Licencja na rządowy elementarz - "otwartościowcy" działają przeciw otwartości, państwo nie może kierować się "uprzejmością"

Okazuje się, że twórcy "rządowego" elementarza mają problem z licencją. Nie byłoby tego problemu, gdyby administracja rządowa zaakceptowała, że taki elementarz to po prostu "materiał urzędowy", o którym mowa w art. 4 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Materiały urzędowe nie są przedmiotem prawa autorskiego, a więc są "nieutworami" (por. Dlaczego rządowy elementarz nie miałby być materiałem urzędowym? Dlaczego nim niby nie jest?). Po niedawnym "pokazaniu" publiczności, jak będzie wyglądał elementarz, wielu myślało, że będzie on oparty na "wolnej licencji". Dziś okazuje się, że jednak nie będzie.

O "problemach" z licencją można przeczytać w dwóch tekstach: Szampana nie będzie – wolne licencje zniknęły z rządowego elementarza. oraz Rząd nas oszukał! Darmowy podręcznik bez otwartej licencji.

Moim zdaniem nie można licencjonować czegoś, co jest w domenie publicznej. Dlaczego jest w domenie publicznej? Ponieważ administracja rządowa postanowiła to stworzyć w ramach realizacji zadania publicznego. Koleżanki i koledzy, którzy zabiegają o to, by elementarz był na "wolnej licencji" wydają się nie widzieć tego, że głoszą pogląd, który pozwala objąć monopolem autorskim (licencja, czyli zgoda z warunkami) coś, co takim monopolem - skoro za tworzenie podręcznika wzięło się państwo - takim monopolem objęte być nie powinno (a nawet - idąc dalej - nie może).

W czym problem? W tym, że administracja rządowa chciałaby mieć ciastko i je zjeść. Chciałaby szybko stworzyć podręcznik, ale nie ma do tego odpowiednich zasobów. Zatem łapie się lewą ręką za prawe ucho i proponuje hybrydę: chce udostępnić społeczeństwu materiały, do których Skarb Państwa nie ma pełni praw, albo które nie są w domenie publicznej i połączyć je z takimi materiałami, które funkcjonują w obrocie w ramach "wolnych licencji". Koledzy i koleżanki "otwartościowcy" kupują koncepcję "otwartych i wolnych licencji", chociaż w przypadku działania państwa, które ma realizować zadania publiczne, jakakolwiek licencja to w istocie konserwacja status quo. Jeśli można dać licencję - można ją też wypowiedzieć. Jeśli ktoś może - swoim oświadczeniem - wyrazić zgodę na korzystanie i ustanowić warunki (a na tym polega licencja właśnie), to potem taką licencję może wypowiedzieć, albo zmienić. Przypominam tu historię tekstów na temat ryb z jeziora Malawi, o której pisałem w 2004 roku. Tam wypowiedział się na temat ustnej licencji Sąd Najwyższy (sygn. II CK 51/04). Licencję na czas nieoznaczony - stosownie do art. 68 ust. 1 pr.a. - można wypowiedzieć na rok naprzód, na koniec roku kalendarzowego. Licencja to element prawa prywatnego. My zaś sobie tu mówimy o elemencie realizacji zadań publicznych, o sferze dobra wspólnego, o emanacji państwa w sferze obiegu informacji. Nie bez powodu prawo autorskie przewiduje, że dokumenty urzędowe i materiały urzędowe nie są objęte prawem autorskim. Bo to właśnie ta sfera obiegu informacji, która żadnym monopolem prawa własności intelektualnej objęta być nie może. W interesie wszystkich członków społeczności.

Wiele podmiotów kontraktujących z państwem też chciałoby mieć i zjeść ciastko. Pieniądze publiczne fajnie wziąć, ale oddać efekt pracy do domeny publicznej już nie. Dużo fajniej jest wziąć pieniądze publiczne i zachować sobie monopol prawnoautorski. Kasa publiczna pozwala wygodnie żyć. Można sobie tworzyć za publiczne pieniądze, czyli - w przypadku uznaniowości wydatkowania publicznej kasy - zupełnie nie na rynkowych zasadach. Tymczasem nie ma obowiązku kontraktowania z państwem. Państwo powinno ustanawiać reguły w interesie wszystkich obywateli. Jeśli nie chcesz godzić się na to, że efekt pracy sfinansowany z publicznych pieniędzy trafi do domeny publicznej - nie sięgaj po publiczną kasę.

Zabieganie o "wolne licencje" tam, gdzie monopol prawnoautorski nie istnieje, jest działaniem "przeciw wolnej kulturze". Powinno być jasno powiedziane - to jest publiczne i nie objęte monopolem, a to jest prywatne i leżące w sferze władztwa prywatnego. Realizując zadania publiczne tego typu państwo zaś nie może zachowywać się jak podmiot całkiem prywatny.

Potrzebujemy przesądzenia. Bo niby na jakich zasadach ktoś tam w ministerstwie podejmuje sobie decyzję o takiej lub innej aktywności wydawniczej? Na jakich zasadach właściwie ktoś może podjąć - w imieniu państwa polskiego, że udostępni informacje na takich lub innych warunkach? Warto się zastanowić, czy rzeczywiście w sferze publicznej mamy dopuścić do sytuacji, w której przy jakimś biurku, zupełnie bez konkretnych, normatywnych podstaw, ktoś uzna, że licencja jednak być powinna, a treść licencji sobie zapisze w taki lub inny sposób. Mamy ustawę i mamy w niej "materiał urzędowy". Ów "materiał urzędowy" w praktyce działania państwa jest instytucją mentalnie pomijaną. Państwo działa tak, jakby czytało ustawę wybiórczo. Jakby w ustawie nie było tego stwierdzenia o nieobjęciu monopolem prawnoautorskim materiałów urzędowych. Bo - można sobie wyobrazić - to nie pasuje do głównego nurtu globalnej dyskusji na temat władztwa nad informacją. Nie pasuje. Owszem. Ale potrzebny jest też powrót do etosu pracy urzędnika, do dyskusji na temat roli państwa w obiegu informacji. To państwo nie powstało po to, by robić biznesy. To państwo nie powstało po to, by wchodzić - jako gracz - w relacje biznesowe angażujące publiczne pieniądze, które może przeznaczyć na wynagrodzenie jednych kosztem drugich.

Ktoś powie, że tego typu myślenie musi doprowadzić do wniosku, że państwo nie powinno wcale wydawać podręcznika. Ale tak nie jest. Jeśli ustawodawca, a wcześniej ustrojodawca, nałożył na państwo określone zadania publiczne, jeśli organy władzy publicznej - zgodnie z art. 7 Konstytucji RP - mają działać na podstawie i w granicach prawa, to znaczy, że system prawny przewiduje określoną rolę tego państwa. Zaczynamy dotykać istoty sprawy - ile państwa w państwie, jak określać zadania publiczne, na jakich podstawach formalnych państwo ma podejmować decyzje, jak te decyzje kwestionować. Jakie są podstawy aksjologiczne oceny aktywności państwa.

Kiedy takiej refleksji nie ma - pojawia się pokusa mieszania porządków publicznego i prywatnego. Urzędnik zastanawia się; dlaczego właściwie mam się pozbywać możliwości objęcia monopolem czegoś, do czego monopol może przysługiwać koleżankom i kolegom zatrudnianym przez korporację mieszczącą się po drugiej stronie ulicy? Przecież oni za efekty swojej "intelektualnej pracy" są wynagradzani i korzystają potem z monopolu prawnoautorskiego. Dlaczego my mamy być tego pozbawieni? Ano dlatego, że urzędnik działa w imieniu państwa, nie zaś w imieniu korporacji. Państwo ma szczególną pozycję w systemie prawnym. Ma działać na podstawie i w granicach prawa, ma wszystkich traktować równo. Państwo ma nie realizować partykularnego interesu, tylko realizować interesy wszystkich obywateli. Dlatego też urzędowe projekty ustaw, nawet jeśli wcześniej powstały w jakimś "think tanku", po ich urzędowym przyjęciu nie są przedmiotem prawa autorskiego (to też wynika z art. 4 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Dlatego "opisy patentowe", chociaż przecież napisane przez podmioty pozapaństwowe, również nie korzystają z ochrony prawno-autorskiej. To wszystko jest tak pomyślane właśnie ze względu na ochronę interesu wspólnego. Tak samo musi być z podręcznikiem, jeśli ma taki podręcznik realizować zadania publiczne. Albo nie jest objęty monopolem prawnoautorskim, albo niech państwo powstrzyma się od działania takiego, jak podmiot prywatny.

Urzędowy podręcznik to nie tylko materiał urzędowy. To również informacja publiczna i jako taka powinna być elementem systemu ponownego wykorzystania informacji z sektora publicznego, czyli re-use.

Dziś koleżanki i koledzy "otwartościowcy" narzekają, że "w ostatecznej wersji Elementarza, która została przekazana do druku nie ma śladu po zapisach licencyjnych", a przecież "Miesiąc temu, Ministerstwo Edukacji Narodowej przedstawiło pierwszą wersję Elementarza i zapowiedziało, że po dopuszczeniu do użytku szkolnego zostanie udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa". Komentatorzy dodają, że "rząd nas oszukał".

Na stronie Elementarza czytamy dziś:

Z niniejszej publikacji wolno korzystać w zakresie określonym przepisami o dozwolonym użytku zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. z 2006 r., Nr 90, poz 631 z późn. zm.).

Trwają prace nad rozszerzeniem udostępnienia tej publikacji na odpowiedniej licencji.

W "pierwszej odsłonie" projektu elementarza można było przeczytać na łamach udostępnionego PDF-a (dziś już zmienionego):

Wydawca: Ministerstwo
Druk: Centrum Usług Wspólnych, 02-903 Warszawa, ul. Powsińska 69/71

Ilustratorzy: Marta Drapiewska – s. 1, 2, 6–8, 8–9, 18, 20, 24–25, 33, 34–35, 42, 50, 74, 89–90; Tanasiewicz Studio – s. 4–5, 15, 26–27, 76–77; Karolina Rosołek – s. 11, 14, 36–37, 38–39, 40, 63; Magdalena Babińska – s. 11, 58–59, 62, 83, 86, 89; Daniel Rudnicki – s. 13, 43, 49 (2), 64–65, 66–67, 68; Paweł Rosołek – s. 15, 26–27, 76–77; Kasia Trzeszczkowska – s. 16–17, 22, 24, 52, 68–69, 74, 88; Wikipedia – s. 16; Beata Stachańczyk – s. 20, 33, 58; Zuzanna Orlińska – s. 28–29; Gabriela Cichowska – s. 44–45, 58–59; Mariusz Arczewski – s. 46–47, 54–57, 73; Elżbieta Kidacka – s. 70–71, 93. Fotograficy: Piłat/Sobociński – s. 12, 18, 19, 20, 21, 22 (2), 23, 24, 36, 37 (2), 36 (4), 41 (2), 42, 46 (2), 48, 51, 52, 54, 66, 68, 75, 80, 81, 82.

Agencje fotograficzne: Corbis/FotoChannels – s. 10 (5), 25, 30 (3), 44, 62, 84. Photogenica – s. 10 (6), 18 (3), 20 (3), 21 (8), 22 (2), 22 (2), 24 (2), 26–27 (4), 30 (4), 31 (2), 32 (2), 34 (2), 36 (5), 37 (8), 42 (5), 44 (2), 45 (4), 46, 48 (2), 50 (3), 51, 52, 53 (4), 54 (3), 58 (2), 62 (6), 70 (4), 72 (13), 75 (2), 76 (3), 81, 83 (5), 84, 8 5 (6).

Zdjęcia monet dzięki uprzejmości Narodowego Banku Polskiego – s. 38, 46, 66, 69.

Podręcznik, po dopuszczeniu do użytku szkolnego, będzie rozpowszechniany na zasadach wolnej licencji Creative Commons – Uznanie Autorstwa, z wyjątkiem zawartych w nim zdjęć pochodzących od agencji fotograficznych i z NBP.

Czy udzielono licencji? Nie, bo napisano jedynie, że "będzie rozpowszechniony" po dopuszczeniu do użytku, czyli "obiecano" pod warunkiem przyszłym i niepewnym. A jakie ma znaczenie to, że ktoś sobie postanowił w udostępnionym wcześniej PDF-ie napisać coś takiego? Pomyślał, napisał, tak złożono. Teraz się można z tego wycofać, chociaż w sumie nie jest to licencja.

Ale przyjrzyjmy się bliżej. Czy Narodowemu Bankowi Polskiemu może przypisać cechę "uprzejmości"? Czy Narodowy Bank Polski nie jest ujawniony w Konstytucji RP? A jakie zadania ma NBP? Zgodnie z art. 227 ust. 1 Konstytucji RP: "Centralnym bankiem państwa jest Narodowy Bank Polski. Przysługuje mu wyłączne prawo emisji pieniądza oraz ustalania i realizowania polityki pieniężnej. Narodowy Bank Polski odpowiada za wartość polskiego pieniądza". Czy zadaniem ustawowym NBP jest "uprzejmość"? Skąd zatem uprzejmość NBP w dokumencie wypuszczonym przez Ministerstwo Edukacji Narodowej? Skąd te "feudalno-informacyjne" ciągoty (por. Banknotowa dyskusja prawnoautorska)?

A co to znaczy, że na liście ilustratorów znalazła się "Wikipedia"? Czy Wikipedia ma jakieś prawa do ilustracji wykorzystanej przez Ministerstwo? Wikipedia, czyli kto? Jak te prawa zostały nabyte?

A jak doszło do umowy związanej z wykorzystaniem takich lub innych ilustracji lub zdjęć w podręczniku? Kto i w oparciu o jakie przepisy podjął decyzję o tym, że akurat z taką lub inną agencją fotograficzną państwo zawrze jakąś umowę? Był jakiś przetarg? Umowa wynika z jakichś przepisów? Warunki tej umowy zostały narzucone przepisami powszechnie obowiązującymi?

Idźmy dalej - jaka jest podstawa prawna do tego, by Ministerstwo Edukacji Narodowej/Centrum Informatyczne Edukacji było "wydawcą"? Jaka jest podstawa by wybrało sobie takich lub innych ilustratorów, zawierało umowy z takimi lub innymi agencjami fotograficznymi? Wskazanie podstawy prawnej musi doprowadzić do tego, że w takiej podstawie prawnej będziemy mieli też informacje na temat warunków upowszechniania informacji wykreowanej w ramach realizacji zadania publicznego.

Zasady prawne tworzone są równolegle do samego podręcznika. Miesiąc temu Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji ustawy o systemie oświaty. W notatce po Radzie Ministrów czytamy:

(...)
Działania zmierzające do rozszerzenia oferty publicznych, bezpłatnych materiałów edukacyjnych, w tym podręczników, są realizowane od 2012 r., w szczególności w ramach projektu systemowego e-podręczniki do kształcenia ogólnego, współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego. Chodzi o przygotowanie 62 darmowych e-podręczników i 2500 uzupełniających je zasobów edukacyjnych do większości przedmiotów ogólnokształcących (począwszy od szkoły podstawowej przez gimnazjum i szkoły ponadgimnazjalne; kształcenie w zakresie podstawowym). E-podręczniki i inne e-zasoby będą udostępnione na tzw. otwartych licencjach, co oznacza, że każdy będzie mógł je dowolnie kopiować, wykorzystywać czy drukować. Korzystanie z takich podręczników umożliwi każdemu uczniowi swobodny i darmowy dostęp do treści edukacyjnych w dowolnym miejscu i czasie. Przygotowana została już platforma do udostępniania e-podręczników (www.epodreczniki.pl), na której są testowane od 30 września 2013 r. pierwsze moduły/działy e-podręczników do matematyki. Testowe rozdziały podręczników do kolejnych przedmiotów będą udostępniane sukcesywnie. Wszystkie podręczniki będą gotowe do września 2015 r. Stałej rozbudowie podlegają również zasoby edukacyjne gromadzone na portalu wiedzy dla nauczycieli www.scholaris.pl. Materiały udostępnione obecnie na tym portalu dotyczą już ok. 75 proc. treści podstawy programowej kształcenia ogólnego.
(...)

To była notatka po Radzie Ministrów, zatem nie obowiązujące prawo. Po przyjęciu ustawa ma określić zasady wydawania tego typu podręczników. Ale prace podręcznikowe podjęto nie czekając na ustawę (czyli wbrew zasadzie wynikającej z art. 7 Konstytucji).

Przyjętą przez Sejm ustawę o zmianie ustawy o systemie oświaty oraz niektórych innych ustaw skierowano do Senatu 30 maja 2014 roku, a więc kilka dni temu. Tekst przyjęty przez Sejm (PDF) jeszcze nie jest obowiązującym prawem. Senat może zaproponować poprawki, Sejm może się nad nimi pochylić, potem zaś Prezydent może podjąć decyzję o podpisie lub skierowaniu ustawy do Trybunału Konstytucyjnego.

Można odnieść wrażenie, że działanie na podstawie i w granicach prawa uwiera administrację publiczną. Jest zwyczajnie niewygodne, bo te przepisy ograniczają. Można by zrobić tyle fajnych rzeczy, gdyby nie musieć trzymać się przepisów. Można by korzystać z wolności! Tymczasem postulat przestrzegania zasady legalizmu i zasady praworządności jest ustanowiony w Konstytucji RP właśnie dla ochrony wolności i praw obywateli. By organy władzy publicznej nie mogły dowolnie sobie kształtować relacji społecznych, by były zachowane zasady demokratycznego państwa prawnego. Państwo nie korzysta z wolności. To obywatele korzystają z wolności. Państwo realizuje zadania publiczne wskazane w przepisach powszechnie obowiązującego prawa.

A skąd "licencja"? Ano stąd, że manipulując krótką kołderką przeróżnych interesów, zakrywa się taką licencją raz nogi, raz głowę. Państwo chce zrealizować zadanie, ale nie ma środków. Więc idzie na "kompromisy". Przyjęcie, że efekt działania państwa jest materiałem urzędowym może doprowadzić do tego, że państwo nie będzie mogło wcale zrealizować publicznego zadania, bo państwo nie ma własnych materiałów edukacyjnych. Kompromis tutaj zaś sprawia, że podstawowe zasady działania państwa są zakwestionowane.

Uważam, że polska demokracja ma kłopot z tym, że powszechnie obowiązujące prawo jest traktowane przez administrację publiczną jako swoista sugestia, nie zaś jako coś, czego ma obowiązek przestrzegać i nie wykraczać poza ramy systemu prawnego. Ramy te zaś powinny wynikać z systemu wartości, które znalazły się w Konstytucji RP.

A koleżankom i kolegom "otwartościowcom" napiszę, że postulowanie wprowadzenia "wolnych licencji" tam, gdzie żadnej licencji, żadnego monopolu, żadnych warunków być nie może, to działanie przeciwko otwartości. Tak uważam. Zgoda na licencje tam, gdzie mamy do czynienia z materiałami urzędowymi, to zgoda na ograniczenie sfery "dobra wspólnego". To zgoda na ograniczenie - de facto - domeny publicznej.

Przeczytaj również:

Opcje przeglądania komentarzy

Wybierz sposób przeglądania komentarzy oraz kliknij "Zachowaj ustawienia", by aktywować zmiany.

Materiał urzędowy

Jarek Żeliński's picture

Trudno mi ocenić czy książka (a jest nią podręcznik) może być uznana za za materiał urzędowy, ale idźmy tym tropem. Zrównywało by ja np. z treścią dowolnej ustawy czy rozporządzenia. Oznaczało by to, że cała jej treść powinna powstać rękami osób zatrudnionych w "Państwie" na umowę o prace, wspierających się co najwyżej konsultacjami na zewnątrz. Pytanie: czy "Państwo" powinno zatrudniać ludzi o takich specjalnościach? W sumie mogło by zatrudnić cały zespół redakcyjny na umowę o pracę "na czas wykonania zadania" (jest taka w Kodeksie pracy). Tu pojawia się problem: ilustracje oraz pytanie: czy muszą to być koniecznie zdjęcia? Wystarczy zatrudnić dobrego rysownika ilustratora (przypominam sobie mój elementarz). To jednak zadanie raczej na nie na kwartał ani na rok (ale realne). Z drugiej strony można zlecić opracowanie podręcznika jako dzieło mające współautorów, którzy przekażą prawa majątkowe do swoich części Państwu. Moim zdaniem podręcznik jako treść przekazana do domeny publicznej jak najbardziej ma sens, ale to należy zrobić umiejętnie, i tego mi tu zabrakło (bo z zasady nie dopuszczam myśli o świadomym działaniu urzędników na szkodę Państwa).

--
Jarek Żeliński
http://jarek.zelinski.biz.pl

"Osiągnąłem to przez filozofię: że bez przymusu robię to, co inni robią tylko w strachu przed prawem." (Arystoteles)

Nie muszą być zatrudnione

VaGla's picture

Wyrok Sądu Najwyższego - Izba Cywilna z dnia 26 września 2001 r. (sygn. akt IV CKN 458/00)
--
[VaGla] Vigilant Android Generated for Logical Assassination

A co z oprogramowaniem zamawianym przez urzędy?

Kiedyś była taka afera z tym Płatnikiem - szkoda, że już wtedy ktoś nie zaproponował takiej interpretacji.

Widać nie tylko rozsądek

Widać nie tylko rozsądek ale i prawo sugerują że państwo nie powinno się zajmować wydawaniem "darmowych" podręczników.

Skoro nie powinno państwo wydawać "darmowych" podręczników

Witam.

Jeśli zasadna jest teza, że państwo nie powinno wydawać "darmowych" podręczników, to ja zadam pytanie wprost!
Po co zatem zatrudnia się na etatach, dziesiątki autorytetów w tych przeróżnych ministerstwach? Jeśli w ramach umowy o pracę nie są w stanie opracować takiego darmowego podręcznika ze swojej dziedziny, to czas najwyższy zwolnić tych ludzi z pracy! Podatnik nie będzie płacił na ich utrzymanie i dodatkowo za podręczniki wytworzone w pełni komercyjnie! Autorytet spokojnie sobie poradzi na komercyjnym rynku podręczników! A jak sobie nie poradzi, bo nie radził sobie w ministerstwie z takim zagadnieniem, to już problem tego autorytetu!
Obywatel płaci za pracę, a nie za przychodzenie do pracy! Czas aby zrozumieli to ludzie zajmujący stanowiska opłacane z pieniędzy podatników!
I nikt nie ma zamiaru odbierać tym autorytetom prawa do druku nazwiska na podręczniku! Czy też pozbawiać ich w jakikolwiek autorstwa treści w takim podręczniku. Wynagrodzenie pobierają co miesiąc i przez lata! To wystarczająca rekompensata za powielenie w sumie wielu treści do jednego zbioru zwanego podręcznikiem! Bo dziś już nie ma nieznanych treści, które nie byłyby w internecie, a które są elementarną wiedzą. Wystarczy tylko umiejętność posługiwania się operacją kopiuj-wklej. A to obecnie jedna z podstawowych umiejętności na każdych studiach, zwłaszcza podyplomowych.

Pozdrawiam

masakra

Jarek Żeliński's picture

ostatnie dwa trzy zdania mnie bardzo zmartwiły...

--
Jarek Żeliński
http://jarek.zelinski.biz.pl

"Osiągnąłem to przez filozofię: że bez przymusu robię to, co inni robią tylko w strachu przed prawem." (Arystoteles)

Dyskusja trwa co najmniej od 2011 roku

Dyskusja o sposobach otwierania / uwalniania zasobów publicznych trwa od dawna, ale na pewno od 2011 roku, gdy klarowały się zapisy dotyczące e-podręczników w programie "Cyfrowa szkoła". Jedną z głównych "aren" tej debaty jest Koalicja Otwartej Edukacji, której członkami jest szereg organizacji, z którymi byłeś i jesteś Piotrze związany. Szkoda że nie włączyłeś się wcześniej do tych dyskusji, dotyczą one kwestii, która wyraźnie leży Tobie na sercu.
Całkowicie się z Tobą zgadzam odnośnie tego, że materiały urzędowe są w domenie publicznej - podejrzewam, że mi nie wierzysz, więc wesprę się rekomendacjami europejskiego stowarzyszenia COMMUNIA, w którym działam, i którego jesteśmy członkiem założycielem: http://www.communia-association.org/recommendations-2/ - patrz pkt. 6). Wolne licencjonowanie jest tylko środkiem do celu, a domenę publiczną uważam za nadrzędną wobec gwarancji wolności metodami licencyjnymi. Problem polega na tym, że w konkretnych przypadkach status materiału urzędowego jest trudny do określenia. Mało osób ma taką pewność jak Ty, że elementarz jest materiałem urzędowym. Jesli znasz sposób, żeby to definitywnie sprawdzić (droga sądowa?) - daj proszę znać. Bardzo bym się ucieszył z elementarza w domenie publicznej. Mylisz się jednak sądząc, że taki scenariusz gwarantuje pewność - administracja publiczna może równie łatwo zmieniać opinię o urzędowości, co o licencjonowaniu.

Ależ

VaGla's picture

Ależ uczestniczę w tej dyskusji nawet dłużej niż od 2011 roku. W tym serwisie sporo na ten temat materiałów opublikowałem. Niektóre osoby uczestniczące w pracach Koalicji dość dobrze te teksty znają.

Co do metod sądowych - jest jedynie art. 189 KPC, czyli powództwo o ustalenie istnienia lub nieistnienia prawa. Można pozwać Skarb Państwa twierdząc, że dany materiał nie korzysta z ochrony prawnoautorskiej (por. również W przypadku powództwa o ustalenie prawa interes prawny należy rozumieć szeroko (Sygn. akt I CSK 332/08)).
--
[VaGla] Vigilant Android Generated for Logical Assassination

Wszyscy zainteresowani Twoje

Wszyscy zainteresowani Twoje teksty znają, niemniej dobrze by było, gdybyś się kiedyś z Koalicją spotkał i opowiedział o swoich zarzutach wprost.

Ja nie formułuję zarzutów

VaGla's picture

Ja nie formułuję zarzutów. Dokonuję oceny (subiektywnej, jak zwykle i jak zwykle wprost) systemu prawa, tak, jak go widzę. Jeśli chodzi o Koalicję - ona wszak działa w oparciu o wewnętrzne zasady; stanowiska organizacji w niej biorących udział głoszone są przez osoby umocowane formalnie w organizacjach. Ja zaś głoszę swoje poglądy.
--
[VaGla] Vigilant Android Generated for Logical Assassination

"urzędowy"

Jarek Żeliński's picture

Ja nie porównywał bym pytań egzaminacyjnych do książki jaką jest podręcznik, osobiście jestem za tym, by nie manipulować definicjami pojęć bo to prowadzi do problemów z interpretacją prawa. Mamy definicja mówiącą, że "utwór" to każde dzieło o indywidualnym charakterze, osobną kwestią jest tu definicja "materiału urzędowego" i jeżeli konstrukcja tego pojęcia pozwala uznać dowolne "dzieło" za materiał urzędowy, ale obawiam się, że bez zgody autora będzie to nie możliwe więc pojawia się kwestia umowy pomiędzy autorem a urzędem. Osobiście nie widzę tu żadnego problemu o ile obie strony podpiszą taką umowę. Drugi problem: jeżeli już taki podręcznik, po napisaniu, stanie się materiałem urzędowym, to na jakiej zasadzie i kto będzie go rozwijał skoro zerwaliśmy zobowiązania autora (jak rozumiem, autor zbywa prawa majątkowe), w efekcie musimy pozyskać kolejnego autora do dodania nowych treści, jeżeli będzie to inna osoba, może być problem ze spójnością... to nie jest proste, bronie troszkę autorów ale nie ich monopolu a sensu takich operacji. Jeżeli nie wodze problemu nowelizacji treści ustawy jako pracy zbiorowej, to już nowelizacja podręcznika może nie być trywialnym zadaniem.

Moim zdaniem podręcznik sponsorowany przez Państwo, ma sens bo przymus posiadania podręczników rodzi quasi monopol wydawców podręczników (skoro są tacy, którzy niczego innego nie wydają to maja silne powody do monopolizacji i podnoszenia cen), jednak osobiście widzę tu raczej jakąś formę mecenatu Państwa nad autorami podręczników a nie czynienie z nich materiałów urzędowych, bo staja się "bezpańskie" czyli nikomu nie zależy na ich jakości a treść staje się polem do manipulacji (co widać po materiałach urzędowych, w szczególności ustawach i skutkach lobbingu).

--
Jarek Żeliński
http://jarek.zelinski.biz.pl

"Osiągnąłem to przez filozofię: że bez przymusu robię to, co inni robią tylko w strachu przed prawem." (Arystoteles)

opinie...

Jarek Żeliński's picture

z innej strony, akurat zajmuje się także semiotyką i ciekawy jestem dyskusji nie tylko o prawach do "materiałów urzędowych" ale także o treści (bo to, że ustawy są często bardzo kiepskimi tekstami to już wiemy):
http://wyborcza.pl/1,95892,16111380,_Pierwsza_ksiazka_mojego_dziecka__to_symboliczny_gwalt_.html

--
Jarek Żeliński
http://jarek.zelinski.biz.pl

"Osiągnąłem to przez filozofię: że bez przymusu robię to, co inni robią tylko w strachu przed prawem." (Arystoteles)

Ekosystem warszawski

Co prawda nie bardzo lubię to prostackie powiedzonko, ale tutaj pasuje jak ulał (i do wielu innych spraw, jako choćby materiały promujące Polskę w UE czy przygotowywane z uwagi na obchody 25 lat niepodległości, na które to materiały jak pisze dziś prasa, wydano około 200 milionów złotych!) "Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze". I tak to chyba jest - warszawka - ta pogardzana, skompromitowana i skorumpowana (proszę by Warszawiacy nie brali tego do siebie) to najbardziej sprostytuowane środowisko w kraju. Zaś działalność biznesowa wielu, wielu firm kręci się wokół wyciągania z budżetów urzędów pieniędzy wyłącznie na Szczytne Cele. Nie ma nic złego w wykonywaniu pracy przez podmioty prywatne na rzecz państwa. Wszakże pewne działania przekraczają jakiekolwiek ramy moralne, dobrego pożycia społecznego, racjonalności i uczciwości biznesowej. To jest cały ekosystem. I ten ekosystem najlepiej byłoby zlikwidować. Jednocześnie jest to ekosystem w którym żyją najbardziej znane osoby w tym kraju. Swoisty układ zależności. I nie ma takiej mocy, poza najazdem kraju przez jakichś zaborców i całkowitą utratą suwerenności, który by to mógł zmienić. jesteśmy skorumpowani w równym stopniu jak Ukraina, tylko że owa korupcja nie sięga aż tak nisko w drzewie zależności...

Tymczasem rząd ...

w pocie czoła opracował projekt nowego cennika dla danych z państwowego zasobu geodezyjnego i (co najciekawsze) nowe zasady licencjonowania tych danych.
W sumie piętnaście rodzajów licencji. Spis różnego typu licencjonowania (w zależności od sposobu wykorzystania danych) to dwie bite strony A4.
Gorąco zachęcam do lektury projektu stosownego rozporządzenia
Wzór licencji określającej zakres uprawnień licencjobiorcy, innego niż wykonawca prac geodezyjnych lub prac kartograficznych podlegających obowiązkowi zgłaszania, do wykorzystywania udostępnionych materiałów zasobu
Ostrzegam, to przygnębiająca lektura.

złota myśl ;)

Odgrzeję temat jednym przemyśleniem - analogią, którym chcę się z ekspertami podzielić :)

Państwo nie wydaje oprogramowania. Państwo kupuje różnego rodzaju oprogramowanie na jakichś tam licencjach. Państwo wspiera redystrybucję tego oprogramowania (vide ZUS, umowa "Select" i inne).

Państwo nie wydaje podręcznika. Państwo kupuje podręcznik na jakiejś licencji (niech będzie CC-BY) i wspiera redystrybucję tego podręcznika.

Z softem się udaje więc czemu nie miałoby się udawać z dokumentami?

A może by tak

DiskDoctor's picture

A może by tak rząd uwolnił podręcznik po prostu, nie mając nawet pełni praw.

W polskim KC występuje przecież klauzula generalna, która w przeciwieństwie do prawodawstw precedensowych, strzeże aby system nie stał się domem wariatów.

nie rozumiem

Jarek Żeliński's picture

na czym polega zawarcie właściwej umowy z twórcami treści podręcznika..... no może poza niekompetencja lub niechęcią ..

--
Jarek Żeliński
http://jarek.zelinski.biz.pl

"Osiągnąłem to przez filozofię: że bez przymusu robię to, co inni robią tylko w strachu przed prawem." (Arystoteles)

E-podreczniki i reklama GeoGebry

Niejako obok tej dyskusji, jest temat, który mnie interesuje od kilku miesięcy, tj. reklama narzędzia matematycznego GeoGebra na stronach e-podreczników.

Moim zdaniem Państwo, nie może i nie powinno reklamować żadnego produktu, nawet jeśli jest on "teoretycznie" non-profit.
W zdaniach matematycznych e-podrecznika wyświetla się wielokrotnie logo GG.
W rozporządzeniu o dopuszczeniu do użytku szkolnego w szkole ... z dnia 21 czerwca 2012 par 6 pkt. 8. jest wyraźny zakaz reklamowania w podręcznikach "czegokolwiek".

Wielokrotnie wypowiadałam się na ten temat, na różnych forach związanych z edukacją, wyrażając swoje zdanie, iż Państwo za publiczne pieniądze NIE może reklamować żadnych produktów.
Przykład tutaj zadanie 1
http://www.epodreczniki.pl/reader/c/18148/v/1/t/student-canon/m/i7llgz78Vp

Wystosowałam pismo w tej sprawie do MEN, ale odpowiedź była tak enigmatyczna, że aż wstyd.

Jestem ciekawa zdania na ten temat autora powyższego artykułu

Piotr VaGla Waglowski

VaGla
Piotr VaGla Waglowski - prawnik, publicysta i webmaster, autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet. Członek Rady ds Cyfryzacji przy Ministrze Cyfryzacji, ekspert w Departamencie Oceny Ryzyka Regulacyjnego Ministerstwa Rozwoju, felietonista miesięcznika "IT w Administracji" (wcześniej również felietonista miesięcznika "Gazeta Bankowa" i tygodnika "Wprost"). Uczestniczył w pracach Obywatelskiego Forum Legislacji, działającego przy Fundacji im. Stefana Batorego w ramach programu Odpowiedzialne Państwo. W 1995 założył pierwszą w internecie listę dyskusyjną na temat prawa w języku polskim, Członek Założyciel Internet Society Poland, pełnił funkcję Członka Zarządu ISOC Polska i Członka Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Był również Członkiem Rady Informatyzacji przy MSWiA, członkiem Zespołu ds. otwartych danych i zasobów przy Komitecie Rady Ministrów do spraw Cyfryzacji oraz Doradcą społecznym Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej ds. funkcjonowania rynku mediów w szczególności w zakresie neutralności sieci. W latach 2009-2014 Zastępca Przewodniczącego Rady Fundacji Nowoczesna Polska, w tym czasie był również Członkiem Rady Programowej Fundacji Panoptykon. Więcej >>