Outsourcing w przygotowywaniu "dokumentów urzędowych" a prawa autorskie

Zgodnie z art. 4 ust. 2 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych: nie stanowią przedmiotu prawa autorskiego urzędowe dokumenty, materiały, znaki i symbole. Administracja publiczna coraz częściej posiłkuje się jednak zewnętrznymi podmiotami, które z różnych powodów i motywowane w różny sposób przygotowują opracowania, które następnie zostają "przyjęte" przez organy administracji publicznej. Być może jest to przykład na "wywłaszczenie" w sferze praw "własności intelektualnej". Wedle mojej oceny temat ten zupełnie nie pojawia się w rozważaniach doktryny.

Tego tematu jeszcze nie ruszono i spotkałem się kilkakrotnie ze zdziwieniem, gdy opowiadałem swoje historie. A mianowicie i przykładowo (pokazuje to jedynie jako ciekawostkę, gdyż nie mam zamiaru formułować żadnych roszczeń): jestem współautorem "Białej Księgi Nowego BIP" (czyli opracowania, które zawiera uwagi dotyczące reformy Biuletynu Informacji Publicznej). Dokument został przygotowany przez "nieformalny zespół" przy ministerstwie, składający się zarówno z pracowników administracji publicznej jak również innych osób (do których m.in. się zaliczałem wówczas). Potem dokument był opiniowany przez Radę Informatyzacji (organ opiniodawczo-doradczy ministra właściwego ds informatyzacji). Równie dobrze dokument mógłby zostać przyjęty przez Radę Ministrów, albo zostać tam po prostu przedłożony, by Rada Ministrów przyjęła informację w tej sprawie. Tak się dzieje na przykład z innymi opracowaniami, do których swoje uwagi zgłaszane są przez "podmioty zewnętrzne". Mam na myśli przykładowo "Raport Zespołu do Spraw Przeciwdziałania Naruszeniom Prawa Autorskiego i Praw Pokrewnych dotyczący przestrzegania prawa autorskiego i praw pokrewnych". Zdarzyło mi się tam również swoje uwagi przedstawiać i część z nich uwzględniono...

Co do zasady - jeśli nie doszło do przeniesienia autorskich praw majątkowych (a tu wymagana jest forma pisemna pod rygorem nieważności), to autorskie prawa majątkowe przysługują twórcy (co może dotyczyć również projektu ustawy czy rozporządzenia, o ile nie został on przyjęty w formalnym trybie przez stosowne organy). Pytanie: kiedy dany utwór staje się "dokumentem urzędowym" (a więc przestaje być utworem, a staje się "dokumentem urzędowym" w rozumieniu art. 4 ust. 2 ustawy, a więc dokumentem niebędącym przedmiotem prawa autorskiego), pytanie czy przysługiwać powinna twórcom jakaś "rekompensata" związana z tym, że ich utwór stał się "dokumentem urzędowym" (można sobie wyobrazić, że utwór stał się dokumentem urzędowym bez wiedzy i woli autora). Ba! Aktualne są pytania o autorskie prawa osobiste, gdyż z art. 4 ustawy wynika, że dokumenty urzędowe nie są przedmiotem prawa autorskiego, a więc i o prawach osobistych nie może być mowy, a te - jak wiadomo - są niezbywalne.

Sprawa jest aktualna również dlatego, że rząd posiłkuje się zewnętrznymi firmami w procesie budowania "swojej strategii", np. w zakresie strategii budowy społeczeństwa informacyjnego (por. Konkurs na pomysł na strategie).

Nie znam żadnego sporu, który zakończyłby się orzeczeniem w podobnych sprawach (ale zakładam, że mogą się z czasem takie orzeczenia pojawić, gdyż administracja publiczna coraz częściej czerpie z "zewnętrznych źródeł"). Nie spotkałem się również z rozważaniami na ten temat w doktrynie, gdyż - jak przypuszczam - doktryna nie spotkała się jeszcze "w praktyce" z tym problemem. Dopisałem ten temat do "Giełdy tematów prac magisterskich".

Linki w górę osi czasu:

Opcje przeglądania komentarzy

Wybierz sposób przeglądania komentarzy oraz kliknij "Zachowaj ustawienia", by aktywować zmiany.

problem istnieje

xpert17's picture

A ja już pisałem chyba z rok temu w jakimś komentarzu (ale nie mogę teraz znaleźć), o takim bardzo realnym problemie. Otóż np. gmina jest zobowiązana przyjąć sobie taką "strategię ochrony środowiska". Zleca to jakiejś firmie typu "Export Import Consulting". Firma dostarcza gminie dokument na 200 stron. Rada gminy przyjmuję go uchwałą jako oficjalną strategię ochrony środowiska, kupiony produkt stanowi załącznik do tej uchwały, wszystko jest opublikowane w dzienniku urzędowym województwa - nie ma więc wątpliwości, że stanowi "dokument urzędowy". Strategia taka wisi sobie jako PDF w BIP-ie gminy, nikt jej nigdy zapewne nie czytał (mogę się założyć, że większość radnych, którzy ją przegłosywywali, też nie).

Wtedy okazuje się, że kilka akapitów tego dokumentu firma "Export Import Consulting" żywcem zerżnęła, metodą Ctrl-C, Ctrl-V, z pewnego opracowania dostępnego co prawa w internecie, ale bez zgody i wiedzy autorów tego opracowania oraz właściciela autorskich praw majątkowych do niego.

Kogo można pozwać i z którego artykułu, w świetle tych wszystkich wątpliwości, które Pan przypomniał w powyższym wpisie? Z mojego rozumienia przepisów (aczkolwiek jestem laikiem), wynika, że nikogo. Jeśli już, to gminę (gmina mogłaby potem wystąpić z jakimś regresem do firmy), ale chyba nie bardzo jest na to podstawa prawna. Kogo można wezwać do zaniechania naruszania prawa autorskiego? Wojewodę (jako organ odpowiedzialny za dziennik urzędowy województwa?) Same zagadki.

Jeszcze twórczy pomysł w tym temacie - czy jeśli rada gminy przyjmie sobie jakąś uchwałę, do której załącznikiem będzie np. najnowszy tom "Harry'ego Pottera", albo kod źródłowy Windows Vista, to czy od tego momentu, jako dokument urzędowy, treści te przestaną podlegać prawu autorskiemu?

Komentarz sprzed roku

VaGla's picture

Ten Pański komentarz, o którym wyżej, to "a jeśli to dokumenty urzędowe są plagiatem?", a dodany był w wątku Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, kto jest autorem logo BIP? z sierpnia zeszłego roku.
--
[VaGla] Vigilant Android Generated for Logical Assassination

A może art. 417. § 1. KC?

Dokumenty i materiały urzędowe nie są przedmiotem prawa autorskiego, więc po np. promulgacji nie może być mowy o skardze o zaniechanie (naruszania praw autorskich). Z braku uregulowań szczególnych stosuje się art. 4 pkt. 2. Pr. aut. Fani Pottera byliby zadowoleni.

Wydaje mi się, że wchodziłaby tu jedynie w grę odpowiedzialność odszkodowawcza z art. 417. § 1. KC:

Za szkodę wyrządzoną przez niezgodne z prawem działanie lub zaniechanie przy wykonywaniu władzy publicznej ponosi odpowiedzialność Skarb Państwa lub jednostka samorządu terytorialnego lub inna osoba prawna wykonująca tę władzę z mocy prawa.

Organ administracji publicznej nie dochował należytej staranności przy wydawaniu aktu (niedbalstwo nieświadome funkcjonariusza publicznego lub tzw. "wina anonimowa"), co spowodowało np. lucrum cessans autora. Tylko że warunkiem takiej odpowiedzialności jest bezprawność, czyli naruszenie przepisu prawa...

Odrębnie należałoby jednak zbadać tą kwestię pod kątem art. 64 ust. 1 Konstytucji RP - czy w takiej sytuacji nie ma zapewnionych skutecznych instrumentów ochrony praw autorskich majątkowych, których wymóg istnienia można wywnioskować z art. 64 ust. 1 Konstytucji RP?

WOLNOŚCI I PRAWA EKONOMICZNE, SOCJALNE I KULTURALNE

Art. 64.

1. Każdy ma prawo do własności, innych praw majątkowych oraz prawo dziedziczenia.

2. Własność, inne prawa majątkowe oraz prawo dziedziczenia podlegają równej dla wszystkich ochronie prawnej.

3. Własność może być ograniczona tylko w drodze ustawy i tylko w zakresie, w jakim nie narusza ona istoty prawa własności.

Innymi słowy, czy w takiej sytuacji skarga o odszkodowanie (o ile przysługuje - j.w.) jest skutecznym narzędziem ochrony praw autorskich majątkowych? Innych instytucji "ochrony przed publicznym zawłaszczeniem" nie mogę znaleźć. Jak to się ma do "równej ochrony praw" (art. 64 ust. 2)?

e-formularze

No właśnie. A co począć w sytuacji, gdy tworzą się platformy takie jak nasza [www.sekap.pl], gdzie konieczne jest stworzenie e-formularzy, po to by można było korzystać z dobrodziejstwa technologi w elektronicznym urzędzie. Ale sytuacja jest bardziej skomplikowana. Bo przecież, e-formularze nie mogą być kopiami wersji papierowych z przyczyn oczywistych. A więc muszą powstać niejako "na nowo", by pozwolić użytkownikom załatwić drogą elektroniczną to, co na papierze. I tu powstaje problem. Centralne repozytorium przy PUAP-ie jest puste, a więc powstają lokalne - takie jak nasze - rozwiązania. I kto jest wtedy właścicielem praw do takie formularza, skoro de facto nie powinno tak być? Problem drugi - skoro każdy tworzy swoje e-formularza, to może się okazać, że w Polsce mamy jeden wzór np. wydania dowodu osobistego, ale już 17 e-wzorów... Zwracaliśmy już na to uwagę (np. tu: Nowatorskie rozwiązania w e-administracji) i na spotkaniu w MSWiA w którym uczestniczył także pan Witold Drożdż - Podsekretarz Stanu. Na razie - cisza... Ale za chwilę ten problem wyjdzie na światło dzienne.

A kto powinien wg prawa wytworzyć eFormularze?

Witam.

Jako nie-prawnik zastanawiam się nad jednym aspektem. Te tak ostatnio modne eFormularze, to mają swój odpowiednik w "papierowym" wzorcu jakim są załączniki do rozporządzeń. Kto takie eFormularze powinien wytworzyć, to kwestia analizy prawnej. Jak mniemam, istnieje możliwość wyimplikowania z obowiązujących przepisów prawa, komu należy przypisać obowiązek wytworzenia. To czy fizycznie napisaniem eFormularzy zajmie się komercyjna firma czy ktoś inny, to problem poboczny. W tym momencie najważniejszy jest "koordynator" procesu kreowania eFormularzy. Kto tym koordynatorem ma zostać, to jak mniemam powinni rozstrzygnąć raczej prawnicy.
Przy okazji, uniknie się wielu wersji tego samego eFormularza, ale to jak sądzę mało istotny problem, skoro problemem jest ustalić do kogo należy obowiązek wytworzenia eFormularzy. Zapewne się mylę, ale rozwiązanie tej zagadki, spowodowałoby rozwiązanie także problemu różnorodności wersji tego samego eFormularza, wynikającego z treści załącznika do rozporządzenia. Co więcej, o ile wiem, to podanie nie jest już eFormularzem, a przecież także ma prawo funkcjonować w elektronicznej wymianie dokumentów.

eFormularze wytwarza ... każdy dla siebie

Może jest to bardzo dziwne, ale eFormularze każdy z urzędów musi przygotować (a może przystosować) na swoje potrzeby. W tzw. CRD są wzory formularzy, czyli opisane w xsd pola, jakie mają się na nim znaleźć. Jest też tam umieszczony plik xsl, przy pomocy którego możemy dokonać wizualizacji danych. Taka wzorcowa wizualizacja. Wiąże się to z tym, że jest wiele technologii budowy i używania eFormularzy, i nie ma jednego uniwersalnego sposoby na jego zbudowanie. Wspólną sprawą jest zakres wprowadzanych danych a nie postać graficzna formularza. Swoją drogą, to ciekawe na ile projektanci postaci graficznej eFormularza związani są postacią graficzną formularza w wersji papierowej.

Odnosząc się do koordynacji tworzenia eFormularzy, to wyjdzie to samo z siebie. Według Mojej wiedzy urzędy zamawiają systemy do przyjmowania dokumentów drogą elektroniczną (w tym elektroniczną skrzynkę podawczą) i w ramach takiego zamówienia tworzone są eFormularze. Firma realizująca takie zlecenie korzysta z efektu skali, poprzez jednokrotne budowanie eFormularza i jego dostosowanie do konkretnego klienta.

eFormularz to nie tylko definicja xsd.

Witam.

Nie będę polemizował, bo nie jestem prawnikiem. Jednakże w rozporządzeniu jest jasno zapisana delegacja dotycząca tworzenia eFormularzy, a konkretnie ich definicji czyli tego xsd. Proszę pamiętać, że urzędy publiczne realizują prawo jednolite Polskie. Nie spotkałem się z sytuacją, że prawo w powiecie X może być inne niż w powiecie Y, a co dopiero na wyższych szczeblach. Chyba, że jestem mocno do tyłu z informacjami o Polskim prawie i mamy już Polskę dzielnicową. Jeśli jednak Polska nie jest jeszcze dzielnicowa, to eFormularz dotyczący np. zezwolenia na budowę powinien być identyczny w całym kraju, celem ułatwienia ludziom życia. W innym przypadku powstaną eDokumenty prawie podobne, ale jak wiadomo prawie czyni wielką różnicę. Obywatel zawsze narzeka na nieczytelność formularzy i na ich różnice pomimo, że dotyczą tej samej sprawy, ale są wypełniane na rzecz urzędów o innych własnościach miejscowych. Samo XSD nie załatwi problemu radosnej twórczości stylistów od strony wizualnej. A stronę wizualną zawsze będzie widział wypełniający. Czy za każdym razem musi analizować każdą linijkę eFormularza aby nie popełnić błędu przy wypełnianiu? Jeśli tak, to na co komu standaryzacja?
Jak zaczynam dostrzegać, to życie i styk z urzędami był znacznie prostszy i efektywniejszy gdy nie było tej komputeryzacji zwanej szumnie informatyzacją. Druk był z drukarni akcydensowej i był identyczny w całym kraju, pola do wypełnienia były dokładnie w tym samym miejscu i znaczyły dokładnie to samo. Druk był opracowywany centralnie i nie było problemu z poszukiwaniem, kto co i dlaczego.

Inaczej mówiąc. Nie było komputerów i państwo funkcjonowało, choć powolnie. Teraz mamy komputery i nic się nie przyśpieszyło, a tylko wzrosły wydatki budżetowe na modernizację obsługi klienta w urzędach. Sprawa jak się ślimaczyła tak się ślimaczy. Chyba jednak to nie informatyzacja (czyt. komputer na każdym biurku urzędnika) zmieni tempo załatwiania spraw, a jedynie zmiana organizacji funkcjonowania urzędów, zwłaszcza godzin urzędowania.

Tak na marginesie dodam, że Norwegowie wymyślili coś użytecznego. Ustanowili prawo wg którego, eDokumenty mogą mieć 3 postaci.
1. Każdy eDokument do publikacji w internecie -> format HTML
2. Każdy eDokument, który musi zachować postać wizualną -> tylko PDF
3. Każdy eDokument do wymiany z obywatelami -> tylko OASIS

Co więcej, do roku 2014 muszą zostać stosownie skonwertowane eDokumenty już istniejące.
Opis tego jest tu: Otwarte formaty w Norwegii już w 2009 roku.

Ciekawe tylko dlaczego u nas tak nie można? Brak chęci? Czy może wstyd przed ściąganiem od innych, nawet jeśli to może okazać się sensownym rozwiązaniem.

Pozdrawiam

Piotr VaGla Waglowski

VaGla
Piotr VaGla Waglowski - prawnik, publicysta i webmaster, autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet. Członek Rady ds Cyfryzacji przy Ministrze Cyfryzacji, ekspert w Departamencie Oceny Ryzyka Regulacyjnego Ministerstwa Rozwoju, felietonista miesięcznika "IT w Administracji" (wcześniej również felietonista miesięcznika "Gazeta Bankowa" i tygodnika "Wprost"). Uczestniczył w pracach Obywatelskiego Forum Legislacji, działającego przy Fundacji im. Stefana Batorego w ramach programu Odpowiedzialne Państwo. W 1995 założył pierwszą w internecie listę dyskusyjną na temat prawa w języku polskim, Członek Założyciel Internet Society Poland, pełnił funkcję Członka Zarządu ISOC Polska i Członka Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Był również Członkiem Rady Informatyzacji przy MSWiA, członkiem Zespołu ds. otwartych danych i zasobów przy Komitecie Rady Ministrów do spraw Cyfryzacji oraz Doradcą społecznym Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej ds. funkcjonowania rynku mediów w szczególności w zakresie neutralności sieci. W latach 2009-2014 Zastępca Przewodniczącego Rady Fundacji Nowoczesna Polska, w tym czasie był również Członkiem Rady Programowej Fundacji Panoptykon. Więcej >>