Infor ma święte prawo pozywać kogo chce

Nie tylko Infor. Każdy z uprawnionych ma święte prawo do składania pozwów i samodzielnego wybierania sobie przeciwników sądowych. Jednych może pozwać, innych zaś przy składaniu pozwów pominąć. Infor złożył pierwszy pozew w związku z naruszeniem autorskich praw majątkowych, a celem jest Polska Federacja Rynku Nieruchomości. Na swojej stronie Federacja "przedrukowuje" teksty z Gazety Prawnej. Spółka Google chyba nie zostanie przez Infor pozwana, nie zostanie pozwane pewnie również Angora, albo Forum (a tytuły te żyją z przedruków). Infor najpewniej nie pozwie Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych, na którego stronie publikowane są również artykuły z Gazety Prawnej. Ma się pojawić jeszcze 70 innych pozwów. Pozwy zatem zostaną złożone, tymczasem mamy podstawowe braki w wiedzy na temat interpretacji fundamentalnych określeń normatywnych, które w Unii Europejskiej kształtują dozwolony użytek. Wydaje się, że w pogoni za większą ochroną prawodawcy po macoszemu traktowali te przepisy, które maja inny (przeciwny?), niż budowanie monopolu prawnoautorskiego, wektor działania.

O pozwie można przeczytać w Dzienniku, w tekście Wydawcy gazet idą na wojnę. To dalszy ciąg historii komentowanej w tym serwisie, w tekście Wydawcy prasy, internetowy clipping oraz "źródło internet". Dziś poznaliśmy pierwszy cel Infora, który wraz z innymi wydawcami postanowił dochodzić swoich praw przed sądem. Jak pisze Dziennik:

Gra toczy się o wielomilionowe odszkodowania. Przeróżne branżowe serwisy internetowe kopiują w całości materiały przygotowane przez dziennikarzy papierowych gazet, przez co zmniejsza się ruch na witrynie danej gazety...

Przypomnę pytania z wniosku o wydanie orzeczenia w trybie prejudycjalnym w sprawie C-5/08, które umieściłem w przeglądowym tekście Przegląd wydarzeń - proces TPB, ugoda Google Book, pytania prejudycjalne o internetowy clipping..., a które zadał Trybunałowi Sprawiedliwości Wspólnot Europejskich Sąd Najwyższy Danii. W gruncie rzeczy te pytania dotyczą podstaw dozwolonego użytku i tzw. "trzystopniowego testu" (por. Trzystopniowy test - notatki i spostrzeżenia dnia drugiego). Sąd Najwyższy Danii nie wie i pyta Trybunału, jak należy rozumieć takie pojęcia, jak "charakter przejściowy", "integralna i podstawowa część procesu technologicznego", "odrębne znaczenie ekonomiczne", “szczególne przypadki, które nie naruszają normalnego wykorzystania", Sąd Najwyższy Danii pyta nawet o to, co to znaczy "legalne korzystanie". Pyta, ponieważ nie wie jak należy to określenie interpretować.

Zastanawiam się - w związku z powyższym - jakie pytania można zadać sądowi (albo trybunałom) w związku z przepisami takimi, jak art. 25 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Pamiętacie Państwo ich brzmienie?

1. Wolno rozpowszechniać w celach informacyjnych w prasie, radiu i telewizji:

1) już rozpowszechnione:
a) sprawozdania o aktualnych wydarzeniach,
b) aktualne artykuły na tematy polityczne, gospodarcze lub religijne, chyba że zostało wyraźnie zastrzeżone, że ich dalsze rozpowszechnianie jest zabronione,
c) aktualne wypowiedzi i fotografie reporterskie;

2) krótkie wyciągi ze sprawozdań i artykułów, o których mowa w pkt 1 lit. a i b;

3) przeglądy publikacji i utworów rozpowszechnionych;

4) mowy wygłoszone na publicznych zebraniach i rozprawach; nie upoważnia to jednak do publikacji zbiorów mów jednej osoby;

5) krótkie streszczenia rozpowszechnionych utworów.

2. Za korzystanie z utworów, o których mowa w ust. 1 pkt 1 lit. b i c, twórcy przysługuje prawo do wynagrodzenia.

3. Rozpowszechnianie utworów na podstawie ust. 1 jest dozwolone zarówno w oryginale, jak i w tłumaczeniu.

4. Przepisy ust. 1–3 stosuje się odpowiednio do publicznego udostępniania utworów w taki sposób, aby każdy mógł mieć do nich dostęp w miejscu i czasie przez siebie wybranym, z tym że jeżeli wypłata wynagrodzenia, o którym mowa w ust. 2, nie nastąpiła na podstawie umowy z uprawnionym, wynagrodzenie jest wypłacane za pośrednictwem właściwej organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi lub prawami pokrewnymi.

Angory czy Forum nie pozywa się, ponieważ te tytuły płacą wynagrodzenie, o którym mówią cytowane wyżej przepisy. Ale jakoś niewiele osób zastanawia się, w jaki sposób tytuły te określają wysokość tego wynagrodzenia. Czy jeśli nie ma zastrzeżenia, o którym mowa w art. 25 ust. 1 pkt. 1) lit. b) ustawy (uwaga: na stronach VaGla.pl jest takie zastrzeżenie) i zdecyduje się dokonać internetowego "przedruku", to jeśli uznam, że autorowi (ew. dysponentowi praw, np. wydawcy) chciałbym zapłacić 100, to czy sam mogę kształtować tu politykę cenową? Czy jeśli mogę powiedzieć, że będę za przedruk płacił 100, to czy mogę powiedzieć również, że będę płacił 50? A jeśli tak, to czy mogę płacić tylko 5? Jaka jest wartość "wynagrodzenia" za korzystanie z utworów, o których mowa w ust. 1 pkt 1 lit. b i c?

A czy jeśli Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych na stronie urzędu publikuje teksty z tytułu prasowego, to czy działa "legalnie"? Tak jak pozywać można kogo się chce, tak również można - w ramach przysługującego monopolu - decydować komu udzielić zgody na korzystanie z utworów, a komu nie udzielić. Być może GIODO uzyskał licencję niewyłączną (a więc nie koniecznie w formie pisemnej) na teksty, które przedrukowuje w dziale Materiały informacyjne » Prasa » Archiwum serwisu GIODO (weźmy pierwszy z brzegu: Gazeta Prawna, 27 stycznia 2009 r. Ochrona danych osobowych w bankach i dalej PDF; tak, to jednoakapitowy "maluszek"...). Być może nawet biuro Inspektora wypłaciło komuś jakieś wynagrodzenie? Bo jeśli to się odbywa na takich samych zasadach, jak robi to Polska Federacja Rynku Nieruchomości, to nazywanie jednych "złodziejami" musi oznaczać, że również innych takim mianem się określa. Chyba nikt nie będzie chciał zadzierać z GIODO i przezywać go różnymi nieprzemyślanymi mianami, bo jak się Inspektor zirytuje, to przeprowadzi kontrolę i potem się okaże co, tak naprawdę, oznacza "korzystanie ze swoich uprawnień".

YouTube podobno nie jest już "złym piratem". To za sprawą dzielenia się przychodami. Niby nic się nie zmieniło. Nadal pojawiają się tam te same klipy (ok, pamiętam o tym, że uruchomiono nowy mechanizm, który "wycisza" kwestionowaną ścieżkę dźwiękową w klipie). To co widać dziś "na rynku", to rozpychanie się łokciami w walce o przetrwanie. Byłbym jednak ostrożny w posługiwaniu się określeniami takimi jak "złodziej", bo o ile spełnia ono swoją erystyczną funkcje w walce medialnej o rząd dusz, to jednak - jak się wydaje - pojęcie "złodziej", gdyby jakiś prawodawca zdecydował się kiedyś na jego użycie w akcie normatywnym, również zasługiwałoby na interpretacje w toku wszystkich instancji przed niezawisłymi sądami. Zwłaszcza w społeczeństwie nazywanym "informacyjnym", w którym - jak się wydaje - obieg informacji nie tyle jest "środkiem produkcji", co immanentną cecha wszystkich aktorów życia społecznego.

Opcje przeglądania komentarzy

Wybierz sposób przeglądania komentarzy oraz kliknij "Zachowaj ustawienia", by aktywować zmiany.

Artykuł czy sprawozdanie?

Podany "pierwszy z brzegu przykład", czyli Gazeta Prawna, 27 stycznia 2009 r. Ochrona danych osobowych w bankach wygląda mi na klasyczne sprawozdanie o aktualnym wydarzeniu. Rozpowszechniania takiego sprawozdania nie można zabronić a za jego wykorzystanie twórcy nie przysługuje prawo do wynagrodzenia.

No chyba, że się mylę... ;)

dobrze...

VaGla's picture

Sprawozdanie... Mam inny przykład, jeśli wcześniejszy nie był dość dobry, by zilustrować tezę: Gazeta Prawna, 7 stycznia 2009 r.
Informacje o najemcach lokalów
. Jest PDF na stronach GIODO, gdyby ktoś miał ochotę. Ale tu można zauważyć, że ten materiał pochodzi od GIODO (jest cały cykl "Generalny Inspektor Ochrony Danych wyjaśnia")... Kto jest autorem tekstów tego typu - jak właśnie linkowane? Czy może to już "materiały urzędowe", a wówczas nie będące przedmiotem prawa autorskiego?

Nie chodzi o to, by się czepiać. W każdym razie jeśli poprzednie przykłady były niedoskonałe, to ten może zadowolić wymagających: Gazeta Prawna, 14 sierpnia 2008 r. Firmy nie mogą tworzyć baz danych kandydatów do pracy...
--
[VaGla] Vigilant Android Generated for Logical Assassination

"Dryf" sądowy

kocio's picture

Tu mi się kojarzy uwaga Boyle'a z książki "The Public Domain" ( http://www.thepublicdomain.org/ ) na temat dozwolonego użytku, który komentuje prawo USA, więc nie można tego zastosować do tego niusa bezpośrednio, ale może występować analogiczne zjawisko.

OIDP jest tam przywołana taka regulacja, że można pewne rzeczy wykorzystywać na zasadach dozwolonego użytku, jeśli nie narusza to interesu ekonomicznego posiadacza praw autorskich. Ale ponieważ stopniowo ale wyraźnie radykalizuje się praktyka egzekwowania prawa autorskiego, to i panuje coraz większa ostrożność przy korzystaniu z tej swobody i ludzie bardziej są skłonni na wszelki wypadek płacić za wykorzystanie.

To z kolei zaczyna być samospełniająca się przepowiednia, bo sądy traktują to jako normalną praktykę rynkową i w związku z tym są bardziej skłonne przyjmować bardziej rygorystyczne rozstrzygnięcia, bo pojawiają się nowe pola zarobku, czyli jest spełniona przesłanka, że szkoda ekonomiczna by nastąpiła...

Ciekawi mnie, czy na polskim gruncie też dochodzi do takiego zjawiska "dryfu prawa" poprzez coraz bardziej rygorystyczną praktykę? Czy jednak te przepisy są na tyle jasno sformułowane, że nas to nie dotyczy?

Dryf skarbowy

Dryf taki można zaobserwować w przypadku wykorzystywania open source w firmach. Urzędnik ze skarbówki twierdzi, ze od OS trzeba zapłacić podatek, bo posiada wartość i na potwierdzenie swoich teorii podaje, że wszyscy tak robią (kupują wersję pudełkową, na podkładkę).

jakieś konkrety?

ksiewi's picture

Mógłbym prosić o jakieś dokładniejsze informacje? Ja akurat znam wiele interpretacji organów podatkowych, które uznawały brak przychodu z tytułu nieodpłatnego świadczenia w sytuacji wykorzystywania udostępnianego powszechnie i za darmo oprogramowania.

Szybkie przeszukanie bazy SIP MF potwierdza utrzymywanie się tej "linii orzeczniczej".

Może już nie

Sytuacja miała miejsce kilka lat temu w przedsiębiorstwie znajomego. Stwierdził wtedy, że zakup czasopisma z linuxem za 30PLN jest najmniej bolesnym rozwiązaniem, więc raczej nie doszło do żadnego rozpatrywania poprawności tego co powiedział urzędnik.

an urban legend

Maakdam, proszę cię, to są jakieś legendy miejskie.

A czy gazeta gdzieś oznacza że dany artykuł nie może być ...

A czy Gazeta Prawna oznacza gdzieś na stronie z artykułem że nie wyraża zgody na jej przedruk i wykorzystanie?
Czy słowa "Copyright 2008 - INFOR PL" mają jakąś wartość jako dowód w sądzie? I czy błędna data - wszak te materiały są chronione do roku 2008 włącznie powoduje ustanie prawa?

Czy jeżeli na serwisie jakiejś firmy na którym pracownik publikuje artykuły (gospodarcze) w ramach umowy o pracę nie ma umieszczonego tekstu wyraźnie zabraniającego przedruku to czy inne firmy/instytucje mogą wykorzystać takie teksty?

Piotr VaGla Waglowski

VaGla
Piotr VaGla Waglowski - prawnik, publicysta i webmaster, autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet. Członek Rady ds Cyfryzacji przy Ministrze Cyfryzacji, ekspert w Departamencie Oceny Ryzyka Regulacyjnego Ministerstwa Rozwoju, felietonista miesięcznika "IT w Administracji" (wcześniej również felietonista miesięcznika "Gazeta Bankowa" i tygodnika "Wprost"). Uczestniczył w pracach Obywatelskiego Forum Legislacji, działającego przy Fundacji im. Stefana Batorego w ramach programu Odpowiedzialne Państwo. W 1995 założył pierwszą w internecie listę dyskusyjną na temat prawa w języku polskim, Członek Założyciel Internet Society Poland, pełnił funkcję Członka Zarządu ISOC Polska i Członka Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Był również Członkiem Rady Informatyzacji przy MSWiA, członkiem Zespołu ds. otwartych danych i zasobów przy Komitecie Rady Ministrów do spraw Cyfryzacji oraz Doradcą społecznym Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej ds. funkcjonowania rynku mediów w szczególności w zakresie neutralności sieci. W latach 2009-2014 Zastępca Przewodniczącego Rady Fundacji Nowoczesna Polska, w tym czasie był również Członkiem Rady Programowej Fundacji Panoptykon. Więcej >>