Na czym polegał spór

W demokracji wolność słowa oznacza odpowiedzialność za słowo - to dotyczy każdego członka społeczności. W demokracji sprawowanie władzy oznacza odpowiedzialność za swoje działania przy pełnieniu czasowego mandatu. Słowa "samuraj" i "minister", w sumie, mają ten sam "źródłosłów": służyć. I tego dotyczy "dyskurs" i "spór" w czasach napędzanej technologicznie globalizacji: służyć jak? Służyć komu? Cóż znaczy społeczeństwo? Cóż znaczy prawo? W jaki sposób podejmowane są globalne decyzje, które dotyczą jednostek zaszytych w lokalnej głuszy?

Samuraj bez pana, to rōnin - "człowiek fala". A skoro to nawiązanie do wody, która targa kimś jak chce, to ta woda - wiemy to z fizyki - spływa w najniższe miejsce, czyli tam, gdzie najmniejszy opór, najmniejsze przyciąganie, najmniejsza grawitacja.

Człowiek-fala to też pływak mącący taflę wody swoim impetem i machaniem rękami i nogami. Czasem przeszkadzając komuś w spokojnym pławieniu się w ciepłej toni, czasem przeszkadzając komuś, kto próbuje - w ramach swojego toru - pokonać żabką dystans wymyślony przez siebie, by realizować własny cel.

Jeśli nie ma odpowiedzialności za własne działania (członka społeczności czy chwilowo sprawującego władzę), to nie ma demokracji.

Nie ma odpowiedzialności, bez rozliczalności. W sferze publicznej - nie ma rozliczalności, gdy nie ma dostępu do informacji publicznej.

W takiej "demokracji bez rozliczalności" są tylko watahy okładające się kijami, by dla siebie zyskać stada pokonanego przeciwnika (jeśli stawia mu opór) i każdego, kto nie potrafi się obronić, przypadkowo żyjąc sobie spokojnie na szlaku przemarszu wojska głodnego - na chwałę swojego srogiego pana - kolejnych zdobyczy. Wojska - siły, przemocy - sterowanego przez przez sprytnego, ale służącemu jedynie sobie, człowiekowi-fali. Być może człowiekowi cywilizowanemu, bo już w trzecim (czwartym?) pokoleniu, w sumie nie tak odlegle od czasu, gdy jego przodkowie na spoconym koniu zjechali z gór i podbili okoliczne wioski, potrafiącemu jeść sztućcami. Cywilizowanemu, bo potrafiącemu tymi sztućcami zaspakajać zwierzęcy głód nie w lesie i przy ognisku ze starych dębów (i rubasznie śmiejąc się z prostej rozrywki polegającej na pijanym komentowaniu wybałuszonych oczu osobistych wrogów, których głowy, dla jego zachcianki, wbijane są przeze mniej samodzielnych w myśleniu na pal), ale w sali kominkowej zamku zbudowanego niewolniczą pracą innych. Sali kominkowej obwieszonej zagrabionymi przy okazji realizowania własnych pasji i zachcianek dziełami sztuki.

W takiej "quasi demokracji" "twórcy" są ważni, bo unikatowi. Skoro unikatowi, to nadający się do reglamentacji. Unikatowi, bo swoim osobistym podejściem do filtrowania rzeczywistości i wzbudzając zachwyt tych, którzy nie potrafią filtrować tak jak oni, nadający się do wyłączenia z obiegu. Ich unikatowość sprawia, że efekt ich filtrowania "jest godny" niemego asystowania przy kominku najmożniejszemu z możnych.

Któż w dzisiejszych czasach byłby na tyle wielki, by bez sprzeciwu motłochu, istnej tłuszczy, rozpalić ognisko w Kaplicy Sykstyńskiej, zwieńczonej freskami Michała Anioła, i jednocześnie sprawić, by spożywaniu przez niego pierogów asystowały wcześniej kłaniające się w pas połączone siły Orchestre de Paris i Orchestra Filarmonica della Scala? Musiałby to być najmożniejszy, który sam to wie i potrafi sprawić, by inni uznali jego pogląd, gust i pozycję, oraz to, że w istocie on jest ponad innymi.

W demokracji zaś, gdy to każdy człowiek jest ważny i unikatowy i gdy każdy może realizować swoją właściwość filtrowania rzeczywistości przez siebie samego - za każdym razem śmieszy, gdy dzieli się ludzi na twórców i innych.

Można się zastanawiać: kiedy "ludzie fale", którzy przeglądają się w odbiciu usłużnie trzymanego przez poddanych zwierciadła fałszywej plenipotencji i którzy muszą - by nie okazać słabości prowokującej do sięgnięcia po ich prestiż i berło, a więc dbać o zdobyty majestat, zorientują się, że taki podział (na twórców i innych) wywołuje wesołość? Wesołość twórców.

Bo każdy człowiek jest twórcą. Każdy. Bez wyjątku. Tworzyć to znaczy mówić, komunikować się, uczestniczyć w społeczeństwie. Kiedy tworzymy (pisząc komentarz, rysując, programując), korzystamy z wolności słowa. Jedni mówią prosto, inni w niezrozumiały sposób. Jedni potrafią wywołać uśmiech, innych domeną jest smutek. Jedni mówiąc zachwycają, inni zniechęcają do siebie. Ale każdy z nich korzysta z demokratycznej wolności słowa, a mówiąc tworzy. I każdy z nich ma prawo do życia i każdy ma prawo równego traktowania i filtrowania rzeczywistości przez własne filtry. Jeśli mówimy o demokracji, to ta demokracja zakłada to, że członkowie społeczeństwa komunikują się. Zakłada, że każdy człowiek korzysta z przypisanej mu godności. Nie dlatego, że jego twórczość zyskała w oczach człowieka-fali, tylko dlatego, że jest. A gdy mówimy o czymś więcej niż świat wyświetlany na płacie czołowym mózgu, to - w demokracji, nie zaś "demokracji" - każdy człowiek indywidualnie decyduje, kto - w jego imieniu - sprawuje czasowy mandat, który polega na służbie społeczności.

W takiej demokracji liczy się dobro wspólne. W takiej demokracji ważna jest "racja stanu", nie zaś dobre samopoczucie samotnego, być może już nie zdyszanego (w trzecim pokoleniu) i rubasznego zdobywcy. W demokracji nie ma znaczenia, że ów zdobywca - powołując się na wolę tego lub innego Boga, albo będąc na tyle silnym, by nie szukać innej legitymizacji, niż własna siła - chciałby narzucić swoją wolę innym.

Spór o ACTA nie dotyczył konfliktu między "twórcami" a resztą świata. Spór o ACTA dotyczył istoty demokracji. Dotyczył tego, że albo rōnin ma pana i jest samurajem służącym dobru wspólnemu, albo jest zwyczajnym bandytą, który negocjuje z "równymi sobie", a więc za zamkniętymi drzwiami. Negocjuje które obrazy i które orkiestry będą mu asystowały przy "cywilizowanym" posiłku.

PS
Mamy za sobą CopyCamp. Gdyby ktoś chciał wysłuchać mojego wystąpienia, to jest (jako utwór i wideogram) dostępne online:

Opcje przeglądania komentarzy

Wybierz sposób przeglądania komentarzy oraz kliknij "Zachowaj ustawienia", by aktywować zmiany.

De omnibus

Maciej_Szmit's picture

To, co piszesz to jest hmmm romantyczne podejście do demokracji. "Demokracja" tymczasem to jest pojęcie wybitnie źle określone i używanie go bez sprecyzowania, o które znaczenie w zasadzie chodzi jest... no właśnie: romantyczne.

I druga sprawa, przy okazji prezentacji (niestety nie widać slajdów): nie bardzo zrozumiałem (może dlatego, że slajdów nie widać) płynne przejście od opinii biegłego jako materiału urzędowego do dowodu rzeczowego jako materiału urzędowego. Jak mi się zdaje poprawdzie każda opinia biegłego jest dowodem, ale nie każdy dowód jest opinią (a sąd w wyroku, o którym być może mówisz - nie wiem, bo nie widzę slajdów, ale może mówisz o wyroku NSA oz. w Krakowie z dnia 21 listopada 1996 roku sygn. I SA/Kr 829/96 o którym wcześniej pisałeś - mówił, zdaje się, o opinii a nie o dowodach w ogólności). W szczególności opinia pisemna jest jakimś utrwalonym dziełem, w związku czym może nawet na pierwszy rzut niefachowego oka przypominać utwór (niech będzie, że i ustna przypomina, choć nie odpowiedziałeś mi na moje pytanie o to czy wygadana gawęda jest utrwalona), natomiast dowód rzeczowy (zakrwawiona siekierka czy fiolka z cyjankiem potasu) jest rzeczą, co więcej rzecz dowodem rzeczowym nie jest, ale bywa. Czasami bywać przestaje i wtedy staje się co najwyżej depozytem sądowym . A czasami owa rzecz okazuje się przestępna sama w sobie i trzeba ją zniszczyć zaraz po przepadku...

dygresja: tak, tak dobrze myślisz: zastosowanie art 202§5 KK przy okazji skazania za przestępstwo z art 202§3 KK powoduje, że "przepadnięty" nośnik z inkryminowaną treścią ("informacją zabronioną") w związku z §4a tegoż artykułu uzyskuje status - no powiedzmy elegancko - gorącego kartofla, który musi być jak najszybciej zniszczony, (jak to już kiedyś sugerowałem najlepiej drogą bombardowania z samolotu razem z całym magazynem dowodów rzeczowych i budynkiem prokuratury, żeby tylko nie uzyskać do tegoż kartofla dostępu, bo nie ma dla tego uzyskania kontratypu ustawowego) koniec dygresji.

Wracając do wątku głównego: sytuacja, w której utwór byłby raz "odtworowany" (bo stał się dowodem), a potem "retworowany" (bo nim być przestał, a został zaledwie depozytem albo i ktoś go z tego depozytu odebrał) byłaby jeszcze dziwniejsza, niż to co rozpatrywaliśmy do tej pory (jakkolwiek podtrzymuję roboczo to co pisałem, że w urzędowym nieutworze utwór się tylko bezwstydnie wykorzystuje a nie wywłaszcza jego autora). Inna rzecz, że z depozytu można odebrać nośnik ale trudno jest odebrać utwór (informacja nie jest rzeczą... w zasadzie powinienem sobie to wpisać jako dewizę albo przynajmniej zrobić sobie podkoszulek z nadrukiem).

Wywłaszczenie

VaGla's picture

Co do wywłaszczenia, to jest to "wywłaszczenie" tylko z nazwy i z braku lepszego określenia. Bo państwo działające na podstawie art 7 Konstytucji nie powinno do tego dopuszczać, a jak "się" dopuszcza, to powinno za takie działania ponosić odpowiedzialność. Zatem właśnie dlatego tak się upieram przy tych BIP-ach i procedurach, by państwo sobie nie pozwalało hasać po prawach obywateli. Państwo też nie powinno pozbawiać życia, by dać jakiś dramatyczny i równie nieodwracalny w skutkach przykład dla tego postulatu.
--
[VaGla] Vigilant Android Generated for Logical Assassination

hasając z państwem

Maciej_Szmit's picture

Art 33(2) PrAut mówi tyle, że wolno korzystać z utworów dla celów bezpieczeństwa publicznego lub na potrzeby postępowań administracyjnych, sądowych lub prawodawczych oraz sprawozdań z tych postępowań, tak jak na przykład art 33(4) mówi, że wolno korzystać z utworoów w związku z prezentacją lub naprawą sprzętu. Przecież jeśli w serwisie, do którego oddałeś - powiedzmy - tablet, wgrają na niego jakąś piosenkę, żeby usłyszeć, czy głośnik działa to nie powiesz, że w ten sposób wywłaszczono twórcę piosenki.
Problem dotyczy umieszczenia w Twoim utworze tego fragmentu materiału (bądź dokumentu) urzędowego, w którym wykorzystano mój utwór (albo na odwrót, ale przyjmijmy tak dla ustalenia uwagi). Otóż powstaje pytanie: co Ty robisz w swoim utworze z fragmentem tego nieutworu? Nie przytaczasz go przecież (tj nie w sensie art 26 czy 29 PrAut), jak się zdaje nieutwór (czy jego fragmenty) przepisujesz a utwór, który był w nieutworze wykorzystany - wtórnie cytujesz. Pytanie, czy powinieneś zapłacić twórcy utworu jest (IMHO) pytaniem analogicznym jak przy każdym innym cytacie: albo mamy do czynienia z zakresem cytatu uzasadnionym wyjaśnianiem, analizą krytyczną, nauczaniem lub prawami gatunku twórczości (art 29 ust. 1. PrAut) albo z zakresem nieuzasadnionym. Jeśli przygotowujesz zestaw historycznych pytań maturalnych z języka polskiego i tam będzie ten kawałek o Słowackim, co to był wielkim poetą, to zdaje się to być uzasadnione, jeśli natomiast wydasz np. jedną kartkę z wierszem zacytowanym wykorzystanym niegdyś przez komisję maturalną i w ten sposób (pisząc, że wydajesz jeden fragment pytania maturalnych z języka polskiego) spróbujesz obejść (lub przełamać ;-) ) inne (prawnoautorskie) szczególne zabezpieczenie wiersza (czy wiersz jest informacją.... no na pewno nie jest rzeczą :-) ) to wydaje się, że ryzykujesz naruszenie (jakiegoś, niekoniecznie tego, z którego sobie tu żartuję) prawa.

raczej art. 4

Maćku,

myślę, że raczej chodzi o art. 4 ustawy
gdzie dzieło zostaje użyte w treści dokumentu urzędowego

i tu następuje całkowite i nieodwołalne "wywłaszczenie"

jak następuje?

Maciej_Szmit's picture

Otóż moim zdaniem nie następuje, bo niby dlaczego ma następować? Jeśli w trybie art 33(2) urząd czy funkcjonariusz skorzysta z utworu to nie oznacza przecież, że zmienia jego status prawnoautorski (z dzieła będącego utworem robi nagle dzieło nim nie będące). Jeśli moją hipotetyczną książkę przepiszesz alfabetem Braille'a, wydrukujesz w ten sposób kilka egzemplarzy i dasz stowarzyszeniom niewidomych, to będziesz działał w trybie art 33(1) PrAut i w ten sposób mnie z niej nie wywłaszczysz. Podobnie jeśli jakiś sędzia zacytuje ją (w całości - w napadzie szału?) w uzasadnieniu wyroku. Jeśli natomiast komercyjna firma zechce wydać takie "fragmenty uzasadnienia wyroku" i sprzedawać je w sposób konkurencyjny w stosunku do sprzedaży mojej hipotetycznej książki, to będę się zastanawiał nad jej ściganiem (z tego lub owego przepisu już to PrAut już to nieuczciwej konkurencji już to w sposób cywilny a już to karny). Stawiałbym tezę, że owo wykorzystanie [fragmentu] utworu w dokumencie urzędowym jest czymś analogicznym do przytoczenia [fragmentu] utworu w innym utworze.

nie przestaje być dziełem

Otóż moim zdaniem nie następuje, bo niby dlaczego ma następować? Jeśli w trybie art 33(2) urząd czy funkcjonariusz skorzysta z utworu to nie oznacza przecież, że zmienia jego status prawnoautorski (z dzieła będącego utworem robi nagle dzieło nim nie będące).

Maćku,

jeżeli umieści fragment utworu (albo cały utwór) w dokumencie urzędowym, to nie pozbawia go atrybutu bycia utworem, natomiast powoduje, że do tego utworu przestaje stosować się ustawę.
Utworem jest nadal, tyle tylko, że utworem nie podlegającym ochronie na podstawie ustawy o prawach autorskich.

a swoją drogą ciekawy byłby proces o odszkodowanie przeciwko Skarbowi Państwa z tytułu pozbawienia uprawnień do ochrony i wynagrodzenia z tytułu takiego "wywłaszczenia"
i czy można by w takim wypadku korzystać z art. 79 ustawy czy tylko na zasadach ogólnych z KC ?

no niby czemu?

Maciej_Szmit's picture

Ma nie podlegać? Gdzie to jest napisane? Napisane jest tyle, że urzędnik (powiedzmy: twórca materiału urzędowego) może z dzieła skorzystać. Nie jest powiedziane, że kolejni odpisywacze fragmentów materiału, w którym wykorzystano utwór nie muszą płacić tantiem, ani że utwór pierwotny utracił ochronę

art 4 ustawy

artykuł 4 ustawy o prawach autorskich :

Art. 4.
Nie stanowią przedmiotu prawa autorskiego:
............
2) urzędowe dokumenty, materiały, znaki i symbole;
........

to to ja wiem

Maciej_Szmit's picture

Ale z możliwości WYKORZYSTANIA czyjegoś utworu w dokumencie nie wynika jego WŁĄCZENIE do dokumentu, tak jak z faktu ZACYTOWANIA czyjegoś utworu we własnym utworze nie wynika jego włączenie do tegoż. Jeśli napiszesz - powiedzmy - sonet, a ja go zacytuję (w całości) w swojej powieści na stronie setnej, to nie będę miał potem prawa (autorskiego majątkowego) wydrukować tylko setną stronę z powieści (tę z Twoim sonetem) i sprzedawać ją osobno jako "wypisy z powieści Szmita". Każdy sąd mnie za to pogoni (za naruszenie Twoich praw majątkowych, a dobrze jeśli nie karnie z art. 115 PrAut). Spodziewam się, że podobne rozumowanie da się odnieść do sytuacji, w której hipotetyczny sędzia by ten sonet WYKORZYSTAŁ w uzasadnieniu wyroku i nakazał je powiesić w całości w portalu orzeczeń sądów, a nadto rozplakatować po ulicach, albo gdyby ktoś przygotował MP3 z nagraniem tego sonetu dla niewidomych (też wolno dla niepełnosprawnych zgodnie z PrAut), a następnie zaczął ją sprzedawać jako alternatywną formę dystrybucji Twojego utworu, albo gdyby znalazł się profesor, który recytuje przez cały wykład sonety (wykorzystanie do celów edukacyjnych również dozwolone), a potem nagrania z tego wykładu sprzedaje.
Z faktu, że można WYKORZYSTAĆ utwór do takich czy innych celów, nie wynika "wywłaszczenie" jego autora z przysługującch mu praw , ani nie wynika, że pod pozorem jego takiego wykorzystania można go dowolnie dystrybuować powodując straty posiadacza praw majątkowych. Nie ma tu wykładni rozszerzającej, jak sądzę.

Piękny tekst

Piękny tekst o demokracji. Szczypta romantyzmu w tej kwestii mi ani trochę nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie. W ważnych sprawach rozum trzeba szczyptą emocji i ducha wspomagać.

Nad obywatelką sprawozdawczością trzeba jeszcze trochę popracować, bo faktycznie rozmowa o prezentacji, której nie ma się na wizji jest wielce niezadowalająca. No ale jest to dosyć trudny problem techniczny i może trzeba poczekać jeszcze na postępy w technologiach informatycznych.

Kiedyś rozbawiło mnie trzygodzinna transmisja z dyskusji z udziałem samego Prezydenta Polski w Pałacu Prezydenckim, gdzie spora część spotkania opierała się na niewidocznej zupełnie dla widza prezentacji multimedialnej. Najzabawniejsze było to, że plansza z prezentacją została umieszczona na tylnej ścianie sali zwrócona do pleców licznych widzów i uczestników obecnych na sali. Podejrzewam, że wielu widzów po tym spotkaniu musiało odczuwać bóle w oczach, szyi i w kręgosłupie.

Może się czepiam, ale takie drobiazgi to jest też część kultury informacyjnej.

Każdy jest twórcą

Jarek Żeliński's picture

Piotrze, prawdą jest, że każdy jest twórcą, Ty jesteś Twórcą pisząc powyższy artykuł, i ja jestem twórcą pisząc tę odpowiedź. Ale twórcami są także politycy, wygłaszający swoje tyrady i autorzy manipulacyjnych spotów reklamowych, (każda taka tyrada jest utworem w myśl definicji). Tu nieunikniona kwestia wartościowania (debata o kulturze i jakości).

Dwa. Moim zdaniem nie chodzi o to kto i kiedy jest twórcą ani o to, że czy coś jest czy utworem czy też materiałem urzędowym. Chodzi o to, ten sam przedmiot ma uznaniowo zmienianą definicję, oraz o to, że dokonuje się cofnięcia w czasie. Rozbity wazonik, po sklejeniu jest nadal rozbitym (mimo, że sklejonym) wazonikiem.

Jedna z zasad logiki mówi: jeżeli cos jest czymś to nie jest niczym innym. Łamanie tej zasady prowadzi do absurdów i dywagacji jak powyższe (jeżeli jest dowodem w sprawie to ... a jeżeli już nie jest tym dowodem to...).

Nie rozumiem dlaczego ten sam tekst może być utworem bo napisał go nie urzędnik na swój koszt, a innym razem nie jest utworem, bo napisał go urzędnik na koszt podatnika. Dany tekst jest utworem a osobna kwestia to jego status. W przeciwnym wypadku brniemy w stronę tezy że każdy banan jest bananem, chyba, że ktoś pisemnie uzna, że nim nie jest.

--
Jarek Żeliński
http://jarek.zelinski.biz.pl

"Osiągnąłem to przez filozofię: że bez przymusu robię to, co inni robią tylko w strachu przed prawem." (Arystoteles)

to właśnie nie jest różnica strukturalna czy gatunkowa...

Maciej_Szmit's picture

... tylko różnica statusu prawnego danego dzieła. Ono może być utworem, a może nim nie być, niezależnie od swojej postaci. Dajmy na to Mickiewicz pisze "Litwo, ojczyzno moja ty jesteś jak zdrowie" (etc.) i to jest utwór, ale jeśli ja to dziś napiszę to to będzie kopia (ew. plagiat, jeśli przypiszę sobie tego autorstwo). Jeśli Iksiński strzela z ukrycia z kartacza w głowę Igrekowskiemu, tak że mu ją z szyi urywa to Iksiński jest mordercą i grozi mu dożywocie, ale jeśli Igrekowski zmarł chwilę wcześniej na zawał, to Iksiński jest co najwyżej winnym usiłowania morderstwa (być może nieudolnego usiłowania...) ewentualnie profanacji zwłok, za co go być może na jakiś czas wsadzą ale na znacznie krótszy itd.

ale...

Jarek Żeliński's picture

... Pan Tadeusz jako tekst jest utworem niezależnie od tego czy jest: dowodem w sprawie, dziełem urzędnika napisanym w godzinach pracy, dziełem kogokolwiek powstałym w weekendy po pracy. Bo to samo jest tym czymś zawsze bez względy na okoliczności.

--
Jarek Żeliński
http://jarek.zelinski.biz.pl

"Osiągnąłem to przez filozofię: że bez przymusu robię to, co inni robią tylko w strachu przed prawem." (Arystoteles)

otóż nie jest:

Maciej_Szmit's picture

Igrekowski dziś jest prawym obywatelem, jutro podejrzanym, pojutrze oskarżonym, za trzy lata (jak proces szybko pójdzie) - skazańcem, a po skutecznej kasacji - niewinną ofiarą. Kmicic dla jednego państwa jest oficerem walczącym o słuszną sprawę, a dla innego w tym samym czasie - pospolitym bandytą z lasu, na którego głowę nałożona jest cena.
Bycie utworem w sensie PrAut to nie jest jakaś immanentna przypadłości dzieła, tylko jego status prawny, który się może zmieniać. Tak jak my dziś jesteśmy obywatelami Rzeczpospolitej, a za parę lat możemy stać się (w momencie wejścia w życie odpowiedniego przepisu) poddanymi Jego Cesarskiej Wysokości Cara Rosji, Imperatora Wszechrusi i Króla Polski

to zależy..

Jarek Żeliński's picture

Definiowanie bytu a definiowanie jego roli lub statusu to odrębne rzeczy: Kmicic jest Kmicicem, zawsze, to czy w danym momencie jest bohaterem, skazańcem czy męczennikiem sądownictwa, to tylko kontekst w jakim niezmienny byt, jakim jest Kmicic, występuje (przyjmuje, narzucono mu) w określonej roli.

Jeżeli (definicja) każdy byt będący produktem, czyjejś pracy, o indywidualnym charakterze, nazywamy utworem w myśl prawa autorskiego, to on nim jest zawsze. Potem możemy dywagować na temat tego, jak jest i czy jest chroniony i kto jest jego właścicielem (bo autorem jest tylko autor), ale podważanie faktu, że to utwór, w myśl logiki nie ma sensu.

To ma wtedy zresztą fajne konsekwencje w kwestii dostępu do informacji publicznej: owszem, pracownik "z automatu" zbywa autorskie prawa majątkowe na rzecz pracodawcy, ale dozgonnie ma osobiste. W związku z tym: materiał urzędowy, jako utwór urzędnika, owszem nie może być przedmiotem handlu, ale żaden taki materiał nie jest anonimowy :) i tu kłaniają się korzyści z perspektywy dostępu do informacji publicznej: wiem kto stoi za każdą treścią (co wielu strasznie boli), pamiętamy słynne "i czasopisma"...

--
Jarek Żeliński
http://jarek.zelinski.biz.pl

"Osiągnąłem to przez filozofię: że bez przymusu robię to, co inni robią tylko w strachu przed prawem." (Arystoteles)

No ale tak właśnie nie jest...

Maciej_Szmit's picture

...bo to nie jest tak, że artykuły ustawy są jeden od drugiego ważniejsze. Artykuł 4 PrAut nie mówi że "dokumenty są utworami nie podlegającymi ochronie", tylko, że "Nie stanowią przedmiotu prawa autorskiego(...)dokumenty(...)", a art 1. mówi że to co jest przedmiotem prawa autorskiego nazywa się utworem. Ergo: dokument nie jest utworem (a nie "dokument jest utworem ale takim niechronionym").
Ja wiem, że taka definicja jest dziwaczna, taka trochę realna, trochę nominalna, trochę równościowa, jeszcze na dodatek z jakąś listą (ale niepełną), z listą wyjątków etc., no ale...

i tu jest pies pogrzebany

Jarek Żeliński's picture

... jeżeli ktoś napisał nielogiczne prawo to niech nie ma pretensji, że najtęższe mózgi w sądach mają problem z jego interpretowaniem...

Na wydziałach prawa uczą logiki, nawet tej arystoletelesowskiej, po treści naszych ustaw widzę, że albo słabo uczą albo ustawy piszą "co inni"..... :(

--
Jarek Żeliński
http://jarek.zelinski.biz.pl

"Osiągnąłem to przez filozofię: że bez przymusu robię to, co inni robią tylko w strachu przed prawem." (Arystoteles)

To nie prawnicy tworzą prawo

VaGla's picture

To nie prawnicy tworzą prawo, a jeśli prawnicy tworzą prawo, to dlatego, że obok sportowców i uczestników popularnych programów telewizyjnych udało im się uzyskać parlamentarny mandat.
--
[VaGla] Vigilant Android Generated for Logical Assassination

szkoda

Jarek Żeliński's picture

O ile wiem w procesie legislacyjnym, poza parlamentarzystami zgłaszającymi inicjatywy, biorą w tym udział komisje i eksperci... rozumiem z tego co mówisz, że nie ma wśród nich ami prawników ani ekspertów dziedzinowych? No to wszystko jasne w tym kraju :), wiem do czego słuzą lobbyści, może czas to zmienić??? Najpierw zdelegalizować lobbing .. :)!

--
Jarek Żeliński
http://jarek.zelinski.biz.pl

"Osiągnąłem to przez filozofię: że bez przymusu robię to, co inni robią tylko w strachu przed prawem." (Arystoteles)

RCL

akty prawne tzw. rządowe przygotowuje RCL
teoretycznie powinni być tam prawnicy
ale na stronach internetowych RCL (w BIP-ie również) brak jest jakiekolwiek informacji
o wykształceniu i uprawnieniach zawodowych kardy kierowniczej RCL.

czyży nie byli to zawodowi prawnicy ? (adwokaci, sędziowie, prokuratorzy, radcy prawni i inni posiadający stosowne uprawnienia zawodowe) ?

Jest wielu prawników

VaGla's picture

Jest wielu prawników, a w RCL pracuje wielu bardzo dobrze przygotowanych do pracy legislatora. Z mojego doświadczenia wynika, że RCL w wielu przypadkach ratował słaby projekt domagając się respektowania zasad techniki prawodawczej, domagając się dodatkowych informacji dla potrzeb spełnienia kryterium prawa tworzonego w oparciu na dowodach. Ale to nie RCL przyjmuje poprawki, to nie RCL i pracujący tam prawnicy podnoszą ręce i naciskają przycisk. Również legislatorzy (prawnicy) w Sejmie bywają ignorowani przez posłów.
--
[VaGla] Vigilant Android Generated for Logical Assassination

hm...

Jarek Żeliński's picture

ja tylko miałem nadzieje (wydawało mi się), że ktoś po politykach to przegląda, bo jeżeli nie..... to masakra, którą zresztą widać...

--
Jarek Żeliński
http://jarek.zelinski.biz.pl

"Osiągnąłem to przez filozofię: że bez przymusu robię to, co inni robią tylko w strachu przed prawem." (Arystoteles)

broń boże nie neguję pracy prawników w RCL

ja tylko chciałem się dowiedzieć kim z zawodu jest kadra kierownicza RCL

to że czarną robotę wykonują fachowcy to jest raczej oczywiste
moją wątpliwość budzi, czy nad nimi jako dyrektor nie stoi
osoba "pozamerytoryczna" za to "politycznie dyspozycyjna"

i dlatego szukałem na stronach RCL informacji o kwalifikacjach dyrektorów i ich zastępców

A czemu nie

VaGla's picture

A czy zamiast pytać tutaj i się tak publicznie zastanawiać, nie lepiej skorzystać z ulubionej wyszukiwarki, albo bezpośrednio szukać na urzędowej stronie Rządowego Centrum Legislacji informacji na temat Prezesa RCL?
--
[VaGla] Vigilant Android Generated for Logical Assassination

nie chodzi o prezesa

a o dyrektorów departamentów
sprawdziłem na stronie RCL, w BiP RCL i w google-u

jakoś nie udało mi się tych informacji znaleźć :-(
ale może kiepsko szukam

A jednak coś można odnaleźć.

Witam.

Tak w kontekście poszukiwań kompetencyjnych...


Departament Dzienników Urzędowych i Systemów Informacyjnych

Dyrektor:

Jarosław Deminet

Jarosław Deminet - BIP RCL Struktura Organizacyjna

Jarosław Deminet - Wikipedia

Czyli jak widać, zarówno BIP dla RCL jak i google do dalszych poszukiwań, wiele podają informacji.
Nie wiem czy dla wszystkich osób, ale w tym przypadku, dość wyczerpujące.

Aczkolwiek zetknąłem się w jednym z urzędów szczebla centralnego z tezą, że RCL wymaga posiadania oprogramowania biurowego zgodnego z tym jaki RCL posiada. Bo brak zgodnego powoduje niemożność wymiany dokumentów w wersji elektronicznej. Co skutkuje zakupem każdej nowszej wersji MS Office, gdy tylko się pojawi na rynku, bo taką wersję wymaga RCL. Czyżby w urzędzie RCL pracowały osoby nie potrafiące posługiwać się właściwie powierzonymi im do pracy narzędziami, w tym przypadku MS Word?

Co tym bardziej dziwi, gdyż szef tego departamentu nie jest neofitą informatycznym! I dla ludzi tego formatu, nie powinno być problemem wygenerowanie formatów wymiany plików edytowalnych nawet za pomocą MS Word 3.1 !!! A w konsekwencji nauczenia pracowników urzędu RCL jak mają wymieniać się wersją aktu prawnego do konsultacji, aby nie było problemów natury edycyjnej.

Ale ja się nie znam :-) A kasa jest publiczna i nikt nie rozlicza z jej wydawania. Choć moim zdaniem powinien! Zakup licencji na MS Office w skali kraju to już grube miliony! Wszak komputery i dokumenty w jednym z formatów zamkniętych jakim jest docx, nie są obrabiane jedynie w RCL-u. Ciekaw czy ktoś jest w stanie zweryfikować ile RCL zakupił licencji na MS Office przez cały okres swej działalności, oraz ile licencji jest użytkowanych bo tylko tyle jest komputerów w urzędzie zwanym RCL.
Ale jak widać, przepis prawny zawierający wymagania minimalne, nie ma zastosowania ani nie jest respektowany. I to od samej góry, to co się dziwić, że cyfryzacja państwa kuleje pomimo istniejących przepisów! Widocznie brakuje w pierwszym rzędzie standaryzacji, a następnie bezwzględnego egzekwowania tejże standaryzacji. Poczynając od urzędów najwyższego szczebla! Wtedy na dole (czyt. niższe szczeble administracji), odpadnie 90% argumentów uzasadniających szastania pieniędzmi podatnika, bo moda nakazuje zaszpanować nowoczesnością (czyt. nowe wersje systemu operacyjnego i nowe wersje pakietu biurowego MS Office), a nie funkcjonalnością i kompetencjami urzędu jako takiego!

Być może teza jaką mnie uraczono w urzędzie centralnym była tezą zmyśloną na użytek własny urzędu, ale w każdej "bajce" jest ziarenko prawdy.

A może jest coś jeszcze, o czym podatnik nie wie, bo nie musi.

Pozdrawiam.

Piotr VaGla Waglowski

VaGla
Piotr VaGla Waglowski - prawnik, publicysta i webmaster, autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet. Członek Rady ds Cyfryzacji przy Ministrze Cyfryzacji, ekspert w Departamencie Oceny Ryzyka Regulacyjnego Ministerstwa Rozwoju, felietonista miesięcznika "IT w Administracji" (wcześniej również felietonista miesięcznika "Gazeta Bankowa" i tygodnika "Wprost"). Uczestniczył w pracach Obywatelskiego Forum Legislacji, działającego przy Fundacji im. Stefana Batorego w ramach programu Odpowiedzialne Państwo. W 1995 założył pierwszą w internecie listę dyskusyjną na temat prawa w języku polskim, Członek Założyciel Internet Society Poland, pełnił funkcję Członka Zarządu ISOC Polska i Członka Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Był również Członkiem Rady Informatyzacji przy MSWiA, członkiem Zespołu ds. otwartych danych i zasobów przy Komitecie Rady Ministrów do spraw Cyfryzacji oraz Doradcą społecznym Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej ds. funkcjonowania rynku mediów w szczególności w zakresie neutralności sieci. W latach 2009-2014 Zastępca Przewodniczącego Rady Fundacji Nowoczesna Polska, w tym czasie był również Członkiem Rady Programowej Fundacji Panoptykon. Więcej >>