Ograniczanie i kontrola dostępu oraz kanałów dystrybucji

Wyznacznikiem uprawnień jednostek jest obowiązujące w danym czasie i miejscu prawo. Oczywiście w tym kontekście trzeba zwrócić uwagę na różne nurty doktryny, na fakt, iż dane trendy mogą wynikać z przyjęcia przez komentatorów którejś koncepcji: prawa natury czy prawa pozytywnego (czy innych możliwości). Skoro dyskusja o prawach tzw. „własności intelektualnej” trwa, to nie zapominajmy o infrastrukturze i obserwowanych działaniach zmierzających do kontroli kanałów dystrybucji informacji.

Kiedy się pisze o własności intelektualnej, to często w publicznej, popularnej debacie brakuje podejścia dogmatycznego (egzegetycznego, polegającego na zgłębianiu językowej treści norm prawnych, znaczenia słów, etc.). Wiele jest emocji - czemu się trudno dziwić. Niezależnie jednak od tego jakie w tej dyskusji padają argumenty – poza sferą prawną rynek rządzi się własną logiką. Jasne, że lobbing w instytucjach prawodawczych skierowany jest na wykorzystanie mechanizmów normatywnych do ochrony danych interesów. Powstał Internet – tracimy kasę! Co robić? Doprowadźmy do tego, by prawo chroniło nasze interesy, niech prawodawca uzna dane działanie za przestępstwo – tak można w dwóch zdaniach streścić dotychczasowe podejście. Jednak coraz częściej obserwuję zmiany myślenia u reprezentantów "przemysłu praw autorskich". Nie tyle w sferze publicznego przedstawiania aktualnego stanu prawa (raz odnotowałem jedynie, że ZAIKS publicznie powiedział, iż istnieją przepisy o dozwolonym użytku osobistym), ile np. w modyfikacjach modeli biznesowych, które są wymuszone zmianami społecznymi wynikającymi z bardziej swobodnej możliwości obiegu informacji. Nie zawrócimy rzeki. Proces wykuwania się nowej praktyki i "nowego podejścia" jest jednak żmudny i stanowi wciąż element walki grup interesów. Brzmi jak teza wyjęta z Françoisa Guizota, którą następnie zaadoptował twórczo marksizm: wszelkie społeczeństwa dotychczasowe opierały się na przeciwieństwie klas uciskających i klas uciskanych (zob. materializm dialektyczny i teorie przeciwieństw w Wikipedii). Ja nie jestem marksistą, a jedynie takim sobie skromnym obserwatorem. Wydaje mi się jednak, że właśnie wchodzimy w ten etap dyskusji o rozwoju społecznym, w którym trzeba zacząć precyzyjnie (bardziej precyzyjnie niż do tej pory) formułować alternatywy, by następnie móc świadomie wybrać jedną z nich.

To analogiczna dyskusja do tej, która odbyła się na przełomie XIX i XX wieku w odniesieniu do społeczeństwa przemysłowego i następnie w różny sposób podejmowano próby ziszczenia się przepowiedni rewolucji proletariackiej... To chyba zahacza już o jakieś doktrynerstwo. Nawiązywanie do marksizmu chyba nie jest dziś trendy, ale proszę zwrócić uwagę jak znajomo wygląda teza: "burżuazja znajduje się w ciągłej walce: z początku przeciwko arystokracji, później przeciw częściom samej burżuazji, których interesy popadają w sprzeczność z postępem przemysłu". Niezłe, co? A praca Karola Marksa ze wstępem Fryderyka Engelsa pt. "Walki klasowe we Francji, 1848-1850 z 1850 roku dostępna jest dziś w internecie.

Dziś mamy wytwórców dóbr kultury - autorów, osoby, które obdarzone są psychofizycznymi właściwościami pozwalającymi im przetwarzać informacje w taki sposób, iż zyskują one nową wartość: zarówno w warstwie czysto społecznej - np. takie uporządkowanie informacji, by ułatwić działania niedochodowej organizacji pozarządowej, jak i w sferze ekonomicznej. W tym ostatnim przypadku dorobek twórczy osiągnięty na poprzednim polu może być atrakcyjnym "produktem" dla organizacji o celach polegających na pomnażaniu zasobów ekonomicznych, która może chcieć nabyć taki nie komercyjnie przygotowany produkt, by uzyskać przewagę konkurencyjną na rynku. Jeden twórca może nie być w stanie uzyskać zamierzonego efektu. Wydawcy współpracujący z twórcami pozwalają kumulować efekty pracy indywidualnych osób. Wydawcy jednak mają inne interesy niż współpracujący z nimi autorzy.

Wraz z upowszechnianiem się rozwiązań pozwalających na coraz bardziej zautomatyzowane przetwarzanie informacji jednostka zyskuje coraz więcej możliwości twórczych, a zatem - siłą rzeczy – tradycyjni wydawcy tracą stopniowo swoją wcześniejszą pozycję. W całym układzie jest też cała masa odbiorców twórczej pracy innych (a nawet i nietwórczej, a jedynie stanowiącej efekt kumulacji dostępnych informacji – weźmy przykładowo bazę danych wyników sportowych). Każda z jednostek - odbiorców zyskuje potencjalnie podobne narzędzia do tych, przy pomocy których powstał "produkt" mający wartość (społeczną, rynkową). Im łatwiej przetwarzać informacje, im informacja staje się bardziej oderwana od nośnika - proces ten przebiega szybciej i zyskuje wymiar coraz bardziej rozproszony. Stopniowo odrywa się od utartych kanałów kontroli przepływu informacji. Odrywa się też od nośników. Furorę robi pojęcie konwergencji mediów, wieoplatformowości.

By chronić swoją pozycję kontrolera kanałów dystrybucji informacji wprowadzane są liczne techniczne zabezpieczenia. Tak, by informacja, która wymyka się próbom wtłoczenia jej w jakieś ramy, nadal pozostawała jednak pod kontrolą. Wcześniej to były bariery ekonomiczne - trudniej było wydać książkę, ze względu na wysoki koszty wytworzenia nośnika, koszt jej dystrybucji. Dziś nośniki są sprawą wtórną. Standaryzacja i interoperacyjność pozwalają zapisać daną treść na nośnikach produkowanych przez różnych dostawców. Próba kontroli treści przenosi się zatem w sferę zabezpieczeń nośników: nad głowami indywidualnych twórców i „małych” wydawców (którzy nie są zainteresowani rozwijaniem lini produkujących np. płyty CD, routery, laptopy, przeróżne gadżety i inne techniczne urządzenia) pojawiają się więc porozumienia dotyczące sposobów technicznego zabezpieczenia różnych informacji, niezależnych od tego, jakie treści (i w jakim celu) ktokolwiek będzie chciał na tych „gotowych do użycia” urządzeniach zapisywać w przyszłości.

W ostatecznym rozrachunku ekonomicznie wygra ten, kto będzie miał kontrolę nad obiegiem informacji, a jak mi się wydaje - jedyna kontrola jaką można uzyskać dziś to kontrola dostępnych nośników, standaryzacja zabezpieczeń formatów informacji - nie zaś samych informacji. Format i nośnik stają się newralgicznym punktem obiegu informacji i dostępu do dóbr kultury. Kto ma kontrolę nad formatem (w rozumieniu technicznym, standaryzacyjnym – chodzi o kompatybilność i możliwość wykorzystania na różnych platformach sprzętowo programistycznych) i nośnikami - ten zyskuje kontrolę nad całością obiegu informacji, niezależnie kto je wytworzy i kto z nich będzie chciał skorzystać (i –o czym wspomniałem wcześniej - niezależnie od tego w jakim celu to będzie robił). Dlatego dyskusja we Francji dotycząca interoperacyjności zabezpieczeń rozwiązań DRM (digital right management) jest tak ważna w sferze ogólnospołecznej i ponadnarodowej.

Kupiłem nowego laptopa. Producent sprzętu dogadał się wcześniej z producentem oprogramowania i wspólnie skonstruowali ofertę dla takich ludzi jak ja. Oprogramowanie uwzględnia fakt, że być może będę chciał korzystać z internetu. Licencja przewiduje to, że będę chciał korzystać z dóbr kultury (chociaż wciąż mowa jest o chronionych przez prawo autorskie utworach). Wydawca oprogramowania pyta mnie przez interfejs swojego produktu czy zgadzam się, by kontrolował on sposób, w jaki korzystam ze swojego komputera. Pyta czy zgadzam się na automatyczną aktualizację środowiska programistycznego uruchomionego na kupionym nowym sprzęcie. Informuje, że niektórych utworów (tych - jak rozumiem, na które nie będzie miał wpływu sam producent softu, czy to samodzielnie czy za pomocą zawiązanych w tym celu porozumień) uruchamiać nie będę mógł. Kontrola narzędzi dostępu do dóbr kultury w oderwaniu od samych dóbr jest zatem istotnym elementem strategii marketingowych współczesnych graczy na rynku ery cyfrowej.

Mogę kupić laptopa bez oprogramowania i wykorzystać taki, który nie chce mnie kontrolować. Na nowo kupionym sprzęcie mogę uruchomić nadal (z pewnymi wyjątkami) oprogramowanie innych producentów (w tym niesformalizowanych społeczności). Na razie jeszcze mogę to zrobić. Potrafię sobie jednak wyobrazić sytuację, gdy nie będzie to możliwe, gdy kontrola dostępu do ogromu informacji gromadzonych i potencjalnie możliwych do uzyskania dzięki dobrodziejstwu globalnej sieci zaczynać się będzie na domowym biurku, przy pasku spodni (telefon, PDA), czy wszędzie tam, gdzie jakieś rozwiązanie techniczno programistyczne pełnić będzie funkcję furtki, bramy dostępu, wąskiego gardła, prowadzącego do "swobodnej" wymiany informacji. Swobodnej (w cudzysłowie), bo swoboda taka nie oznacza wolności nieogranicznej. Następuje "grodzenie" na poziomie narzędzi służących do uzyskiwania dostępu. Powszechnie używane niestandardowe i niekompatybilne rozwiązanie jest elementem uzyskiwania przewagi konkurencyjnej. Przy tak zmieniających się relacjach - wtórne okazuje się to, do jakich treści chcielibyśmy uzyskać dostęp. Ten kto kontroluje sposób w jaki uzyskujemy ten dostęp - może ten dostęp reglamentować. Poza głowami odbiorców dogadywać się z innymi podmiotami kontrolującymi treści (albo tymi, którym na mocy obowiązującego prawa przysługuje wciąż czasowy monopol: autorami, wydawcami, producentami baz danych).

Uruchomiłem reklamy AdSense. Teraz na stronie widać linki. Kliknięcie w jakiś powoduje, że na moim wirtualnym koncie w Google pojawia się kilka centów. Jeśli użytkownicy będą klikać - ja zyskam środki, które mogę wykorzystać na zwykłą egzystencję, na rozwój serwisu czy w dowolny inny sposób. Nie mam jednak pełnej kontroli nad tym, w jaki sposób Google „świeci” reklamy w moim serwisie. Na niektórych moich stronach Google nie prezentuje reklam. Odpowiednio przygotowane przez programistów realizujących politykę tej korporacji algorytmy uznały, że treść, przy której znalazł się element reklamowy Google, nie nadaje się do tego abym mógł - jako partner Google - używać go w celu uzyskiwania środków. Niby nic wielkiego, ale jednak. Wystarczy sprawdzić jakie strony tego serwisu pokazują reklamy organizacji społecznych (które zastępują treści reklam przynoszących potencjalnie przychód wydawcy, jeśli to wynika z polityki kontrolującego mechanizm dystrybucji reklam). Odrywając się od swojego własnego serwisu – mogą to być treści całkowicie zgodne z obowiązującym prawem narodowym, jednak „wydawca” zgodził się na pewną "licencję", na sposób, w jaki działa system prezentacji reklam. Jakież to daje pole do dywagacji na temat wewnętrznej cenzury. Skoro jakaś treść w danym układzie społeczno-gospodarczym nie jest potencjalnie środkiem zdobywania przychodu, to może nie warto jej publikować? Może nie warto używać w treści określonych sformułowań, zwrotów czy nazw własnych?

Darmowe elementy Google pozwalające na przeszukiwanie sieci pojawiają się w coraz nowych programach komputerowych pisanych przez podmioty niezależne (w tym społeczności). Czy chcesz, by darmowa przeglądarka miała element pozwalający przeszukiwać indeksowane przez glablną wyszukiwarkę zasoby? A może chciałbyś by formularz do zadania zapytania wyszukiwarce znalazł się w popularnym i bezpłatnym dla końcowego użytkownika programie do przeglądania plików graficznych? To fajny ficzer. Pozwala też niezależnym tówrcom uzyskiwać jakiś przychód i korzyści z udziału w takim programie partnerskim (jeśli ktoś za pomocą tego formularza wyszuka informacje w sieci, to producent oprogramowania uzyska jakiś procent od przychodu wyszukiwarki, który ta ostatnia uzyska od wydawców chcących łatwiej dać się znaleźć. Tworzy się kontrolowana przez kogoś sfera dostępu do globalnych informacji. Jeśli nie ma czegoś w wynikach wyszukiwania to tak jakby to coś nie istniało. Sam fakt korzystania z pośrednika, z pewnej "bramy" pozwala na wprowadzeniu tam mechanizmu analogicznego do pobierania myta na traktach, najlepiej w okolicy mostów przez rzekę. Po prostu musisz tędy przejechać jeśli chcesz dostać się gdzieś dalej. Jeśli kontrolujemy punkt przeprawy, możemy również wskazać - ty możesz przejechać, ty zaś nie możesz. Te treści zobaczysz, tych nie. Za te nam zapłacono, za te nie. Tak się dzieje w przypadku narzędzia pozwalającego użytkownikom zapoznanie się z najnowszymi doniesieniami z różnych serwisów - news.google.com. Normalny kiedyś sposób prezentowania wyników wyszukiwania w postaci prezentowania bezpośrednich linków do wyszukanego przez system materiału powoli zastępowany jest prezentowaniem linków pośrednich. Niektóre z wyników wyszukiwania kierują użytkownika do redirectora Google. Jaki to ma efekt? Ano Google wie, który z wydawców jest oglądany i jak często. Kontrola odesłań, pobieranie za nie opłat. Kontrola dystrybucji informacji. Jeśli ktoś, nie będąc tego świadomy wyszuka we wspomnianym serwisie informacje i zechce ją następnie (nie odwiedzając wcześniej zasobu do którego Google prezentuje odnośnik) wkleić u siebie link, to de facto wklei u siebie link do Google, który będzie mógł zdecydować czy i jakim zakresie pozwolić w przyszłości z tego linku korzystać, bo ktoś wklei link pośredni. W ten sposób firma ta może kontrolować nie tylko użytkowników, nie tylko wydawców, ale również wtórny obieg informacji. Walka zatem dotyczy kontroli nad infrastrukturą.

W tym kontekście sprawą wtórną jest jakieś ustalenie zakresu przysługujących komuś praw, czasowych monopoli takich jak prawo autorskie, prawo patentowe, czy tych, wynikających ze znaków towarowych. Chodzi o uzyskanie kontroli nad globalnym teatrem społeczeństwa informacyjnego i postawienie się w roli swoistego inspicjenta, dbającego o "bezproblemowy" przebieg spektaklu. Jeśli ktoś zyska taką kontrolę - i dopasuje swoje modele biznesowe (czyli będzie kontrolował to kto komu i za co płaci, mając w tych transakcjach udział procentowy, choćby ten procent był niewielki), ten w gospodarce opartej na szybszym niż do tej pory obiegu informacji będzie gromadził więcej środków niż inni. Intenet jest globalny, nie dziwi zatem chęć patrzenia nań przez analogię do globalnej sceny i chęć postawienia się w roli globalnego inspicjenta. Im dalej ten proces postępuje tym koszt wejścia kolejnych graczy do globalnej rozgrywki jest wyższy i w ten sposób kształtuje się nowa bariera (to już nie koszt wyprodukowania i dystrybucji 100 ładnie wydanych książek z jakąś treścią, to koszt stworzenia globalnego systemu informatycznego i działań marketingowych skierowanych na przyzwyczajenie globalnych użytkowników do korzystania z niego). W efekcie tylko kilku globalnych graczy na globalnym rynku będzie mogło ze sobą konkurować. Reszta będzie jedynie użytkownikami dostarczonych im narzędzi.

W sferze niematerialnej łatwiej potencjalnie zbudować jakiś nowy „most”, i może on stanąć obok już istniejącego (dając użytkownikom pewien wybór), jednak może się zdarzyć również, że drogi prowadzące przez wszystkie konkurujące ze sobą mosty i tak prowadzą do kolejnego, globalnego „pośrednika”, który kilka wirtualnych metrów dalej postawił własną skuteczną „bramkę” i decyduje kto może przejść, co może zobaczyć, no i oczywiście pobiera za to opłaty.

Dyskusja o uprawnieniach wynikających ze stanowionego przez poszczególne kraje prawa autorów i wydawców, nazywanego też prawem autorskim, a w szerszym ujęciu (obejmującym również prawo patentowe, prawa nadawców, prawa producentów baz danych, ochronę tajemnic) - prawem „własności intelektualnej”, powoli zastępowana jest dyskusją o technicznych mechanizmach ograniczania sposobów swobodnego korzystania z dostępnej infrastruktury.

Opcje przeglądania komentarzy

Wybierz sposób przeglądania komentarzy oraz kliknij "Zachowaj ustawienia", by aktywować zmiany.

retrospekcje, nawiązania

VaGla's picture

Po trzech latach od publikacji wypada podlinkować do najnowszego tekstu: Kto komu i za co: nieoczekiwana zamiana miejsc w Wielkiej Brytanii. Ciekawe, że to pierwszy komentarz pod tym tekstem...
--
[VaGla] Vigilant Android Generated for Logical Assassination

Piotr VaGla Waglowski

VaGla
Piotr VaGla Waglowski - prawnik, publicysta i webmaster, autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet. Członek Rady ds Cyfryzacji przy Ministrze Cyfryzacji, ekspert w Departamencie Oceny Ryzyka Regulacyjnego Ministerstwa Rozwoju, felietonista miesięcznika "IT w Administracji" (wcześniej również felietonista miesięcznika "Gazeta Bankowa" i tygodnika "Wprost"). Uczestniczył w pracach Obywatelskiego Forum Legislacji, działającego przy Fundacji im. Stefana Batorego w ramach programu Odpowiedzialne Państwo. W 1995 założył pierwszą w internecie listę dyskusyjną na temat prawa w języku polskim, Członek Założyciel Internet Society Poland, pełnił funkcję Członka Zarządu ISOC Polska i Członka Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Był również Członkiem Rady Informatyzacji przy MSWiA, członkiem Zespołu ds. otwartych danych i zasobów przy Komitecie Rady Ministrów do spraw Cyfryzacji oraz Doradcą społecznym Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej ds. funkcjonowania rynku mediów w szczególności w zakresie neutralności sieci. W latach 2009-2014 Zastępca Przewodniczącego Rady Fundacji Nowoczesna Polska, w tym czasie był również Członkiem Rady Programowej Fundacji Panoptykon. Więcej >>