Autorskie prawa majątkowe - jak długo mają chronić? 14 lat?

Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, że te podmioty, które mogą wywierać wpływ na prawo robią to w obronie swoich interesów. Wobec takich zjawisk tym ciekawszym polem badań jest kwestia słuszności określonych rozwiązań, badanie ich zasadności w oparciu o obiektywne kryteria czy ze względu na efekt, który uzyska się po wprowadzeniu danego rozwiązania. Ogłoszono esej, który opisuje badania dotyczące skuteczności ochrony prawa autorskiego i wynika z niego, że optymalnym czasem ochrony prawnoautorskiej jest 14 lat.

14 lat, to optymalny czas ochrony prawa autorskiego, który został wyliczony przez studenta matematyki z Cambridge. Brzmi mało wiarygodnie? Mam na myśli to, że w poważnej dyskusji na poważne tematy (duże pieniądze) rzuca się argument w postaci eseju studenta? Ano nie ma po prostu zbyt wielu badań, które dotyczyłyby racjonalności czasu ochronnego w zmieniającym się tak dynamicznie społeczeństwie.

W Sieci dostęny jest esej autorstwa Rufusa Pollock'a zatytułowany Forever minus a day? Some theory and empirics of optimal copyright (PDF). Esej jest niezbyt długi, bo PDF ma 29 stron. Odsyłając czytelników do źródła zacytuje fragment z abstraktu, który opisuje zawartość artykułu:

...This paper contributes several new results on this issue divided into two parts. In the first, a parsimonious theoretical model is used to prove several novel propositions about the optimal level of protection. Specifically, we demonstrate that (a) optimal copyright falls as the costs of production go down (for example as a result of digitization) and that (b) the optimal level of copyright will, in general, fall over time. The second part of the paper focuses on the specific case of copyright term. Using a simple model we characterise optimal term as a function of a few key parameters. We estimate this function using a combination of new and existing data on recordings and books and find an optimal term of around fourteen years. This is substantially shorter than any current copyright term and implies that existing copyright terms are too long.

Wnioski z badania przeprowadzonego przez autora są następujące: optymalna ochrona prawnoautorska traci swoją siłę w sytuacji, w której zmniejszają się koszty produkcji, a jednocześnie optymalna ochrona prawnoautorska traci na znaczeniu (sile) w czasie. Niby nic odkrywczego, ale jednak warto zauważyć.

To co dziś można zaobserwować, to stopniowe zwiększanie ochrony czasu trwania prawa autorskiego, co uzasadnia się ochroną "biednych twórców". Uważni czytelnicy serwisu pamiętają różne doniesienia, które gromadzę w dziale prawo autorskie, w śród nich też korespondencję z KOPIPOLem, z której wynika, że autor-twórca, wobec zmian społecznych wynikających z rozwoju komunikacji elektronicznej, nie jest zupełnie reprezentowany przez organizacje zbiorowego zarządzania (ostatni tekst z serii: Dla ciekawych dalszych losów historii listu do KOPIPOLu), a te właśnie da się usłyszeć w czasie obrad komisji sejmowych, które debatują nad nowelizacjami prawa autorskiego w Polsce (a pewnie i na świecie). W czasie debat, którym miałem okazję się przysłuchiwać nie podnosi się żadnych (zupełnie żadnych) argumentów dotyczących czasu trwania ochrony. Być może dlatego, że Polska związana jest postanowieniami umów międzynarodowych i to właśnie zwalnia polskiego ustawodawcę od tego, by zastanawiał się nad tym tematem. Unia mówi tyle, więc nie może być mniej, Konwencja mówi tyle - tak więc musimy zrobić. Dyskusja przeniosła się na wyższy, nieosiągalny dla wielu, poziom. Można jednak zadawać pytania: dlaczego 70 lat po śmierci twórcy ochrona autorskich praw majątkowych ma obejmować stworzone przez niego utwory? Skoro ma chronić interes twórcy, czemu ochrona przysługuje sekundę po jego śmierci? Oczywiście argumentuje się tym, że przecież rodzina ma prawo do spadku, etc.. Ale prawo autorskie w moim odczuciu nie powinno być narzędziem do uposażania rodziny jednostek twórczych. Ono miało promować twórczość (a przynajmniej tak się je uzasadnia, co nie musi być prawdziwym powodem zwiększania ochrony).

W tej debacie padają czasem argumenty emocjonalne - dokonuje się skrótów myślowych: kto był na niedawnej (relatywnie), dorocznej konferencji Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, ten może pamięta, jak prof. Błeszyński odpowiadał na zadane przeze mnie pytanie o te sprawy, przywołując wizję antycznej szafy i pytając, dlaczego nie mógłby jej zostawić w spadku swoim zstępnym.

Mamy dziś sytuację taką, że zdecydowana większość twórców nie jest w gronie beneficjentów prawa autorskiego. A nie jest twórcą jedynie ktoś, kto należy do organizacji zbiorowego zarządzania, czy też dysponuje jakimś kwitem potwierdzającym przynależność do cechu: por. Na świecie są miliardy twórców - pisząc te słowa stałem się twórcą, gdyż utwór to każdy przejaw działalności twórczej... Zresztą nie musi chodzić przecież o tekst opublikowany w taki sposób, by każdy miał do niego dostęp w Sieci. Wystarczy sięgnąć do orzecznictwa, by zorientować się, że twórcą jest też ktoś, kto np. przygotowuje kompozycje kwiatowe (z orzeczenia Sądu Najwyższego z dnia 25 kwietnia 1973 r., I CR 91/73, OSNC 1974/3/50: "Utwór artystyczny staje się przedmiotem prawa autorskiego już wtedy, kiedy następuje jego ustalenia, tj. gdy przybierze jakakolwiek postać, choćby nietrwałą, jednak o tyle stałą, żeby treść i cechy utworu wywierały efekt artystyczny. Kompozycje kwiatów odpowiadają temu wymaganiu."). Prawo autorskie jest "wypierane" (od "prać", nie zaś "wypierać") przez wydawców. Wydawca ma wswojej stajni iluś tam twórców i jeśli będzie prawo autorskie chroniło ich pracę, to i wydawcy i autorom ma być dobrze. Ale przecież taki system nie jest wolny od patologii. Inna sprawa, że prawo autorskie może służyć też do blokowania obiegu idei. Dlatego właśnie przyglądałem się procesowi dotyczącemu praw autorskich do Mein Kampf Hitlera (ostatni z serii tekst: Grzywna 5 tys, bo księgarz powinien wiedzieć o prawach)

Nie trzeba się zbyt długo zastanawiać, by wiedzieć dlaczego pojawiają się tendencje do wydłużania czasu ochrony praw autorskich. Bynajmniej powodem nie jest ochrona twórcy (chociaż teraz zbytnio uprościłem), ale tak się to właśnie uzasadnia. Algorytm działania lobby przedstawił prof. Lawrence Lessig w "Wolnej kulturze" - obszerny fragment tego wywodu zacytowałem w tekście Baza domeny publicznej (krytykom odpowiadam, że jak będą dostępne jakieś inne opracowania innych autorów, które dotyczą tego tematu, to chętnie będę cytował innych; piszę o tym, bo już gdzieś słyszałem próby deprecjacji argumentów osób posługujących się cytatami z Lessiga, Stalmana i innych tego typu wieszczy. Swoją drogą - jeśli ktoś zna inne opracowania dotyczące czasu trwania autorskich praw majątkowych - może zostawić namiar w komentarzu.

Autor eseju przywołuje też takie opracowania: "William Johnson: The economics of copying. Journal of Political Economy, 93(1):158–174, 1985"; "Ian Novos and Michael Waldman: The effects of increased copyright protection: An analytic approach. Journal of Political Economy, 92(2):236–246, 1984"; "Stan Liebowitz and Stephen Margolis: Seventeen famous economists weigh in on copyright: The role of theory, empirics, & network effects. Harvard Journal of Law and Technology, 18(2), 2005"; "Stan Liebowitz: Copying and indirect appropriability: Photocopying of journals. Journal of Political Economy, 93(5):945–957, 1985"; "Martin Peitz and Patrick Waelbroeck: Why the music industry may gain from free downloading – the role of sampling. International Journal of Industrial Organization, 24(5): 907–913, September 2006".

Są też inne materiały, takie jak "CIPIL. Review of the economic evidence relating to an extension of the term of copyright in sound recordings, 12 2006. Prepared for the Gowers Review on Intellectual Property" czy "E. Rappaport. Copyright term extension: Estimating the economic values. Technical report, Congressional Research Service, May 1998".

Prawo autorskie i czas ochrony stał się przedmiotem badań ekonomistów wyposażonych w oprzyrządowanie matematyczne. Pytanie tylko, czy pojawienie się wiarygodnych (kto to oceni?) wyników badań, jeśli okaże się, że retio ochrony w funkcji czasu jest nieco inne, niż wydaje się to prawodawcom - poddawanym różnym presjom (z jednej i z drugiej strony), czy doprowadzi to do zmiany nastawienia tychże prawodawców, czy też będzie się mówiło, że zmiana podejścia wymaga długiego procesu, "bo to nie jest takie proste". Ciekawe.

A nie użyłem nawet tradycyjnych wytrychów, takich jak prawa człowieka, dostęp do dóbr kultury czy prawo i wolność prowadzenia badań naukowych, nawet wolności słowa...

Opcje przeglądania komentarzy

Wybierz sposób przeglądania komentarzy oraz kliknij "Zachowaj ustawienia", by aktywować zmiany.

prawa autorskie a nauka ekonomii

ksiewi's picture

O ile dobrze pamiętam ten przykład Prof. Błeszyńskiego, to jego zdaniem jeżeli mój pradziadek przekazał mi w spadku szafę-antyk o dużej wartości i prawo pozwala mi czerpać z tego korzyści, to na podobnej zasadzie powinienem móc czerpać wyłączne korzyści z wartościowego utworu napisanego przez tego pradziadka.

To porównanie jest jednak wysoce problematyczne, gdyż nie uwzględnia w ogóle istotnych różnic pomiędzy dobrami materialnymi oraz niematerialnymi z ekonomicznego punktu widzenia.

Otóż korzystanie z rzeczy materialnych na raz przez wiele osób jest ekonomicznie nieefektywne. W tej szafie swoje ubrania może pomieścić jedna osoba, a nie 100 osób. Dobra niematerialne natomiast mogą być z powodzeniem wykorzystywane na raz przez wiele osób bez ponoszenia dodatkowych kosztów i bez umniejszania ich przydatności. Kiedy ja korzystam z serwisu prawo.vagla.pl może to jednocześnie robić wiele innych osób i każda z nas uzyskuje produkt tej samej jakości.

Ponadto, dobra niematerialne generują tzw. pozytywne efekty zewnętrzne (jak np. efekty sieciowe), co przy dobrach materialnych jest rzadkością.

Wobec tego jest ekonomicznie uzasadnione ograniczanie dostępu do dóbr materialnych w celu zwiększenia efektywności ich wykorzystania, a z kolei ograniczanie dostępu do dóbr niematerialnych prowadzi do zmniejszenia korzyści, jakie istniałyby w sytuacji powszechnego korzystania z nich. Ewentualne dochody uzyskane przez osoby, którym prawo udziela "monopolu autorskiego" nie muszą wcale pokryć korzyści utraconych przez wszystkie inne jednostki, jakie mogłyby zostać zrealizowane w sytuacji powszechnego dostępu.

Praca Pana Pollocka jest oparta na podobnych racjonalnych i dających się ekonomicznie uzasadnić przesłankach. 14 lat ochrony obliczył na podstawie konkretnych założeń oraz danych empirycznych. Z takimi ustaleniami można realnie dyskutować. Natomiast mi osobiście trudno dyskutować z argumentami opartymi o samo tylko przeświadczenie słuszności ochrony bez ekonomicznego uzasadnienia, a tak niestety często uzasadnia się rozszerzanie zakresu prawa autorskiego.

Takim ekonomicznym argumentem na rzecz istnienia prawa autorskiego jest ochrona inwestycji. Wiadomo - producent lub inny wydawca musi zwykle wyłożyć sporą sumę w celu wyprodukowania utworu, wobec czego prawna gwarancja, że tylko on będzie mógł na tym utworze zarabiać pozwala mu istotnie zmniejszyć ryzyko plajty.

Proszę zauważyć, że chodzi tu o zapewnienie mechanizmu prawnego, który zachęci producenta do inwestycji w produkcję egzemplarzy utworu lub świadczenia usług dostępu do utworu, bo moim skromnym zdaniem prawdziwy twórca będzie tworzył niezależnie od tego, czy dostanie wynagrodzenie, czy nie. Bez takiego mechanizmu, producenci inwestowaliby tylko w "pewniaki", a takie dość trudno zidentyfikować ex ante. Na marginesie, warto by przeprowadzić porównanie kosztów, jakie musiałby ponieść konsument w dotarciu do utworu, którego produkcji i dystrybucji nie podjąłby się żaden producent z kosztami, jakie muszą ponosić konsumenci wobec możliwości realizowania "renty monopolistycznej" przez producentów.

W każdym razie w sytuacji, gdy koszty produkcji dóbr niematerialnych spadają, a nie rosną (nowoczesne technologie są coraz tańsze i pozwalają produkować coraz doskonalsze kopie), to producenci są w stanie uzyskać zwrot z inwestycji w coraz krótszym, a nie coraz dłuższym okresie.

Oznacza to, że wydłużanie okresu ochrony może "za bardzo" gwarantować zwrot z inwestycji producenta. O ile się nie mylę, to w takiej sytuacji producent może najpierw spokojnie uzyskać wielokrotny zwrot z inwestycji sprzedając produkt osobom znajdującym się na górze krzywej popytu (zdolnych do zapłacenia wysokiej ceny), a dopiero pod koniec okresu trwania ochrony łaskawie dopuścić do utworu osoby najuboższe. Jeżeli natomiast okres ochrony byłby bardziej dostosowany do faktycznego czasu potrzebnego na uzyskanie zwrotu z inwestycji, to producent nie mógłby sobie pozwolić na utrzymywanie wysokich cen przez dłuższy okres. Czy się mylę?

chroniąc pliki jak szafy

Przepraszam, ze nieco frywolnie odniosę się do tekstu Vagli i uwag Ksiewi, ale nasunęło mi sie rozwiązanie problemu "czy plik rowna sie szafa", jeśli chodzi o ochronę własności. Myślę więc sobie, że można by zezwolić na dziedziczenie utworów w postaci cyfrowej tak jak szaf, gdyby właściciel zobowiązał się traktować byt cyfrowy niczym materialny. A więc należałoby zapomnieć o wszelkich licencjach, prawach do rozpowszechniania - bo jak niby rozpowszechniać szafę dziadka? Pozostawałoby jedynie wypożyczanie owego jedynego egzemplarza - co szybko spowodowałoby spadek własności intelektualnej złotej krowy.

Przepraszam za nieco durny eksperyment myślowy, ale ukazuje on chyba dobrze brak konsekwencji w porównywaniu własności intelektualnej do dóbr fizycznych.

Korzyści z majątku

Przykład szafy, jest czysto demagogiczny i przez to z wszystkich podanych wyżej powodów nieadekwatny.

Spadkobiercy nie osiągają korzyści tylko z tytułu przysługujących im praz do utworu, a z korzystania z niego. Adekwatnym porównaniem jest więc np. przyrównanie utworu do kamienicy. W ten sposób dochodzimy do sedna różnicy pomiędzy dobrami materialnymi i niematerialnymi, które uprzywilejowują te ostatnie.

Otóż spadkobierca kamienicy (w każdym normalnym kraju) musi zapłacić podatek już tylko z racji dziedziczenia majątku. Spadkobierca utworu - nie.

Spadkobierca kamienicy musi ponosić koszty utrzymania swojego majątku w stanie niepogroszonym. Spadkobierca utworu - nie.

Do tego można dodać, jako przypadek szczególny, że spadkobierca kamienicy musi liczyć się z ograniczeniami w swobodzie korzystania z majątku (np. czynsze regulowane), a spadkobierca utworu - nie.

Jak uzasadnić takie zróżnicowanie?

A ja zadam tylko

A ja zadam tylko pytanie...dlaczego syn może dziedziczyć po ojcu kamienice a uprawnień wynikających z praw autorskich nie może?

Moim zdaniem nie jest to czysto demagogiczne. Takie porównanie (choć z różnych względów kontrowersyjne) oddaje pewien sens konstrukcji dziedziczenia praw autorskich. Albowiem zarówno kamienica (szafa co prawda już w mniejszym stopniu) jak i dziedziczone majątkowe prawa autorskie są pewnym dorobkiem ojca, który zostaje przekazany synowi. Dlaczego skoro ojciec był np. pisarzem nie może zapewnić bytu swoim potomnym (może pewna przesada), natomiast ojciec handlujący nieruchomościami może?

a ja odpowiem

ksiewi's picture

Nie dyskutujemy o tym, czy syn może czerpać korzyści z dorobku ojca. Dyskutujemy o tym, czy jest uzasadnione, aby był wyłącznie uprawnionym do czerpania tych korzyści, jeżeli dorobek stanowią dobra niematerialne. Wyłączność praw w przypadku rzeczy materialnych jest uzasadniona ich naturą, a natura rzeczy niematerialnych uzasadnia przesunięcie akcentu na rzecz jak najszybszego dopuszczenia powszechnego korzystania z nich.

Korzyści z dóbr niematerialnych można czerpać zarówno w sytuacji, gdy podlegają one prawom wyłącznym, jak i wtedy gdy znajdują się w domenie publicznej (proszę sprawdzić, czy dostanie Pan w księgarni Iliadę, Odyseję, Pana Tadeusza). Korzyści z dóbr materialnych istnieją w zasadzie jedynie wtedy, gdy znajdują się pod kontrolą jednej osoby, gdyż powszechna własność rzeczy materialnych prowadzi tylko do spadku ich wartości oraz strumienia przychodów, które są w stanie generować (proszę przejechać się publicznymi drogami w Polsce).

Natomiast pozostawanie dóbr niematerialnych w domenie publicznej prowadzi zwykle do wzrostu ich wartości. Proszę zwrócić uwagę na korzyści jakie wynikają z powszechnego dostępu do dóbr takich jak wolne oprogramowanie lub Wikipedia - każdy, a nie tylko ich "właściciele" może dodać tam coś od siebie i przez to każdy, a nie tylko ci "właściciele" na tym korzysta.

Syn autora, który miał na swym koncie dorobek cieszący się uznaniem będzie miał zapewniony byt chociażby dlatego, że odziedziczy majątek nabyty z dochodów tego autora. Na miejscu autora pieniądze zarobione na swojej twórczości inwestowałbym np. w nieruchomości lub w dalszą twórczość pomnażając je tym bardziej. Dlaczego zakładamy, że autor miałby przepuszczać wszystkie swoje dochody nie dbając o przyszłość swoich dzieci?

Być może chodzi tu o to, że często autorzy zdobywają uznanie dopiero po śmierci. Niektórzy autorzy wyprzedzają swoją epokę. Ale skoro prawo autorskie ma chronić inwestycje (nakłady) poczynione na wyprodukowanie utworu, to jakie inwestycje poniósł syn autora? Czym szczególnym wyróżnia się ten syn, co uzasadniałoby (1) udzielenie mu wyłącznego prawa do czerpania korzyści z dorobku ojca, zamiast (2) wymagania, żeby czerpał te korzyści na równi z innymi?

O ile w pierwszym przypadku o rozmiarze korzyści decydowałoby tylko szczęście (polegające na urodzeniu się synem uzdolnionego autora) to w drugim o tych korzyściach decydowałby rynek (zdolność syna do konkurowania z innymi podmiotami, które zajęłyby się dostarczaniem utworu konsumentom). Szczęście nie jest dobrym alokatorem dóbr. Rynek owszem.

Drogi to złe porównanie...

Drogi to złe porównanie, gdyż po pierwsze ich jakość jest uzależniona akurat od kraju, po którym się poruszamy (proszę się przejechać drogami publicznymi w Niemczech, a zdaje się, że autostrady tamtejsze jeszcze nie tak dawno temu też były w 100% publiczne). Sama próba stwierdzenia, że prywatne drogi są lepsze jakościowo też nie musi być prawdziwe. Po drugie drogi w cywilizowanym kraju same z siebie w ogóle nie mają służyć do generowania przychodów. Istnienie infrastruktury drogowej napędza pozostałe działy gospodarki (dlaczego w chwili obecnej temat Euro 2012 obija się głównie o to, czy zdążymy zbudować drogi? Jak się ma rozwój przemysłu w krajach z ubogą infrastrukturą drogową, do krajów z infrastrukturą dobrze rozwiniętą?).

A zatem korzystanie z dróg w cywilizowanym kraju zawsze będzie w domenie publicznej albo odbywało się na innej licencji umożliwiającej powszechny dostęp. (polecam lekturę ustawy o autostradach płatnych Dz.U. 1994 nr 127 poz. 627 z późniejszymi zmianami, gdzie np. w załączniku określa się maksymalne opłaty za przejazd 1km takich autostrad. Fakt, że w Polsce jest to dość różnie respektowane). Po prostu regulator, jakim jest państwo doskonale zdaje sobie sprawę, że powszechna dostępność dróg przyniesie znacznie większe korzyści dla wszystkich, niż pozwolenie na tworzenie niekontrolowanych monopoli.

drogi publiczne

ksiewi's picture

Drogi to porównanie o tyle dobre, że jeżeli są w "domenie publicznej" to musi istnieć sprawny publiczny mechanizm utrzymywania ich w dobrym stanie. W Polsce takiego mechanizmu nie udało się jeszcze wprowadzić.

Natomiast w przypadku umieszczenia w domenie publicznej utworu nie musimy się martwić o mechanizm, który zachowa go w dobrym stanie. Wręcz, mogą szybciej pojawić się jego tłumaczenia lub inne wartościowe opracowania (np. filmy Disneya na podstawie baśni braci Grimm). Na drodze publicznej w wyniku jej używania przez wszystkich może co najwyżej pojawić się korek.

A ja uważam że przykład

A ja uważam że przykład szafy czy też kamienicy jest bardzo dobry gdyż ukazuje jak bardzo różnią się dobra niematerialne i materialne. Trudno wyobrazić sobie skopiowanie szafy i kamienicy bez poniesienia poważnych nakładów finansowych, gdy tymczasem utwór może być powielony w nieskończoność. Tym samym ilość nabywców utworu może być równa ilości chętnych na ten utwór, gdy tymczasem w przypadku szafy czy kamienicy nie jest to mozliwe (no chyba że ilość chętnych

Napiszę coś na marginesie.

Napiszę coś na marginesie. Proszę mi wytłumaczyć pewien paradoks. Ciągle słyszymy o łamaniu praw autorskich przez piratów. Lecz nie słyszę by na piratów żalili się pisarze, muzycy, filmowcy czy aktorzy. Słyszę zaś ciągle narzekanie wydawnictw, firm fonograficznych i dystrybutorów filmów. Jeśli płyta CD z muzyką kosztuje 50 zł, to twórca muzyki ma z niej około 3-5%, czyli 3-5 zł. Resztę zabiera wydawca (dzieli się po części z hurtownikiem/sprzedawcą). Jeśli bilet do kina kosztuje 18 zł, to połowę pieniędzy z biletu trafia do kasy kina, a połowa do kieszeni dystrybutora, czyli 9 zł. Odliczając podatki, zostanie z tego 6 zł. Znam się odrobinę na dystrybucji i według moich obliczeń twórca filmu dostaje z tego około 2 zł. Proszę mi więc wytłumaczyć następujący paradoks. Twórcy tworzą dzieła, które są w obiegu. Do kieszeni twórcy wpada 5% wielkości sprzedaży. Pozostałe 95% przychodu wpada do kieszeni pośrednika. Twórcy siedzą cicho i cieszą się z zarabianych pieniędzy. Pośrednicy płaczą i żalą się na piratów, do tego zasłaniając się fałszywym tekstem, że piraci okradają TWÓRCÓW. Nigdy nie słyszałem, by dystrybutor filmowy powiedział, że pirat okrada dystrybutora albo że pirat okrada wydawnictwo fonograficzne. Zawsze wykorzystują twórców, którzy dostają z tego wszystkiego najmniej, ale i tak są zadowoleni. Nigdy nie słyszałem, by upadło jakieś wydawnictwo czy dystrybutor z powodu piractwa (jeśli już, to z powodu złego zarządzania). Słyszałem natomiast, że wiele grup artystycznych i aktorskich się rozpadło. Według mnie to wszystko jest postawione na głowie. Trochę chaotycznie to napisałem, ale chyba chwytacie o co chodzi. Niech ktoś mi to wytłumaczy, bo po prostu nie rozumiem.

Dystrybutorzy

VaGla's picture

Zacznijmy od tego, że 3-5% z 50 złotych to jest raczej 1,5-2,5 złotego. Co do wytłumaczenia - są na pewno różne, moje znajdują się w dziale prawo autorskie niniejszego serwisu. Można też sięgnąć do wyszukiwarki i po wpisaniu dystrybutorzy znaleźć się da np. tekst Dystrybutorzy w trosce o prawa twórców i inne :)
--
[VaGla] Vigilant Android Generated for Logical Assassination

To mało Pan słyszy.

To mało Pan słyszy.

Ze starych mediów płynie jakiś światopogląd, być może podobny Pani/Pana obserwacjom (nie oglądam osobiście), ale nie widzę przeszkody, by samodzielnie poguglać, co myślą różni twórcy. (w tym i twórca VaGla w innych artykułach w tym serwisie :))

Podane statystyki są wyssane z palca i trącą nieco oburzeniem na krwiożerczych kapitalistów. Każdy dba o swój interes; Pan może dbać o swój kliencki lub autorski np. pisząc emaile do wybranych przez Pana posłów w celu zmiany prawa lub publikując online z pominięciem wydawcy. Jak ktoś w Pana obecności wypowiada się o "piractwie", to generalnie warto zatknąć uszy, bo to propaganda. Jest sens czasem posłuchać o rozpowszechnianiu bez wiedzy i zgody właściciela majątkowych praw autorskich. Z "piractwem" nie da się dyskutować i tego wyjaśniać zgodnie z Pańską prośbą. Owszem, to próba stygmatyzacji pewnych zachowań.

Z faktu, że do mnie jeszcze częściej trafiają informacje o rozpadach małżeństw niż grup artystycznych, nie wynika, że wydawnictwa nie cierpią na nieautoryzowanym obiegu utworów. W poszukiwaniu przykładów upadłości trzeba by pewnie prześledzić Warszawski Rynek Równoległy na przestrzeni czasu lub popytać o małe wydawnictwa alternatywne albo i podrzędniejsze hiphopowe - te wydają się najbardziej narażone na braki kulturalne (nielegalne rozpowszechnianie) słuchaczy. Publikatorzy nut czy podręczników do nauki języków obcych również mogą ciężko prząść - trzeba by poszukać informacji - bo wśród młodych grup docelowych dość popularne jest używanie ksero.

google to za mało

Publikatorzy nut czy podręczników do nauki języków obcych również mogą ciężko prząść

Producenci maszyn do pisania też mogą ciężko prząść, gdyż w grupach docelowych popularne jest używanie komputerów z zainstalowanym procesorem tekstów. Listonosze też mogą ciężko prząść, gdyż w grupach docelowych popularne stało się korzystanie z SMSów zamiast telegramów i emailów zamiast listów. Taa... jest wiele grup, które mogą ciężko prząść i wszystkie mogą wysyłać listy do polityków. Niestety, a może stety politycy zapewne ich nie wysłuchają. Niestety, a może stety politycy wysłuchują narzekań biednych twórców i równie biednych wydawców/dystrybutorów i stąd mamy to co mamy, czyli prawo, które nikogo nie chroni oraz miliony przestępców, którzy w związku z tym miewają prawo bardzo głęboko w tylnej części ciała, na której zazwyczaj się siedzi.

Chociaż patrząc z marketingowego punktu widzenia, to być może młodzież nie jest grupą docelową wydawców książek do nauki języków obcych. Być może tą grupą docelową jest bogata młodzież, którą cechuje niska wrażliwość na różnicę w cenie książki (jakby nie patrzeć zapewne wydanej na ładnym kolorowym wysokiej klasy papierze), a ksera (nędzna jakość), a zakup książki traktuje w ramach szpanu (pokazywania rówieśnikom, jak się jest bogatym).
Tak samo przywołany tu raz pan Kazimierz Staszewski, być może wcale nie chce sprzedawać swojej muzyki zwykłym ludziom, lecz tylko tym najwierniejszym fanom, którzy, jeżeli powie, że nie mogą przeinstalowywać Windowsa, to tego nie zrobią[1].

Oczywiście rynek książek jest bardziej skomplikowany (np. o wyborze konkretnego wydawcy decydują nauczyciele), jednakże inną prawdą jest że zazwyczaj na swoją biedę nie narzeka się tylko w ramach podrywu kobiet oraz w sytuacjach, gdy jest się w TOP10 najbogatszych.

----
[1]

Uwaga: klucz (...) przestaje działać w przypadku zmiany lub ponownego zainstalowania systemu. Z tego powodu użytkownik, który zakupił utwór, ma możliwość dodatkowych dwóch pobrań klucza licencyjnego...

- fragment licencji jednego z nielicznych sklepów internetowych mającego w swojej ofercie muzykę przytoczonego artysty.

pierwsze prawa autorskie w Stanach

Pierwsze prawa autorskie obowiązujące w Stanach Zjednoczonych chroniły właśnie 14 lat z możliwością odnowienia na kolejne 14 lat. To dopiero w 20 wieku urosły one do dziesiątek lat po śmierci.

Prawa majątkowe uczestników a imprezy, szkolenia, warsztaty

Prawa majątkowe dotyczące uczestników imprez, szkoleń, warsztatów wydają się łakomym kąskiem dla ich organizatorów i w niektórych przypadkach są chyba bezprawnie naruszane kosztem uczestników, nawet bez próby ustalenia stosownej rekompensaty, przynajmniej oszacowania i wyrównania poniesionych nakładów oraz bezpośrednich kosztów. W pewnym regulaminie można wyczytać:

Organizatorzy zastrzegają sobie prawo własności wszelkich zdjęć i nagrań powstałych w czasie programu oraz używania ich do realizacji celów statutowych Fundacji

Wynika z tego, że jeśli cokolwiek zostanie sfotografowane lub zarejestrowane (utrwalone w inny sposób) przez uczestnika danej (wyjazdowej, płatnej) imprezy w trakcie jej trwania (w skądinąd pięknej okolicy), to organizator kładzie na tym rękę i nie zadając dodatkowych pytań twierdzi, że to jego własność, a gdyby powstały wątpliwości to przecież samo wyjaśnienie powinno wystarczyć

Przesłanie ankiety zgłoszeniowej jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu

Mi to przypomina prawo "powielaczowe", gdzie zapis jest ważniejszy od jego podstawy prawnej i nie tłumaczy wiele, ale za to rozstawia po kątach.

Zastanawiam się zatem, czy można aż tak dowolnie szafować prawami majątkowymi do czegokolwiek, a w szczególności do cudzych utworów, do dzieł cudzego autorstwa i w dalszej mierze do dzieł powiązanych, powstałych np. w trakcie wspólnych zajęć: prywatne zdjęcia uczestników, prywatne nagrania itp.? Nie dyskutuję tu o ich jakości, która z prawnego punktu widzenia nie ma żadnego znaczenia, a jak wiadomo może być skrajnie różna, od bardzo amatorskiej do stosunkowo wysokiej, w zależności od autora i jego warsztatu.

Ale jeśli już z poszanowaniem prawa dochodzi tutaj do przeniesienia praw własnościowych to na jaki czas?

Piotr VaGla Waglowski

VaGla
Piotr VaGla Waglowski - prawnik, publicysta i webmaster, autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet. Członek Rady ds Cyfryzacji przy Ministrze Cyfryzacji, ekspert w Departamencie Oceny Ryzyka Regulacyjnego Ministerstwa Rozwoju, felietonista miesięcznika "IT w Administracji" (wcześniej również felietonista miesięcznika "Gazeta Bankowa" i tygodnika "Wprost"). Uczestniczył w pracach Obywatelskiego Forum Legislacji, działającego przy Fundacji im. Stefana Batorego w ramach programu Odpowiedzialne Państwo. W 1995 założył pierwszą w internecie listę dyskusyjną na temat prawa w języku polskim, Członek Założyciel Internet Society Poland, pełnił funkcję Członka Zarządu ISOC Polska i Członka Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Był również Członkiem Rady Informatyzacji przy MSWiA, członkiem Zespołu ds. otwartych danych i zasobów przy Komitecie Rady Ministrów do spraw Cyfryzacji oraz Doradcą społecznym Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej ds. funkcjonowania rynku mediów w szczególności w zakresie neutralności sieci. W latach 2009-2014 Zastępca Przewodniczącego Rady Fundacji Nowoczesna Polska, w tym czasie był również Członkiem Rady Programowej Fundacji Panoptykon. Więcej >>