jako niedawny nabywca Galaxy Taba (por. Kontrola i ograniczenia dystrybucji informacji w świecie mobilnego internetu) zastanawiam się, kiedy w Polsce będzie dostępna nawigacja Google. Na razie jej nie mamy (chyba, że pójdziemy tropem rozwiązań ujawnianych w "hackerskich źródłach"). W Polsce nie możemy też kupować w iTunes. Po prostu Apple nie uważa naszego rynku za istotny, a może ma inne powody. Ale załóżmy, że są jakieś usługi, które dla mieszkańców jakiegoś kraju są dostępne, mieszkańcy się do nich przyzwyczaili, usługi i informacje z określonych źródeł stały się istotne dla życia społecznego na danym terytorium. Wystarczyłoby przecież tylko odciąć na chwilę członków społeczności od tych usług, by pokazać, że można... Ileż można wynegocjować w takiej sytuacji! Czy to science fiction? A czy to trochę nie przypomina krótkich negocjacji prowadzonych niedawno przez YouTube z the Performing Right Society w Wielkiej Brytanii (por. Kto komu i za co: nieoczekiwana zamiana miejsc w Wielkiej Brytanii)?

Polska Policja postanowiła silnie zaznaczyć swoją obecność w serwisie Facebook, Kancelaria Prezesa Rady Ministrów udziela się aktywnie w YouTube i na Twitterze. Nawet na głównej stronie Biuletynu Informacji Publicznej (czyli "urzędowego publikatora") urzędnicy zaznaczają lokalizacje zobowiązanych do udostępniania informacji publicznych na mapach Google... Mapy te wykorzystywała również Kancelaria Prezydenta RP. Korporacja Google wzięła polskie Ministerstwo Gospodarki. Nie mam nic do Google. Zastanawiam się tylko, jakimi motywami kierują się urzędnicy? Nie chodzi mi o rzeczników prasowych (por. MEN przy Al. Gestapo nie jest winą rzecznika ministerstwa), tylko tych, którzy podejmują decyzje.

A o co chodzi z tym kowalem w tytule? Ponoć w "globalnej wiosce" potrzebny jest tylko jeden kowal (por. również BBC zagraża niezależnemu dziennikarstwu, czyli czas zastrzelić królewskiego kowala, by przejąć kuźnię).

Jak wygląda granica pomiędzy Kostaryką i Nikaraguą w OpenStreetMap? Ta granica jest wszak na tych mapach ujawniona, tylko właściwie na jakiej podstawie? A jak się to ma do map dostarczanych przez Microsoft w serwisie Bing Maps?

Więcej na temat konfliktów kartograficznych związanych z mapami Google:

Opcje przeglądania komentarzy

Wybierz sposób przeglądania komentarzy oraz kliknij "Zachowaj ustawienia", by aktywować zmiany.

OpenStreetMap

> Ta granica jest wszak na tych mapach ujawniona, tylko właściwie na jakiej podstawie?

Może nie do końca „na jakiej podstawie”, ale:

* admin_level: 2
* border_type: nation
* boundary: administrative
* left:country: Nicaragua
* left:province: Alajuela
* name: Border Nicaragua - Costa Rica
* right:country: Costa Rica
* right:department: Río San Juan
* source: CIA World database II

* Edytowany przez user_4133 ostatni raz 2010-03-28T18:35:40Z
* Edytowany przez katpatuka ostatni raz 2009-03-02T15:36:34Z
* Edytowany przez katpatuka ostatni raz 2009-03-02T15:18:40Z
* Edytowany przez katpatuka ostatni raz 2009-03-02T15:16:27Z
* Edytowany przez katpatuka ostatni raz 2009-03-02T11:04:45Z
* Edytowany przez katpatuka ostatni raz 2008-07-04T12:19:06Z
* Edytowany przez Nikolaj ostatni raz 2007-12-22T21:44:54Z
* Edytowany przez Skywave ostatni raz 2007-12-08T14:12:05Z
* Edytowany przez mikes ostatni raz 2007-11-10T14:22:50Z

Widać kto, widać kiedy, widać na jakie źródła się powołuje… Od Google takich informacji się tak łatwo nie uzyska… Z oficialnych rządowych źródeł, może i się da (niekoniecznie dochodząc do personaliów konkretnej osoby robiącej jakąś nie wygodną zmianą), ale zapewne trzeba się nagimnastykować.

Oczywiście dane z OpenStreetMap nie będą nigdy tak wiarygodne jak oficjalne rządowe dane poparte materiałami źródłowymi, jednak model otwarty ma niezaprzeczalne zalety…

Pomyślcie, jakby fajnie było, gdyby w takim otwartym modelu prowadzić światowy rejestr granic. Żeby każdy traktat zmieniający granice był odnotowany, a informacja publicznie dostępna – kto, gdzie kiedy, dlaczego…

Jak wygląda granica

wariat's picture

Jak wygląda granica pomiędzy Kostaryką i Nikaraguą w OpenStreetMap? Ta granica jest wszak na tych mapach ujawniona, tylko właściwie na jakiej podstawie?

Openstreetmap: way history

Granica „namalowana” maplibrary.org edytowana ostatnio w grudniu 2009.
Maplibrary.org ujawnia źródła danych na podstronie ze źródłami.

Nie wiem czy jest to odpowiedz na zadane pytanie (o źródła danych zawartych w OSM) wystarczająca, ale zawsze jakaś ;-).

nieważne maleństwa

fascynujące w tym jest to, że w pogoni za zykiem (przecież mapa musi być, nie można w google zostawić białej plamy, prawda? google wie wszystko!) daje się informację nieprawdziwą. "Podobno w Polsce ludzie nie umieją pisać i czytać, nie ma przemysłu, a cały kraj opanowany jest przez złodziei samochodowych, zdarzają się akty kanibalizmu - słusznie więc mamy dla tego kraju wprowadzone wizy" - ktoś może tak napisać w USA czy we Francji i kto mu w tym przeszkodzi? Zadanie w tej sprawie pytania polskiemu MSZ może przekraczać kompetencję niejednej osoby, dokładnie tak samo jak przekraczało zadanie podobnego zapytania Kostaryce czy Nikaragui. Świat z amerykańskiej perspektywy zawiera jedynie Rosję, Iran, Izrael, kanadę, Afganistan i Chiny. Pozostałe kraje to kategorie historyczne, współcześnie nie istnieją. Co zatem z pewnością, rzetelnością informacji?

a jednak mozna

"nie można w google zostawić białej plamy, prawda?"
czyżby?
rzuć okiem na Koreę Północną:)

Piotr VaGla Waglowski

VaGla
Piotr VaGla Waglowski - prawnik, publicysta i webmaster, autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet. Członek Rady ds Cyfryzacji przy Ministrze Cyfryzacji, ekspert w Departamencie Oceny Ryzyka Regulacyjnego Ministerstwa Rozwoju, felietonista miesięcznika "IT w Administracji" (wcześniej również felietonista miesięcznika "Gazeta Bankowa" i tygodnika "Wprost"). Uczestniczył w pracach Obywatelskiego Forum Legislacji, działającego przy Fundacji im. Stefana Batorego w ramach programu Odpowiedzialne Państwo. W 1995 założył pierwszą w internecie listę dyskusyjną na temat prawa w języku polskim, Członek Założyciel Internet Society Poland, pełnił funkcję Członka Zarządu ISOC Polska i Członka Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Był również Członkiem Rady Informatyzacji przy MSWiA, członkiem Zespołu ds. otwartych danych i zasobów przy Komitecie Rady Ministrów do spraw Cyfryzacji oraz Doradcą społecznym Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej ds. funkcjonowania rynku mediów w szczególności w zakresie neutralności sieci. W latach 2009-2014 Zastępca Przewodniczącego Rady Fundacji Nowoczesna Polska, w tym czasie był również Członkiem Rady Programowej Fundacji Panoptykon. Więcej >>