Viacom vs. Google - to przecież nie koniec sprawy

Orzeczenie sądu federalnego w USA z drugiego lipca zakończyło pewien etap procesu w sporze pomiędzy spółkami Viacom i Google, ale nie zakończyło sprawy. O sporze pisałem wcześniej w tekście Standaryzacja narzędzi ochrony praw autorskich w sporze Viacom v. Google. Wyrok zapadł w Nowym Jorku i tak naprawdę rozpoczął się pozwem w którym po jednej stronie stały spółki Viacom International Inc., Comedy Partners, Country Music Television Inc., Paramount Pictures Corporation oraz Black Entertainmant Television LLC, zaś po drugiej stronie sporu (w charakterze pozwanych) były spółki YouTube Inc., YouTube LLC oraz Google Inc. Strona powodowa zarzuca pozwanym gigantyczne naruszenie prawa autorskiego i domaga się miliardowego odszkodowania. No i na razie sąd rozstrzygnął kwestie dowodowe (kto komu co ma udostępnić), ale jeszcze nie przesądził o ewentualnej odpowiedzialności...

Pozew (PDF) - tu za blogiem prof. Lessiga, gdzie również można znaleźć omówienie sprawy z marca 2007 roku: Viacom v. YouTube - został złożony przed sądem dystryktowym dla południowego dystryktu Nowego Jorku. Prof. Lessig komentował w marcu zeszłego roku: "A więc po dziesięciu latach od momentu, gdy branża dostawców treści (content industry) przekonała Kongres do wprowadzenia jednej z istotniejszych zmian w amerykańskim prawie autorskim, tj. DMCA, ta sama branża dostawców treści uznała, że nie lubi części tej regulacji: the Safe Harbor Provision, która to klauzula chroni takie serwisy jak YouTube".

Jest orzeczenie w przedmiocie dowodów z 2 lipca, w sprawie 1:07-cv-02103-LLS (PDF), wydane przez New York Southern District Court (media donoszą, że jest wyrok, chociaż w sprawie Viacom International, Inc. et al v. Youtube, Inc. et al cały czas pojawiają się kolejne stanowiska stron i sądu - w tej sprawie zebrano już blisko sto dokumentów). Główny akcent w komentowaniu tej sprawy położono dziś na to, że YouTube ma ujawnić dane dotyczące użytkowników serwisu (nazwiska, pseudonimy, numery IP komputerów, z których korzystali z serwisu). Na przykład serwis Webhosting.pl (za serwisami CNET: Google wins source code ruling against Viacom oraz Wired: Judge Orders YouTube to Give All User Histories to Viacom) napisał wczoraj w tekście Niejednoznaczny wynik sporu Google'a z Viacomem o pirackie filmy w YouTube:

Wczoraj Sąd Federalny stanu Nowy Jork wydał orzeczenie w sprawie dotyczącego naruszenia praw autorskich sporu pomiędzy Google'em a Viacomem. Decyzją sądu Google musi przekazać koncernowi filmowemu dane o swoich użytkownikach, nie musi natomiast udostępniać kodu źródłowego wyszukiwarki.

Jest reakcja Electronic Frontier Foundation: Court Ruling Will Expose Viewing Habits of YouTube Users, gdzie czytamy, iż zdaniem EFF wyrok sądu narusza ochronę użytkowników internetu, jaka wynika z federalnej ustawy Video Privacy Protection Act (VPPA) - czyli 18 U.S.C. § 2710. Google powoływał się na te przepisy w trakcie procesu, jednak sąd odrzucił argumentację pozwanych ("defendants cite no authority barring them from disclosing such information in civil discovery proceedings, and their privacy concerns are speculative").

Wracając nieco do relacji prof. Lessiga: komentował on na początku całej sprawy, że powodowie (branża filmowa, wydawcy, nie wiem zbytnio jak ich dobrze nazwać dla odróżnienia od pozwanych, którzy przecież również reprezentują tą samą nazwę, chociaż może różnica tkwi w modelu biznesowym) zamiast lobbować za zmianą przepisów - tu nawiązanie do wzmianki o DMCA i Safe Harbor Provision - postanowili wykorzystać prawo precedensowe i powołać się na sprawę Grokster (por. Grokster przegrał!, Grokster znika z Sieci, Komentarz do MGM v. Grokster, czy Odpowiedzialność internet service providerów za naruszenie praw autorskich).

Pamiętacie tamtą argumentację amerykańskiego Sądu Najwyższego? Istotne było tam, że serwis może ponosić odpowiedzialność za własne działanie, a to w szczególności polegające na... promowaniu używania serwisu w celu naruszenia prawa autorskiego. Czyli - wracając do orzeczenia sprzed kilku dni - generalnie Viacom International, Inc. i reszta powodów uznali, że Safe Harbor Provision jest OK, ale YouTube promowane jest jako platforma do naruszeń prawa autorskiego (a ten tok myślenia znaleźć można też w innych doniesieniach, np.: Doradztwo pracowników Google i kampanie reklamowe "zachęcające do piractwa")... To znajduje potwierdzenie w cytowanych w wyroku stanowiskach powodów:

Defendants encourage individuals to upload videos to the YouTube site, where YouTube makes them available for immediate viewing by members of the public free of charge. Although YouTube touts itself as a service for sharing home videos, the well-known reality of YouTube’s business is far different. YouTube has filled its library with entire episodes and movies and significant segments of popular copyrighted programming from Plaintiffs and other copyright owners, that neither YouTube nor the users who submit the works are licensed to use in this manner. Because YouTube users contribute pirated copyrighted works to YouTube by the thousands, including those owned by Plaintiffs, the videos “deliver[ed]” by YouTube include a vast unauthorized collection of Plaintiffs’ copyrighted audiovisual works. YouTube’s use of this content directly competes with uses that Plaintiffs have authorized and for which Plaintiffs receive valuable compensation.

Na to właśnie spółki Google i YouTube (YouTube jest własnością Google) reagowały, powołując się na DMCA, która to ustawa (a ściślej: nowela do US Code) ogranicza odpowiedzialność serwisów, które udostępniają swoją infrastrukturę użytkownikom (w Polsce odpowiednikiem tego są przepisy art. 14 i następne ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, chociaż w Polsce nie zapadają jeszcze wyroki, dzięki którym można by mówić o jakiejkolwiek linii orzeczniczej polskich sądów w podobnych sprawach).

Powodowie chcieli dostać kod źródłowy oprogramowania wyszukiwawczego, wykorzystywanego w serwisie YouTube. Dlaczego? Jedną z kwestii do ustalenia miało być to, czy Google (YouTube) "podkręca" wyniki wyszukiwania w taki sposób, by użytkownicy łatwiej znajdowali chronione przez prawo autorskie utwory, opublikowane tam z naruszeniem tego prawa (czyli bez zgody uprawnionych). Spółka Google podnosiła, że silnik wyszukiwawczy to jedynie algorytm, fakt, że rozwijany setkami osobogodzin, ale jego działanie polega po prostu na tym, że użytkownik wpisuje tekst, a serwis pokazuje wyniki (prawda, jakie to proste?). Powodowie chcieli uzyskać dostęp do kodu po to, by okazać eksperymentalnie, że chociaż - jak twierdziło Google - nie mieli wpływu na wyniki wyszukiwania, to jednak mogli taki wpływ uzyskać. A dlaczego to ważne? Dlatego, że gdyby mieli wpływ na wyniki wyszukiwania, to mogli również sprawić, by w wynikach wyszukiwania nie pokazywały się opublikowane z naruszeniem prawa autorskiego treści. W ten sposób powodowie podnosili, że Google i YouTube nie zrobiły wszystkiego co mogły, by chronić prawa osób trzecich (w szczególności prawa powodów). Sąd jednak uznał, że nie ma potrzeby ujawniania kodu źródłowego silnika wyszukiwarki.

Powodowie chcieli uzyskać dostęp do innej tajemnicy przedsiębiorstwa, tj. do kodu źródłowego oprogramowania "Video ID". Chodzi o oprogramowanie, które może być wykorzystywane do oceny czy w konkretnym przypadku dochodzi do naruszenia prawa autorskiego: mechanizm przechowuje próbki utworów i jeśli ktoś publikuje wideo - program porównuje to wideo z przechowywanymi próbkami i może ocenić czy dochodzi do naruszenia, czy nie (a ściślej: może porównać dodawany utwór z utworami w bazie danych i jeśli dodatkowe informacje są do takich danych przypisane, wówczas może wywnioskować czy dochodzi do naruszenia). I znów: powodowie chcąc kodu źródłowego chcieli dowieść, że spółki Google i YouTube miały możliwość przeciwdziałania naruszeniem, ale tego nie robiły. Pozwani zaś argumentowali, że przecież powodowie mogą obserwować sposób działania programu, a także analizować dostępne dokumenty patentowe (i oczywiście nie chcieli udostępnienia kodu źródłowego, bo prace nad tym kodem oszacowano na 50 tys osobogodzin i dużo milionów dolarów inwestycji). Sąd uznał, że nie trzeba ujawniać tego kodu.

Powodowie chcieli dostać się do danych na temat każdego z klipów, który w jakiś sposób został usunięty z serwisu YouTube. Pozwani podnosili, że to zbyt trudne, że spełnienie tych próśb wiązałoby się z olbrzymią ilością danych (w tym oznaczających powiązanie tytułów, fragmentów klipów - snapshots, etc., a to wiązałoby się z kosztami obliczonymi na pięć osobotygodni pracy laboratoryjnej oraz dodatkowo kosztami eksploatacji specjalistycznego wyposażenia komputerowego, nie zapominając o kosztach dostępu do Sieci... Tu jednak sąd zdecydował, że można zobowiązać Google do dostarczenia danych na temat każdego usuniętego z serwisu YouTube klipu ("Under the circumstances, the motion to compel production of copies of all removed videos is granted").

Kolejna sprawa to dane dotyczące logowania się użytkowników (to właśnie jest głównym elementem komentarzy w mediach: "Video-Related Data from the Logging Database"). Do czego było potrzebne powodom poznanie unikalnych danych "login ID" (oraz powiązanych z nimi "IP address") osób, które oglądały materiały opublikowane z naruszeniem prawa autorskiego? To - zdaniem powodów jest jedynym istniejącym zapisem "popularności" materiałów, do których prawa naruszono ("is the only existing record of how often each video has been viewed during various time periods"). Chcieli porównać dane dotyczące oglądalności utworów publikowanych z naruszeniem prawa autorskiego z tymi, które były opublikowane zgodnie z tymi prawami. Gdyby różnica była znaczna - na tej podstawie powodowie wyciągaliby wnioski dotyczące ewentualnej (a przecież jeszcze nie orzeczono co do tego elementu) odpowiedzialności prawnej pozwanych. Spółki Google i YouTube argumentowały, że wyprodukowanie takiej bazy (przygotowanie jej do przekazania powodom) da efekt w postaci bazy danych wielkości 12 Terabajtów, chociaż może lepiej, gdyby powodowie otrzymali tylko 4 Terabajty - bazę danych pokazującą ile razy który klip był oglądany (bez danych użytkowników, a to ze względu na prywatność tych użytkowników). Tu sąd stwierdził, że pozwani nie mają prawa odmówić ujawnienia danych użytkowników w postępowaniu cywilnym dotyczącym wydobycia dowodów w sprawie, a jednocześnie ewentualne naruszenie prywatności użytkowników jest wątpliwe ("defendants cite no authority barring them from disclosing such information in civil discovery proceedings, and their privacy concerns are speculative"). W efekcie sąd uznał, że te dane, o których piszą ostatnio wszystkie serwisy relacjonujące orzeczenie, należy udostępnić powodom ("the motion to compel production of all data from the Logging database concerning each time a YouTube video has been viewed on the YouTube website or through embedding on a third-party website is granted" - zdecydował sąd).

Sąd nie zgodził się za to na przekazanie powodom innych danych, takich jak "Video-Related Data from the User and Mono Databases". W tej bazie gromadzone są informacje na temat "tagów", które zostały przypisane klipom przez użytkowników.

Wnoszono również o udostępnienie schamatu bazy danych związanej z reklamą Google, co związane oczywiście z modelem biznesowym Google i reklamą przy klipach (w modelu "AdWords"). A to oczywiście ma wykazać, że Google wiedziało, albo przynajmniej powinno wiedzieć, że przychód, który uzyskuje z reklamy w swoim serwisie (swoich serwisach), związany jest w dużej mierze z wykorzystywaniem utworów opublikowanych i przechowywanych tam z naruszeniem prawa autorskiego. Sąd odrzucił wniosek o przekazanie Google Advertising Schema, ale uznał, że Google powinno przekazać Google Video Schema...

Wiele osób pewnie nawet nie przypuszczało, o jakie ciekawe sprawy można wnosić do sądu, kiedy toczy się taki spór. Wyobrażam sobie jak reagowałby sąd pierwszej instancji w Polsce, gdyby powód w postępowaniu cywilnym domagał się udostępnienia konkretnej bazy danych, stojącej za rozbudowanym serwisem internetowym...

Proces będzie miał ciąg dalszy. Powodowie oraz sąd będą teraz analizowali te dane, który wydobędą od Google i YouTube i na tej podstawie sąd zdecyduje czy i jeśli tak, to w jakim zakresie, Google i YouTube (w dwóch osobach: Inc. oraz LLC) mogą być obciążone odpowiedzialnością za własne działania, związane z eksploatacją chronionych przez prawo autorskie utworów bez zgody dysponentów tych praw...

O sprawie oraz wyroku przeczytaj również w następujących źródłach:

Opcje przeglądania komentarzy

Wybierz sposób przeglądania komentarzy oraz kliknij "Zachowaj ustawienia", by aktywować zmiany.

DMCA

Wspomniałeś o ochronie dostawców przez DMCA: z tego co czytałem, wystarczy 'aktywnie' reagować na 'żądania' DMCA, aby uniknąć oskarżenia o łamanie praw autorskich (mówię o usługodawcy). Czy nie łatwiej byłoby Viacom wykazać, że Google nie reagowało na takie wezwania?

Ludzie zrzeszeni w Free Culture przy MIT napisali narzędzie monitorujące usunięte klipy.

Viacom z chęcią używa kija w postaci DMCA, a nie chce respektować praw wynikających z tekstu?

Viacom z chęcią używa

maniak713's picture

Viacom z chęcią używa kija w postaci DMCA, a nie chce respektować praw wynikających z tekstu?

A czemu nie... RIAA (albo MPAA, mylą mi się czasem) chce dostawać odszkodowania bez konieczności przeprowadzania dowodu naruszenia, to czemu Viacom miałby się godzić na jakiś "safe harbor"?

Nie ma się co dziwić, oni walczą o przetrwanie. Przestarzały model biznesowy się sypie, przystosować się do zmian trudno - to trzeba spróbować powstrzymać zmiany szczując prawnikami. Na jakiś czas pomoże, a potem się kupi nową ustawę, jakieś DMCA II Pro.

Frustracja i niezrozumienie

Witam

Czytając ten artykuł zastanawia (irytuje) mnie postawa strony Viacom etc. Przecież żeby sprawdzić ile dany "clip" był oglądany i przez jakiego użytkownika to wystarczy do takiej analizy przecież sam "nick" - same systemy bazodanowe nie pozwalają na kilka wpisów o tej samej zawartości, w tym przypadku pseudonimu. Tym bardziej, że te dane mają służyć tylko jako dane statystyczne. Poza tym dane w postaci "nicka" na serwisie YouTube często są adresami email do większości serwisów firmowanych przez Google, np. poczta Gmail. Zastanawia mnie także czy to udostępnienie danych dotyczy tylko mieszkańców USA czy też użytkowników z innych państw. Przecież, w niektórych krajach takie dane jak adres IP jest traktowany jako dana osobowa i podlega ochronie tak jak inne dane osobowe obywatela. Poza tym jest to sprzeczne z regulaminem jaki musi zaakceptować każdy zarejestrowany użytkownik serwisu YouTube. Inną kwestią są dane osób które nie posiadają konta na YouTube, a filmy oglądają, bo przecież, żeby oglądać większość "clip'ów" nie trzeba posiadać w serwisie konta. Co więc z takimi danymi?

A tak na marginesie to wydaje mi się, że te adresy IP Viacom chce nie tylko do statystyk do wykorzystania w procesie przeciwko Google, ale także do walki z użytkownikami, którzy publikowali "wątpliwe materiały".
Jeśli tak się stanie to to będzie zgodne z prawem (decyzja sądu) wyłudzenie danych osobowych od innej firmy. I tu się może zacząć batalia o ochronie danych.

Inną kwestią jest sprawa skąd zwykły szary użytkownik YouTube ma wiedzieć czy film jest "legalny czy też nie". Filmy nie są jakoś specjalnie znaczone "Ten film jest nie legalny, nie oglądaj bo pójdziesz do sądu". Większość z nas klika ogląda i nie zastanawia się skąd pochodzi film.

Czas pokaże jak się sprawy potoczą, dla mnie ten proces jest zupełnie bezsensowny, podobnie jak myślenie niektórych w USA - czasami totalna głupota i ręce opadają, niestety.

Pozdrawiam

YouTube nie ujawni danych

VaGla's picture

W Newsweeku tekst: Użytkownicy YouTube pozostaną anonimowi, a w nim: "Serwis YouTube podał w poniedziałek, że zastąpi identyfikatory kont użytkowników, ich adresy internetowe oraz inne dane osobowe informacjami symbolicznymi, zanim przekaże swoją bazę danych koncernowi Viacom na mocy szeroko krytykowanego przez obrońców praw internautów nakazu sądowego z 1 lipca."
--
[VaGla] Vigilant Android Generated for Logical Assassination

Piotr VaGla Waglowski

VaGla
Piotr VaGla Waglowski - prawnik, publicysta i webmaster, autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet. Członek Rady ds Cyfryzacji przy Ministrze Cyfryzacji, ekspert w Departamencie Oceny Ryzyka Regulacyjnego Ministerstwa Rozwoju, felietonista miesięcznika "IT w Administracji" (wcześniej również felietonista miesięcznika "Gazeta Bankowa" i tygodnika "Wprost"). Uczestniczył w pracach Obywatelskiego Forum Legislacji, działającego przy Fundacji im. Stefana Batorego w ramach programu Odpowiedzialne Państwo. W 1995 założył pierwszą w internecie listę dyskusyjną na temat prawa w języku polskim, Członek Założyciel Internet Society Poland, pełnił funkcję Członka Zarządu ISOC Polska i Członka Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Był również Członkiem Rady Informatyzacji przy MSWiA, członkiem Zespołu ds. otwartych danych i zasobów przy Komitecie Rady Ministrów do spraw Cyfryzacji oraz Doradcą społecznym Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej ds. funkcjonowania rynku mediów w szczególności w zakresie neutralności sieci. W latach 2009-2014 Zastępca Przewodniczącego Rady Fundacji Nowoczesna Polska, w tym czasie był również Członkiem Rady Programowej Fundacji Panoptykon. Więcej >>