Ramy Interoperacyjności i minimalne wymagania opublikowane

Właśnie ukazało się w Dzienniku Ustaw Rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 12 kwietnia 2012 r. w sprawie Krajowych Ram Interoperacyjności, minimalnych wymagań dla rejestrów publicznych i wymiany informacji w postaci elektronicznej oraz minimalnych wymagań dla systemów teleinformatycznych.

Można się z nim zapoznać na stronach RCL: Dz. U. 2012 poz. 526.

Rozporządzenie zostało wydane na podstawie art. 18 ustawy z dnia 17 lutego 2005 r. o informatyzacji podmiotów realizujących zadania publiczne i jest dość istotne. Powinny być z nim zgodne wszystkie, podlegające ustawie, systemy i rejestry. Mowa tam m.in. o tym, w jaki sposób osiąga się interoperacyjność, pojawiają się schematy XML... Jest tam norma, zgodnie z którą "Informację o dostępności opisów standardów (...), minister właściwy do spraw informatyzacji publikuje w Biuletynie Informacji Publicznej", jest wskazówka dot. kodowania polskich znaków...

Na uwagę zasługuje § 19 Rozporządzenia:

W systemie teleinformatycznym podmiotu realizującego zadania publiczne służące prezentacji zasobów informacji należy zapewnić spełnienie przez ten system wymagań Web Content Accessibility Guidelines (WCAG 2.0), z uwzględnieniem poziomu AA, określonych w załączniku nr 4 do rozporządzenia.

Mamy zatem "zaczepienie" problemu accessibility. § 22. Rozporządzenia stwierdza jednocześnie, że

Systemy teleinformatyczne podmiotów realizujących zadania publiczne funkcjonujące w dniu wejścia w życie rozporządzenia należy dostosować do wymagań określonych w § 19, nie później niż w terminie 3 lat od dnia wejścia w życie niniejszego rozporządzenia.

No, ale nowe systemy powinny być budowane już w zgodzie z przyjętymi zasadami. To musi wpływać na zamówienia publiczne.

Oczywiście jest tam więcej jeszcze różnych norm, które systemy powinny spełniać. Pytanie, co obywatel może zrobić, gdy administracja publiczna nie będzie chciała przestrzegać zawartych w rozporządzeniu zasad i minimalnych wymagań? Być może niebawem ktoś zacznie testować zasady odpowiedzialności za niedopełnienie obowiązków funkcjonariusza publicznego (por. Podyskutujmy o przekroczeniu uprawnień administracji publicznej w aktywności internetowej).

Tymczasem życzę wszystkim miłej lektury.

Opcje przeglądania komentarzy

Wybierz sposób przeglądania komentarzy oraz kliknij "Zachowaj ustawienia", by aktywować zmiany.

W załączniku nie ma

W załączniku nie ma wymienionego formatu SWDE, równocześnie w innych aktach prawnych SWDE lub SWING jest podstawowym formatym przekazywania danych ewidencji gruntów i budynków. Panowie nie mają już czasu czytać całej makulatury którą ich własne ministerstwo firmuje.

W najbliższym czasie EGiB

W najbliższym czasie EGiB przechodzi z SWDE na GML, który w załączniku się znalazł.

Sekcja o formatach

Sekcja o formatach audio-wideo mocno uproszczona. Kontenery wymieszane z kodekami audio i wideo. Duża dowolność.

Dokładnie to samo

kravietz's picture

Dokładnie to samo napisałem w uwagach KRI do projektu z 2011 roku oraz w 2008 roku.

--
Paweł Krawczyk | ipsec.pl | echelon.pl
facebook | g+ | webcookies.info

c.d. o minimalnych formatach

Czyli format OpenPGP (rfc4880), do którego istnieją bezpłatne aplikacje, nie pojawił się w załączniku 2.
Oznacza to, że np. o ile nie zostanie wypełniony § 18 ust.2 Rozporządzenia, to zgłaszanie incydentu do CERTu (http://cert.gov.pl/portal/cer/28/16/Zglaszanie_incydentu.html) w postaci zaszyfrowanej, nie będzie możliwe bez zakupienia, przez zgłaszającego, odpowiedniej aplikacji szyfrującej.

Czy jest jakieś merytoryczne uzasadnienie pominięcia formatu OpenPGP?

Uzasadnienie jest takie, że

kravietz's picture

Uzasadnienie jest takie, że rozporządzenie o minimalnych wymaganiach jest powszechnie ignorowane. Ze względu na jego konstrukcję nie jest możliwe osiągnięcie pełnej zgodności z tym rozporządzeniem. W rozporządzeniu pominięto też dziesiątki innych formatów, które są w powszechnym użyciu.

--
Paweł Krawczyk | ipsec.pl | echelon.pl
facebook | g+ | webcookies.info

I? Rozporządzenie było także w 2005 roku i co?

Witam.

Akt prawny jak każdy inny. Pytanie czy będzie stosowany? A przy okazji jaka jest jego użyteczność skoro z góry zakłada różnorodność formatów dla takich samych eDokumentów? Może co do samego przetwarzania pism, będzie bez problemu, bo każdy sobie w urzędzie rzepę skrobie. A co na szerszą skalę? Zwłaszcza po np. 20 latach?
Tak z ciekawości się doczepię do punktu A. 1.8 załącznika nr 2.
Mowa w nim o standardzie Microsoft Office Word, dla wpisu doc. Tak z dociekliwości technicznej zapytam. O który doc twórcom chodziło? Ten od word 97, a może word 2000, a może raczej word 2002 lub 2003? Bo jeszcze był word XP i parę innych zanim pojawił się zapis do pliku docx. No to jak z tą interoperacyjnością? Każdy z tych formatów był mało zgodny w pewnych aspektach swych rozwiązań wykraczających poza pisanie zwykłego tekstu. Ale to problem urzędów, jak uporają się z korespondencją do i od interesanta. Zwłaszcza taką, która będzie miała coś więcej niż literki i cyferki.
Inną kwestią jest prosty fakt, że w archiwum państwowym czyli w jednym miejscu, spotkają się elektroniczne dokumenty zapisane w różnych formatach, a związane z tym samym tematem, ale przetwarzane w różnych urzędach. Powodzenia życzę tym, którzy będą kiedyś musieli cokolwiek dowiedzieć się z tej dokumentacji. Ale to problem przyszłych pokoleń! Zwłaszcza, ze zamknięte formaty są bezużyteczne dla jednostek publicznych. Bez wniesienia stosownych opłat nic nie można zrobić w obrębie zgromadzonych tekstów.

Powiem tylko, że pomimo postępu i rozwoju technik informatycznych, jakoś ciężko zauważyć istotny postęp w dążeniu do rozwiązania zagadnienia cyfryzacji na dziś i na przyszłość. Ten kraj ma tego pecha, że ludzie którzy coś potrafią albo coś chcą, są w przerażającej mniejszości. A skoro są w mniejszości, to ich działanie nie ma żadnego sensu, bo nikt nie słucha co chcą powiedzieć. Zaczynam rozumieć zdanie moich starszych kolegów w zawodzie. Od kilku lat mówili, że w polskiej cyfryzacji życia nie ma z kim rozmawiać. Bo komputer to tylko elektroniczny notatnik z dodatkami, a nie super niezwykłe rozwiązanie.
Po treści tego rozporządzenia widzę, że zamiast rozwiązania porządkującego pod kątem technicznych rozwiązań dla przyszłych zawartości archiwów. Znów napisano dokumencik, który nic nie rozwiązuje, bo nie ułatwia w niczym regulacji już panującego chaosu standaryzacyjnego w urzędach! To rozporządzenie jest jedynie dowodem na to, jak przepisem prawnym można pominąć problem lat przyszłych.

Chyba ktoś zapomniał o tym, że pismo urzędowe MUSI być jednakowe dla wszystkich urzędów! To jak przetwarza taki dokument urząd wewnątrz swej struktury, to kwestia urzędu! Samo rozporządzenie jest dalekie od zasady standaryzacji pisma urzędowego do postaci użytecznej i neutralnej dla każdego urzędu, który musi taki dokument czy załącznik do dokumentu zobaczyć.

Pozdrawiam

P.S.
A tak na marginesie. I co z tego, że wyszło rozporządzenie? Nikt nic w tym kierunku nie skontroluje, tak jak nie wyegzekwowano od 2006 roku ani jednego punktu zapisanego w poprzednim rozporządzeniu! Prawo w Polsce jest zapisem martwym! I widzę to od co najmniej 12-tu lat! Już kiedyś pisałem na tym vortalu o rozwiązaniu jakie przyjęli norwegowie w temacie dokumentów zapisywanych w formacie elektronicznym. Mają tylko 3 (słownie: trzy) dopuszczalne formaty zapisu i po problemie. Nie będę polemizował czy urzędniczka w gminie będzie potrafiła zastosować autoCAD-a, celem naniesienia linii działowej na obszarze działki budowlanej. Prościej to zrobić na pliku jpg, bo każdy system to otworzy i nie wymaga się zakupu specjalizowanych aplikacji stosujących wewnętrzny format danych! Można dalej, ale szkoda wysiłku. Nic się nie zmienia na lepiej, a raczej podąża w kierunku blichtru i super rozwiązań typu "cloud computing". Ciekawe jak będzie to atrakcyjne, gdy providerzy internetu wprowadzą limity transferu...

Pozdrawiam

Informatyzacja obrazkowa to nie jest dobry pomysł

Nie będę polemizował czy urzędniczka w gminie będzie potrafiła zastosować autoCAD-a, celem naniesienia linii działowej na obszarze działki budowlanej. Prościej to zrobić na pliku jpg, bo każdy system to otworzy i nie wymaga się zakupu specjalizowanych aplikacji stosujących wewnętrzny format danych!

Każdy system to otworzy ale żaden tak zapisanej informacji nie "zrozumie". To dlatego dane przestrzenne zapisuje się w formie wektorowej i bazodanowej, a nie w formie "płaskiego" obrazka by można było przetwarzać informacje w nich zawarte.
W rozporządzeniu został wskazany wektorowy format GML. Słuszny ideologicznie (otwarty, neutralny itp.) ale mało wygodny i rzadko przez kogo używany w praktyce.

System cyfrowy to jedno, umiejętności człowieka drugie.

Witam.

A co tu do rozumienia dla systemu? Poruszamy dwa różne aspekty. Jednym jest potencjalny Kowalski, który nie musi mieć licencjonowanego autoCAD-a żeby zobaczyć co urzędnik naniósł na mapie decyzji. Dziś są mapki terenu papierowe (wyrys) i taką dokumentację mają właściciele działek. Działy geodezji spokojnie poradzą sobie z naniesieniem linii którą zobaczą na jpg-u. Inny urzędnik i tak korzysta z danych geodezji, ale nie powinien mieć prawa do edycji tych danych, a jedynie do informowania o zmianach jakie zaistniały. Swoboda edycji danych, to wręcz zaplanowany zamach na spójność informacji pozyskiwanych z baz danych które mają być rozliczalne i nie tylko! Dla przykładu niech posłuży Wikipedia. Jaka jest jej wiarygodność w odniesieniu do encyklopedii?
A tak na marginesie... Ciekawe jak na sali sądowej przy sprawie dotyczącej działu gruntów ma Sąd zapoznawać się wizualizacją sytuacji? Znów kolejny licencjonowany AutoCAD w ilości licencji zgodnej z ilością sal rozpraw? A nie prościej rzucić obraz jpg na ekran? Sędzia nie musi znać się na za zawiłościach edycyjnych aplikacji. Na Paint Brush-u może spokojnie narysować linię działu. (To nie wymaga znajomości jakiejś tam aplikacji, a wystarczy mieć zwykła styczność z najzwyklejszym narzędziem udostępnianym przez każdy system operacyjny mający interfejs okienkowy!) Co zostanie zaprotokołowane i przesłane jako decyzja sądu do właściwego działu geodezji. Tam już osoba odpowiedzialna za spójność i rzetelność bazy danych geodezyjnych terenu, naniesie stosowną linię podpisując się pod zmianami i dodając to metatagów bazy, opisu decyzji n podstawie której naniesiono zmiany!
Pełna automatyzacja się nie uda z prostego powodu. Dokumenty elektroniczne nie mają zastosowania i długo nie będą miały w sytuacjach zwanych życiowymi. Przykładem nich będzie bezużyteczność pozwolenia wydana np. na pendrive gdy okazania zażyczy sobie Strażnik Miejski. Niby co ma okazać właściciel? Jakiego ma pendrive'a? Ciągle jakoś zapomina się o jednym. Wszystkie te super elektroniczne dokumentacje wymagają dodatkowego narzędzia do ich zwizualizowania! Druk na dowolnym nośniku jest zwizualizowany i wystarczą tylko oczy i dowolne źródło światła by zapoznać się z treścią dokumentu w dowolnych warunkach.
Wiem, wiem. Zaraz padnie argument o tabletach. Ale co jak sieć chwilowo nie będzie czynna? A chwilowo może być na dłużej, bo zdarzają się różne awarie. I co wtedy? Przestój pracach do czasu zweryfikowania posiadania uprawnień w innym miejscu? A w niektórych sytuacjach może przymusowy pobyt 48 godzin?
Z całym szacunkiem dla miłośników i entuzjastów świata cyfrowego. Ale czas pokazuje, że druk bez względu na powierzchnię na której został naniesiony, pomimo wielu już nowatorskich rozwiązań cyfryzacyjnych, wciąż jest efektywniejszy. Wizualizacja jest natychmiastowa bez konieczności użytkowania żadnych dodatkowych urządzeń pośredniczących! Przykładem niech będzie dowód osobisty! Dlaczego to jest obecnie plastik z Nazwiskiem, Imieniem, Datą urodzenia i nr PESEL? Przecież mógłby to być pendrive albo karta microSD! Czyżby zachodziła obawa, że identyfikacja mogłaby nastręczać trudności w sytuacjach kryzysowych?

Ciekawe dlaczego wszelakiej maści specjaliści od systemów informatycznych i cyfryzacji nie chcą pojąć prostego faktu. Osobnik zwany człowiekiem rozpoznaje obrazki! Czyli wydruk to inna forma pliku graficznego! Nawet tekst wydrukowany to zwykłe obrazki znaków przyjętych jako znaki alfabetu! Poszczególne literki tylko ikonki niosące w sobie treść wpojoną przez lata nauki! Dlaczego ikonki? A jak nazwać znaki w języku chińskim czy japońskim? Tam są inne znaki, a w krajach łacińskich inne. Ale wciąż to są obrazki!
Wniosek? Trzon dokumentów wręczanych interesantowi powinien opierać się na grafikach! Czyli interesant powinien otrzymywać obowiązkowo dwie wersje dokumentu. Elektroniczną do dalszego wykorzystania, o ile będzie posiadał zdolność ją wykorzystać. Oraz wydrukowaną celem pokazania wizualizacji w miejscach wymagających natychmiastowego okazania! A cała informatyzacja musi pójść w kierunku rozwiązań konstruujących neutrale formaty WYMIANY danych między urzędami i przy okazji Archiwum Państwowym! To jak urzędy obrabiają taki dokument wewnątrz swej struktury, to sprawa urzędu! Wynik wyjściowy musi i tak być sprowadzony do tego neutralnego formatu wymiany danych. Standaryzacja powinna iść w kierunku rozwiązań niezależnych od kosmetycznych czy nowatorskich rozwiązań w kolejnych wersjach dostępnego oprogramowania, skutkujących często brakiem kompatybilności wstecznej w ramach tego samego produktu!
Ale to wyzwanie dla specjalistów o szerokim spektrum wiedzy informatycznej, wykraczającej poza MS Office Word, Excell czy Power Point!

Pozdrawiam

Myślenie papierowe

Jednym jest potencjalny Kowalski, który nie musi mieć licencjonowanego autoCAD-a żeby zobaczyć co urzędnik naniósł na mapie decyzji.

Kowalski powinien dane geodezyjne dostać w GMLu, który jest ustandaryzowanym formatem tego typu danych. GMLa można otworzyć za pomocą oprogramowania komercyjnego, darmowego lub nawet napisać własne. Wyrys niesie ze sobą tylko jedną informację (granice działki względem punktów charakterystycznych), wektorowa mapa z metadanymi może dodatkowo informować o podziale historycznym, numerach ewidencyjnych i danych działek sąsiednich a także o doprowadzonych mediach i powiązanych z działką dokumentach. Można ją łączyć z innymi danymi o tej działce bez utraty czytelności.

Swoboda edycji danych, to wręcz zaplanowany zamach na spójność informacji pozyskiwanych z baz danych które mają być rozliczalne i nie tylko!

Kwestia modelu uprawnień i zaufania. Obecnie w powszechnym użyciu są rozproszone systemy zarządzania kodem źródłowym aplikacji i jakoś działają. Przecież można podzielić dane na mapie nie tylko geograficznie, ale też warstwowo. I tak nadleśnictwo będzie miało uprawnienia do modyfikacji i podpisywania warstwy dotyczącej zalesienia, kataster warstwy opisującej własność i zobowiązania, firma dostarczająca Internet będzie mogła oznaczyć, na których działkach dostępne są jej usługi, a Kowalski będzie mógł sobie dorysować na tym wszystkim gdzie postawi altankę i pokazać znajomym. Nie oznacza to wcale, że zmiany Kowalskiego, czy dostawcy Internetu powinny być importowane na centralny serwer w katastrze miejskim.

Przykładem nich będzie bezużyteczność pozwolenia wydana np. na pendrive gdy okazania zażyczy sobie Strażnik Miejski.

Proces weryfikacji dokumentacji i pozwoleń, w którym petent ma odgrywać jakąkolwiek rolę wynika z faktu, że zwrócenie się przez strażnika miejskiego bezpośrednio do organu wydającego w świecie makulatury zajęłoby tydzień.

W świecie cyfrowym strażnik miejski powinien zwrócić się bezpośrednio (lub pośrednio z pomocą dyspozytora) do bazy danych pozwoleń.

Przecież mógłby to być pendrive albo karta microSD!

IMO mogło by go w ogóle nie być i wcale byśmy na tym nie stracili.

Trzon dokumentów wręczanych interesantowi powinien opierać się na grafikach!

Trzon dokumentów wręczanych interesantowi powinien pełnić tylko i wyłącznie funkcję informacyjną dla interesanta. Ewentualnie pozwalać na weryfikację autentyczności przez strony trzecie (podpisany elektronicznie, lub do zweryfikowania treści centralnie na podstawie identyfikatora dokumentu).

Wydruk powinien być jedną z opcji informowania interesanta (nie ma obowiązku posiadania komputera), ale nie powinien nieść ze sobą wiary w pieczątkę.

Nie myślenie papierowe ale obserwacja umiejętności w urzędach!

Witam.

I teraz wiem dlaczego cyfryzacja w Polsce legła w gruzach.
Bo wielce niewygodnym jest fakt, że ktoś ma odwagę pokazać iż cały ten świat zcyfryzowany jest bezużyteczny gdy braknie zasilania! Co wcale nie jest takie nieprawdopodobne w dobie głodu energetycznego. Przy okazji, powiem że cała ta mitologia o warstwowaniu danych i uprawnień z tym związanych jest jak bajka o El Dorado. Wszyscy wiedzą, ze gdzieś jest ale nikt tam jeszcze nie trafił! A dlaczego? Bo czy tak trudno sobie wyobrazić sprawę o dział gruntów w sądzie innym niż terenowo najbliższym? A co z wersjonowaniem kolejnych super rozwiązań?
Ile razy jest tak, że ktoś pracuje na starszej wersji oprogramowania, bo nowa jeszcze nie dotarła wszędzie. A potem następuje tzw. rozjazd danych. I kto odpowiada? Ten co wprowadzał czy może ten co nie zdążył uaktualnić, a prace wymagały wprowadzenia natychmiastowych zmian. Już wiele razy pisałem, że w świecie procesorów nie działa ani chciejstwo ani wiara! Jest bit albo go nie ma!

A co akapitu.

W świecie cyfrowym strażnik miejski powinien zwrócić się bezpośrednio (lub pośrednio z pomocą dyspozytora) do bazy danych pozwoleń.

Czyli zwrócić się o co? Bo jak ma pozyskać informację o tym kto i co mu wręcza na czymś kolorowym co wgląda jak gwizdek? Zwłaszcza, że

IMO mogło by go w ogóle nie być i wcale byśmy na tym nie stracili.

, co odnosiło się do przykładu dowodu osobistego jak mniemam. Czyli strażnik ma z pracownikem centrum dokumentów cyfrowych prowadzić takie małe śledztwo na temat czy jest taki a nie inny dokument? Na podstawie pewnie adresu jaki akurat strażnik miejski widzi. No to proponuję użyć tego wielce sprawnego MS Word i w jego plikach wynaleźć określoną informację. Nawet na własnym komputerze. A potem dołożyć mu utrudnienie w postaci odszukania właściwej treści po zawartości plików z metadanymi. I proszę nie zapominać, że urzędy nie mają kilkudziesięciu plików na krzyż tylko często setki, a nawet tysiące!
Czyżby stosując "myślenie cyfrowe" dążył Pan do wymuszenia redundancji danych? Metodą ich rozpraszania? A ile będzie trwało wyszukiwanie tych danych dla wygenerowania scalonego dokumentu? Z ilu miejsc będzie system musiał pobrać takie dane? A jaka jest wtedy zgodność dwóch dokumentów będących w różnych miejscach? Proponuję mały eksperyment. Proszę napisać artykuł we współpracy z innymi, ale niech każdy ma swój fragment u siebie. Ciekawe ile czasu Pan straci na ustalanie zasad nazewnictwa plików i opisu metadanymi, żeby Pana komputer potrafił to scalić w jeden tekst? A dodatkowo ciekawi mnie fakt, co się stanie w sytuacji awarii technicznej? Tak ma wyglądać cyfryzacja i załatwianie spraw w świecie cyfrowym? To ja wolę "myślenie papierowe". Pokazuję papier urzędnikowi. Są tam stosowne sygnatury, po których urzędnik może sobie weryfikować w centrum baz danych czy taki dokument istnieje i czy został wydany w temacie jaki zobaczył na własne oczy. Ja mam problem od ręki z głowy, a urzędnik niech się bawi w rozmowy z operatorem w centrum baz danych dokumentów!

W całej cyfryzacji nic nie załatwią uprawnienia dostępu do określonych warstw w mapach czy do dokumentów elektronicznych.
Walidacji błędu człowieka nie przeprowadzi komputer! Bo nie ma możliwości przewidzenia wszystkich możliwych błędów jakie mogą powstać przy stosowaniu aplikacji. Niestety, choć to nie jest wygodne dla wielu. Ale komputer się nie myli! Myli się tylko analityk problemu lub koder lub użytkownik. A jeśli procedura nie odrzuci błędnych danych, to kto ma wytropić błąd?
Przykład? Proszę bardzo! Wystarczy wziąć dowolne pismo zrobione w MS Word, tym najbardziej znanym i powszechnym edytorze tekstu jaki znajduje się w urzędach. I co można zobaczyć? Ano np. formatowanie tekstu spacjami, albo tworzenie tabel metodą rysowania kresek obramowujących pole w tabeli. I co? Aplikacja może uniemożliwia popełnianie takich błędów? I można tak dalej.

Ale co najważniejsze. Nie przeszkadza mi fakt, że przypisuje mi się "myślenie papierowe". Z obserwacji wiem, że dokument muszę i tak zwizualizować celem niezwłocznego okazania. Czyli zapoznający się z dokumentem o ile nie będzie RoboCopem, to chce zobaczyć wydruk. Jak nie zobaczy to ma prawo wstrzymać np. prace do czasu pozyskania informacji z bazy danych dokumentów zezwoleń. A kto zapłaci za przestój maszyn? Urzędnik? Może raczej takimi kosztami warto byłoby obciążyć wszystkich tych co "myślą jedynie cyfrowo"! Ciekawe jak szybko postępowałyby wtedy prace nad wydajnymi systemami informatycznymi! Możliwe, że wtedy zaczęto by proces standaryzacji danych i projektowania ich przepływu w skali kraju, a nie tylko w obrębie sprzedawanego produktu.

A brak dokumentu tożsamości? Super sprawa! Tylko co w przypadku konieczności weryfikacji? Dane binarne są podatne na zniekształcenia. Ich wizualizacja na trwałym nośniku jest dużo odporniejsza na działanie różnych czynników.

I jeszcze jedno. Gdyby wprowadzić likwidację tych plastikowych dowodów osobistych, to jak np. zidentyfikować ofiarę wypadku kolejowego skoro nie ma dokumentu, a jest tych ofiar dziesiątki? Może po odbitkach palców? Czyli zamiast kawałka plastiku, zaraz 10 obrazów? Najlepiej wektorowych, bo łatwiej przekształcać? Można i tak!

Życie niestety jest wredne i nie ma zamiaru się dostosowywać do naszych wyobrażeń. Czy to się komuś podoba czy nie.

Pozdrawiam.

Re: Myślenie cyfrowe

Bo czy tak trudno sobie wyobrazić sprawę o dział gruntów w sądzie innym niż terenowo najbliższym?

Nie widzę żadnego problemu, żeby sąd z Przemyśla miał dostęp do ogólnopolskiej bazy danych, której fragment (ang. shard) znajduje się w Szczecinie. Nie jesteśmy tu w żadnym stopniu ograniczeni lokalizacją poza sztucznymi (chociaż potrzebnymi) podziałami: np. zapis na terenie danej gminy powinien miec tylko kataster z danej gminy.

Ile razy jest tak, że ktoś pracuje na starszej wersji oprogramowania...

Dlatego właśnie powinno się stosować usługi, a nie zbiory plików. Oprogramowanie powinno wymieniać się z bazą danych informacjami wg. ustandaryzowanych protokołów. Nie emulujmy archiwum z teczkami i plikami kartek przez serwery przechowujące pliki cyfrowe.

Bo jak ma pozyskać informację o tym kto i co mu wręcza na czymś kolorowym co wgląda jak gwizdek?

Właśnie nikt niczego nie ma nikomu wręczać. Skonkretyzujmy może o jakie pozwolenie Strażnik Miejski może taką osobę na ulicy zapytać?
Według mnie dobrym scenariuszem jest np. zajęcie pasa drogowego:

  • Strażnik pyta się wtedy dyspozytora (bez podchodzenia do interesanta) czy są jakieś pozwolenia na zajęcie pasa drogowego przy ul. Długiej.
  • Dyspozytor wpisuje w pole tekstowe ul. Długa i otrzymuje listę wydanych pozwoleń, jeżeli lista jest za długa ogranicza wyświetlane pozwolenia do tych wydanych przez zarządców dróg. Sprawdza jaka firma może w dniu dzisiejszym rozstawić się z dźwigiem i przekazuje te informacje Straznikowi.
  • Strażnik podchodzi do interesantów i pyta się z jakiej sa firmy.

No to proponuję użyć tego wielce sprawnego MS Word i w jego plikach wynaleźć określoną informację.

MS Word może służyć do napisania kilku stron tekstu, a nie do zarządzania weryfikacją tożsamości. Równie dobrze mógłbym napisać, że w notatniku ciężko jest narysować czyjś portret.

I proszę nie zapominać, że urzędy nie mają kilkudziesięciu plików na krzyż tylko często setki, a nawet tysiące!

I to jest przykład źle przeprowadzonej cyfryzacji, bo dane nie mogą być przetwarzane automatycznie, tylko jakiś człowiek musi zajrzeć do bitmapy opakowanej w PDF albo przeczytać tekst w pliku DOC i stwierdzić o co chodzi w takim pliku. To nie jest cyfryzacja urzędu, tylko dalej praca w trybie papierowym, tylko drzewa zamiast trafiać do masy celulozowej są spalane w elektrowniach. "Myślenie plikami" nie różni się niczym od "myślenia kartkami".

A jaka jest wtedy zgodność dwóch dokumentów będących w różnych miejscach?

Taka jak wymuszona przez obowiązujący standard, który powinien być jak najbardziej restrykcyjny, a jednocześnie reagować na potrzeby urzędników przez jego precyzyjne rozszerzanie, a nie dodania pola "Uwagi".

A jeśli procedura nie odrzuci błędnych danych, to kto ma wytropić błąd?

W każdym porządnym systemie są procedury zgłaszania zauważonych błędów przez użytkownika...

Aplikacja może uniemożliwia popełnianie takich błędów?

Tak, urzędy wbrew pozorom powinny funkcjonować w obiegu zamkniętym przez obowiązujące przepisy prawa. I o ile prawa cywilnego i karnego zalgorytmizować się nie da, to prawo administracyjne powinno dać się zalgorytmizować, przynajmniej do tego stopnia, żeby na wyrywkowej kontroli wydanych dokumentów wychodzących dało się wyłapać np. urzędników, którzy wrzucają bitmapy zamiast mapek w wektorach.

Wtedy zmiany wprowadzone przez danego urzędnika można przejrzeć i zweryfikować.

Z obserwacji wiem, że dokument muszę i tak zwizualizować celem niezwłocznego okazania.

Pańska obserwacja jest zgodna z rzeczywistością, ale właśnie to trzeba zmienić.

... ma prawo wstrzymać np. prace do czasu pozyskania informacji z bazy danych dokumentów zezwoleń...

Niestety, na razie funkcjonujemy w świecie w pełni papierowym.

Może raczej takimi kosztami warto byłoby obciążyć wszystkich tych co "myślą jedynie cyfrowo"!

Chyba własnie mamy niezgodnośc definicji co do ludzi "myślących cyfrowo". Nie widziałem jeszcze żadnego wysokiego rangą pracownika administracji publicznej, który potrafiłby myśleć o systemie jako czymś innym niż kalką z systemu papierowego. Przynajmniej żaden się jeszcze publicznie nie przyznał.

Gdyby wprowadzić likwidację tych plastikowych dowodów osobistych...

Na podstawie innych posiadanych przedmiotów, na podstawie zgłoszeń zaginięć. Jakoś sobie radzą w państwach, gdzie dowód nie jest obowiązkowym dokumentem.

Życie niestety jest wredne i nie ma zamiaru się dostosowywać do naszych wyobrażeń. Czy to się komuś podoba czy nie.

Z tym się absolutnie nie zgodzę. Oczywiście nie będzie to "pstryk i światło" tylko długi (20-50 lat) proces wdrażania przemyślanych systemów najpierw centralnie, z opcjonalnym dostępem dla końcówek aż do momentu, kiedy dostęp dla każdego użytkownika końcowego będzie bardziej naturalny za pośrednictwem bazy danych niż łańcucha papierowych wniosków, które i tak kończą się zapytaniem do bazy danych. Oczywiście nie oczekuję, że przemyślany plan pojawi się teraz zaraz. Patrząc na obecny sposób stanowienia prawa potrzebujemy kilkudziesięciu lat na rozpoczęcie prac nad koncepcją takiego systemu. Czyli optymistycznie za 100 lat będzie można załatwić większość spraw bez odwiedzania urzędu.

Piekne założenia, ale urządzenia to tylko ograniczone twory.

Witam.

Jak w tytule. Oprócz tego napiszę jeszcze, że w tej wizji brakuje jeszcze kilku fragmentów. Mianowicie założenia samonaprawy urządzeń wykonujących czynności usługowe opisane w zarysie wizji państwa cyfrowego.
Co ciekawsze, dostrzegam pewną ciekawostkę w całości tego opisu.
Jest nią wizja rozproszonej treści dokumentu po całej infrastrukturze administracji państwa. Przy okazji zacytuję:

"Myślenie plikami" nie różni się niczym od "myślenia kartkami"

No cóż. Jakoś tak dziwnym trafem się składa, że złożony zbiór informacji i utrwalony celem jego ponownego odtworzenia w niezmienionej postaci, dla systemów komputerowych ma niestety postać pliku. Czy się to Panu podoba czy nie. Nawet jeżeli będzie Pan stosował linki do pól rekordów w bazach danych, to dalej ten zbiór linków, ukazujący treść dokumentu, wciąż jest plikiem! Nawet strony internetowe generowane dynamicznie za pomocą np.PHP, to dalej jednak pliki. Baza danych także jest niestety plikiem. Pliki zawierające informację co i jak wyświetlić na ekranie komputera. A dokonywanie zmian w obrębie treści, musi generować kolejny plik albo przynajmniej rekord w pliku bazy danych, tudzież nową tablicę w bazie SQL, czyli opis zrozumiały dla wyświetlarki (edytor tekstowy, czy witryna internetowa), jak odtworzyć poprzednią wersję treści. A przy okazji wcisnę słowo na temat podpisu cyfrowego. Jego kod to też plik! I co więcej! Też podpisuje tylko pliki. A pole rekordu w bazie, też jest czymś na kształt pliku. Choćby zawierało jeden dowolny znak. Ma swój cyfrowy początek, koniec i długość, jak każdy plik. No to jak z tym "Myślenie plikami" nie różni się niczym od "myślenia kartkami"?

Tak się zastanawiam. Czy dokument elektroniczny będzie dokumentem jeśli za każdym razem będzie generowany dynamicznie? Bo tak jawi się Pana wizja cyfryzacji państwa i odejście o myślenia plikami! Ale jak odtworzyć dokument w wersji w której powstał jeśli nie będzie PLIKU choćby zawierającego odnośniki do umiejscowienia w rozproszonych bazach danych? A jaka będzie wartość dokumentu elektronicznego jeśli bazy danych zmieniają się dynamicznie na przestrzeni lat? Trochę za dużo tu kombinacji jak dla spraw prostych. Ale czasy gdy sam Wielki Bil Gates powiedział, że komputerom w zupełności wystarczą 640 kB pamięci RAM, są już odległa historyczną przeszłością. A wtedy też działały systemy kont bankowych. I wtedy też można było wprowadzać cyfryzację. Wystarczyło tylko przestać wymyślać nową "jakość", a zacząć systematyzować informacje.

Podobno (tu więcej powiedzą prawnicy), wymogiem bezwzględnym dla dokumentu jest jego niezmienność bez względu na czas jaki upłynął od czasu jego wytworzenia! A skoro tak, to musi powstać coś co utrwala postać wywołującą prawidłowy obraz lub wręcz utrwala postać finalną dokumentu. Czyli chcąc nie chcąc, dla systemu cyfrowego znów ocieramy się o pojęcie pliku. I do tego podpisanego cyfrowo aby mieć pewność, że nie uległ zmianom. Czy to to jest "myślenie kartkami"? Jeśli już to raczej "myślenie tabletami".
Przy okazji poruszę problem Archiwum Państwowego. Niby co jeśli nie pliki mają gromadzić? Jak widać cała ta wizja z rozproszonymi danymi czy jednym centralnym zbiorem, albo raczej bankiem słów, a choćby i literek i znaków z których będą generowane dynamicznie pisma, jakoś się nie klei. Bo jak napisałem wcześniej. Choćby pismo było zbiorem odnośników do zbioru słów czy znaków, to w dalszym ciągu ten zbiór będzie plikiem! Nic tego niestety nie zmieni. Ani pobożne życzenie, ani udawanie, że tego problemu nie ma!

A w kontekście tego cytatu:

Na podstawie innych posiadanych przedmiotów, na podstawie zgłoszeń zaginięć. Jakoś sobie radzą w państwach, gdzie dowód nie jest obowiązkowym dokumentem.

Czy aby nie to stało się powodem potrzeby zbierania odbitek palców? Cyfryzacja dała doskonałe narzędzie! Jakie mogą być tego ujemne skutki, to tu nie miejsce na taką dyskusję. Ale powiem tylko, że dopóki mam plastikowy dokument bez cyfrowego dodatku, to mam możliwość chwilowo być anonimowy. A wracając do stwierdzenia:

Na podstawie innych posiadanych przedmiotów, na podstawie zgłoszeń zaginięć. Jakoś sobie radzą w państwach, gdzie dowód nie jest obowiązkowym dokumentem.

Proszę zadać pytanie pracownikom takich służb, ile zajmuje im to czasu i czy dają 100% gwarancję, że przypisali prawidłowo tożsamość jeśli mieli kilka ciał NN, a mało tych "innych przedmiotów"! Jak dla mnie, to cytowany fragment jest jedyne demagogicznym wywodem na potrzeby uzasadnienia własnego punktu widzenia. Rzeczywistość ma to do siebie, że to ONA wpasowuje ludzi do siebie, a nie na odwrót. I zaklinanie rzeczywistości nic tu nie da. Jedynie wirtualna rzeczywistość jest podatna na widzi mi się jej oglądacza. Wirtualnie, to każdy może być niczym Albert Einstein. Co nie zmienia tego kim się jest w realnym świecie.

W odniesieniu do treści:

Właśnie nikt niczego nie ma nikomu wręczać. Skonkretyzujmy może o jakie pozwolenie Strażnik Miejski może taką osobę na ulicy zapytać?
Według mnie dobrym scenariuszem jest np. zajęcie pasa drogowego:

i przykładu postępowania jaki Pan opisał. Moim zdaniem, skoro strażnik stwierdził wcześniej, że jest zgoda na "zajęcie pasa drogowego", to po co ma pytać kogokolwiek o cokolwiek?
Czynność opisana

Strażnik podchodzi do interesantów i pyta się z jakiej sa firmy.

jest marnotrawstwem czasu! Bo pracownicy mogą być podwykonawcą wykonawcy robót! Czyli co? Strażnik ma dalej prowadzić "śledztwo"? Przecież pas drogowy jest zajęty zgodnie z obowiązującym prawem! Zbędna czynność sprawdzania.

Ogólnie w tym miejscu zaczynamy się zbliżać do modelu państwa w którym oświadczenie zastępuje zaświadczenie. Jak rozumiem, oświadczenie składały również firmy sprzedające "sól wypadową" jako sól spożywczą.

Odnośnie akapitu

Oczywiście nie będzie to "pstryk i światło" tylko długi (20-50 lat) proces wdrażania przemyślanych systemów najpierw centralnie, z opcjonalnym dostępem dla końcówek aż do momentu, kiedy dostęp dla każdego użytkownika końcowego będzie bardziej naturalny za pośrednictwem bazy danych niż łańcucha papierowych wniosków, które i tak kończą się zapytaniem do bazy danych

Obawiam się, że raczej ten "pstryk" skończy się tym, że zgaśnie światło. Zwłaszcza, że te wszelkie rozwiązania opisane w tym akapicie wymagają rozbudowanej infrastruktury urządzeń pożerających prąd, nawet wtedy gdy nikt nie odpytuje baz danych. Co może nie być bez znaczenia przy kurczących się zasobach energetycznych. Jednocześnie wizja słania bitów i generowania zapytań za każdym razem do odległych serwerów, w sytuacji gdy firmy obsługujące łącza zaczynają myśleć nad wprowadzeniem opłat za transfer. Mogą okazać się przyczynkiem do kolejnego zwiększenia podatków, bo machinę cyfryzacyjną trzeba będzie opłacić. Ale to wizje idące daleko w przyszłość i mam nadzieję, że mało prawdopodobne.

Mnie interesuje tylko w tym całym zagadnieniu. Czy i jak poradzi sobie Pana wizja cyfryzacji i składania zawartości dokumentów, z prozaicznymi awariami łączy?!
Opisany łańcuszek wniosków papierowych zastąpi Pan jedynie łańcuszkiem plików. Choćby to były tylko zbiory odnośników do innych plików! Bo jak Pan sobie wyobraża ePismo? Musi coś zawierać czyli jest plikiem. Ale całą ułomnością tej wizji jest jej podatność na awarie różnego typu. No chyba, że właśnie o to chodzi aby można było interesanta opóźnić bo "komputer się zawiesił".

A jak ten dokument ma być dla niewidomego? Jak rozumiem zapis dźwiękowy. No to bez odtwarzacza dźwięku nijak się taka osoba nie posłuży w żadnym urzędzie. Czyli znów wracamy do rozróżniania interesantów, na równych i równiejszych. A wydruk załatwia nawet problem osoby niewidomej,bo osoba widząca może odczytać
treść dokumentu. Idąc dalej tym tropem, to wynikałoby, ze urząd musiałby generować dokument elektroniczny w formie dźwiękowej. Jak dla mnie to znów kolejne utrudnianie pracy urzędom. Ale elektronika jak papier, zniesie wszystko bo jest cierpliwa.

A tu bez urazy, ale moim zdaniem ten przykład nijak nie pasuje do rozważanych kwestii.

MS Word może służyć do napisania kilku stron tekstu, a nie do zarządzania weryfikacją tożsamości. Równie dobrze mógłbym napisać, że w notatniku ciężko jest narysować czyjś portret.

Dlaczego? Bo w przeważającej części dokumentów pisma są zbiorem znaków łacińskich, w przypadku tekstów polskich. A te można napisać i w notatniku. A portret? No cóż. Od stuleci jest znany w Kryminalistyce coś takiego jak rysopis. Co prawda, to nie rysunek, le opisowe odwzorowanie wizerunku. A swoją drogą, to po co w zdjęciu twarzy używać zaraz grafiki wektorowej?
A w przypadku dokumentów, te opisowo odwzorowują zastaną sytuację, albo sytuację jaka ma powstać po wdrożeniu w życie opisu. I tu chyba znów następuje powrót do pliku czyli "myślenia kartkami".

Ciekawe dlaczego zdjęcie czy film jest materiałem dowodowym, a nie ustawienie scenki czy odegranie scenki. Tu mamy styczność z myśleniem "kartkowym" czy "plikowym". Jak kto woli. Wizja lokalna, to tylko odwzorowanie faktów ustalonych w śledztwie, a nie podstawa do konstruowania wyników śledztwa. To tak na marginesie. W tym drugim przypadku mamy synonim wektorowości. Podobnie jak z filmem na podstawie książki. Czy film odwzorowuje w 100% treść książki? Ale to już filozoficzne dywagacje.

Tak z życia wzięte. Co jest bardziej bezpieczne i funkcjonalne? Winda czy schody? Bo jeśli winda, to na grzyba są zawsze budowane schody AWARYJNE? Podobnie będzie i z cyfryzacją! Wydruk czy wizualizacja bez konieczności użytkowania urządzeń pośredniczących, zawsze wygra w sytuacji kryzysowej. A sytuacji kryzysowych w życiu nie można wykluczyć. Jak już napisałem tu wcześniej:

Życie niestety jest wredne i nie ma zamiaru się dostosowywać do naszych wyobrażeń. Czy to się komuś podoba czy nie.

Ale zawsze można żyć we własnym matrixie, tylko przebudzenie może być i raczej będzie bardzo bolesne.

Pozdrawiam.

P.S.
Proponuję zakończyć ten spór w tym miejscu.

Każdy ma prawo mieć swoje zdanie i swoje wizje.
Do obliczania należności podatkowych nie potrzeba komputerów. Wystarczą kartka i ołówek oraz wiedza jak się tym posługiwać. Urządzenia mają tę dziwną własność, że powstają celem zautomatyzowania pewnych czynności, a nie celem tworzenia nowych filozofii. Tu zaczynają się ograniczenia wszelkich maszyn i urządzeń.
To jak postrzega świat jest związane z tym co zobaczył i co zdążył poznać, stykając się z różnymi sytuacjami.
Świat realny jest bardziej skomplikowany niż wirtualny świat definicji zero-jedynkowy. Ja znam ograniczenia komputerów, a nie tylko ich możliwości ograniczone pomysłowością użytkowników. I wiem też, że prawo entropii jasno predystynuje kierunek wszelkich rozwiązań. A w przypadku cyfryzacji administracji, jednym z parametrów jest urzędnik. A jak wiele artykułów w internecie i nie tylko ukazuje, ten urzędnik jest coraz mniej kompetentny, pomimo rosnącej liczby ułatwień dla jego pracy.

Osobiście powiem tylko, że Nigdy nie powierzę swego życia i dobytku bezwzględnie maszynom. Są zbyt podatne na usterki i błędy w bazach danych. Jeśli nie będę dysponował żadną kopią informacji na nośniku niezależnym od kaprysów urządzeń i systemów, to taka informacja dla mnie nie ma żadnej wartości! Życie ludzkie to nie tylko świat w monitorze. Ale zawsze można toto targać ze sobą i liczyć na to że nie ulegnie awarii bądź nie braknie zasilania, żeby dowodzić swoich praw nabytych.

Pozdrawiam

OVER

Czy zaraz musi chodzić o wiarę w pięczęć?

Witam.

Zapomniałem się odnieść do poniższego fragmentu.

Wydruk powinien być jedną z opcji informowania interesanta (nie ma obowiązku posiadania komputera), ale nie powinien nieść ze sobą wiary w pieczątkę.

Nic w mojej poprzedniej wypowiedzi nie sugeruje określenia "wiary w pieczątkę", a przynajmniej nie dostrzegam takiej konkluzji. Mniejsza jednak o to.
Jak napisałem wcześniej

Wniosek? Trzon dokumentów wręczanych interesantowi powinien opierać się na grafikach! Czyli interesant powinien otrzymywać obowiązkowo dwie wersje dokumentu. Elektroniczną do dalszego wykorzystania, o ile będzie posiadał zdolność ją wykorzystać. Oraz wydrukowaną celem pokazania wizualizacji w miejscach wymagających natychmiastowego okazania!

Urząd nie powinien mieć prawa informowania interesanta, a wręczać obydwie formy! Interesant płaci na tyle wysokie podatki, że to żadna uprzejmość ze strony urzędu, że wyda dwie wersje dokumentu (elektroniczną i drukowaną). Wersja elektroniczna powinna zawierać odwzorowanie graficzne dokumentu który został wydrukowany, do umożliwienia ponownego wydruku gdy zajdzie potrzeba. Urząd wydaje tylko jeden wydruk, pozostałe wykonanie druków to już koszt właściciela dokumentu. Jednocześnie identyczny dokument w wersji umożliwiający dalsze wykorzystanie do redagowania nowych pism w których niezbędne jest załączenie treści dokumentu w całości lub fragmentów. Ten plik może sobie trzymać urząd w swoich repozytoriach, ale pod warunkiem że będzie w 100% identyczny z wydrukiem. Czy urząd powinien przechowywać elektroniczną wersję kopii wręczonego wydruku? Nie mam zdania. Ale to już rozwiązania technologiczno-ogranizacyjne. Zagadnienie dla bieglejszych w tworzeniu procedur dokumentacyjnych.

Jak te dokumenty wykorzysta w przyszłości interesant, to sprawa tylko i wyłącznie interesanta! Ale przy takim podejściu, urząd

  1. Nie wyklucza cyfrowo kogoś bo w danym momencie nie miał komputera!
  2. Zawsze może wymagać wersji elektronicznej jako załącznika do formularza, bo interesant wersję cyfrową otrzymał!

Podobnie w przypadku np. wizyty u notariusza czy gdziekolwiek gdzie wskazanym byłoby przedstawić elektroniczną wersję. Wersję którą można w całości lub dowolnej części bez większego trudu zamieścić w nowo redagowanym piśmie.
Nie potrzeba żadnych dodatkowych zabiegów z wydrukowaną wersją dokumentu. A i wyszukiwanie tekstu nie jest problematyczne.
Jaki problem dostarczyć np. płytę DVD do notariusza? Nie potrzeba przynosić wydruku. Wydruk potrzebny jest tylko wtedy gdy nie ma żadnego czytnika w zasięgi ręki! Czyli tzw. okazanie doraźne! Czy nie warto ułatwiać ludziom życia zamiast je komplikować, pchając na siłę w jedynie słusznym kierunku? Kierunku, który jakże często życie pokazuje jak jest nieżyciowy.

To znów powstaje pytanie. W którym miejscu mojego poprzedniego wpisu pojawił się zapis sugerujący moje "myślenie papierowe"?
Zapewne to skutek tego, że widzę sprawy i zagadnienia inaczej czyli od strony ograniczeń ludzi i komputerów, a nie od strony wiary w wyższość rozwiązań czy przekonań o doskonałości świata cyfrowego. Ale to mało istotny element w dyskusji tutaj poruszanej.

Pozdrawiam.

Różni odbiorcy mają różne potrzeby

Przede wszystkim - są różni odbiorcy i różne potrzeby.
Dlatego nie ma jednego idealnego formatu udostępniania danych.
Dla "zwykłego" odbiorcy najlepszym formatem danych przestrzennych będzie (o ile to tylko możliwe) wektorowy pdf, a nie .jpg czy inny format rastrowy. Jest intuicyjny, nie wymaga żadnego nietypowego oprogramowania, pozwala na skalowanie obrazu, operacje na warstwach i łatwy wydruk.
Dla odbiorcy bardziej zaawansowanego czy wymagającego powinien to być GML lub plik rastrowy z georeferencją, a najlepiej żaden plik tylko usługa - WFS lub WMS.
Przysłowiowy Strażnik Miejski, jak już to zostało tu wspomniane, nie powinien niczego żądać od obywatela tylko sprawdzić stosowne dane on-line (to JEST realne - nawet teraz, co nie znaczy realizowane oczywiście).

P.S. AutoCAD nie służy do zapisywania danych przestrzennych!

Przygotowanie projektów proszę bardzo ale za używanie AutoCAD-a do danych przestrzennych (w sensie geograficznych) powinny być wymyślne i okrutne kary.

Co powinno być wiedzą raczej wszyscy, a co jest to widać!

Witam.

Nie będę wchodził w polemikę dlaczego np. Strażnik Miejski nie chce weryfikować on-line z centrum. Możliwe, że dlatego iż osoba poproszona o okazanie np. zezwolenia, które ma jedynie w wersji elektronicznej, nie jest w stanie podać znaku pisma. To czego ma szukać ten Strażnik? To iloma parametrami metadanych musiałoby zostać opisane np. takie zezwolenie aby było jednoznacznie wyszukiwalne w bazie danych dokumentów elektronicznych, na podstawie rozmowy ze Strażnikiem? Potrafi Pan odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie? Jak mniemam, także na tym parametrze wyłożyła się koncepcja cyfryzacji, którą usiłowano wdrażać.

A co do zastosowań różnych aplikacji. Jak to jest w życiu, to w wielu urzędach widać. Każdy używa to co lubi, albo to co zastał. Koncepcje cyfryzacji już były różne.

Dobrze, że dostrzegł Pan jeden aspekt. Oprócz standaryzacji formatów danych wymiany, niezbędna jest standaryzacja także aplikacji! Jednakże gdyby wyjść od standaryzacji aplikacji użytkowych stosowanych w urzędach, to problem formatów danych sam by się rozwiązał za jednym pociągnięciem! Bo każda aplikacja ma określony format własny i kilka pochodnych. Ciekawe dlaczego ustawodawca tego nie dostrzegł? A może zastosował technikę lub równoważne, co w sumie i tak sprowadza się do wskazania określonych produktów, ale w sposób sugerujący możliwość wyboru.

A tak na marginesie. Ilu urzędników jest omnibusami? No to co tu dywagować o "bardziej wymagających użytkownikach"? Dla takich użytkowników powinny być dostępne repozytoria w których są treści zwalidowane przez nie mniej "wymagających użytkowników"! A kwestia jak będą walidować i na podstawie jakich informacji, to kwestia organizacyjna infrastruktury przepływu danych.

Pozdrawiam.

Standaryzacja aplikacji

niezbędna jest standaryzacja także aplikacji!

Czy chodzi może o standaryzację prezentacji treści w danym formacie zarówno do edycji jak i do odczytu? Bo standaryzacji aplikacji sensu stricte nie mogę sobie wyobrazić bez tragicznych skutków ubocznych.

Polska mowa trudna (dla prawodawcy) mowa ?

Mamy w nowym rozporządzeniu zobowiązanie do przestrzegania zapisów specyfikacji WCAG 2.0, podobnie jak HTML, XML itd. Wraz ze stosownymi odwołaniami do angielskojęzycznych oryginałów.
Teraz pytanie - czy owe specyfikacje są częścią rozporządzenia czy też nie ?
Jeśli nie są to czy faktycznie obowiązują ? Jeśli zaś są, to jak się mają do: wymogu posługiwania się językiem polskim, publikowania aktu normatywnego w dzienniku urzędowym, gwarancji nienaruszalności tekstu, dostępności dla organów kontroli np. sądów ?
O ile inne specyfikacje są czysto techniczne (marne to wytłumaczenie ale zostawmy te przypadki) to WCAG 2.0 dotyczy także tych decyzji edycyjnych, które mogą/powinny być podejmowane na poziomie edytorskim serwisów www przez urzędników nie będących informatykami. Co więcej zapisy WCAG 2.0 nie słyną z klarowności, a żargon użyty w ich opisie sprawia kłopoty angielskojęzycznym z urodzenia webdeveloperom.
Jednym słowem koszmarna i IMHO bezprawna maniera "wynoszenia" poszczególnych zapisów rozporządzeń poza teksty ogłoszone w dzienniku urzędowym i "poza język polski", staje się coraz bardziej popularna.

Ożyteczność

Witam, czy w/w rozporządzenie dotyczy wszelakich BIPów miast, czy podpięte może zostać pod Stronę o danym mieście prowadzoną przez Biuro Promocji danego miasta?

Dziękuję z góry za odpowiedź, pozdrawiam

Piotr VaGla Waglowski

VaGla
Piotr VaGla Waglowski - prawnik, publicysta i webmaster, autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet. Członek Rady ds Cyfryzacji przy Ministrze Cyfryzacji, ekspert w Departamencie Oceny Ryzyka Regulacyjnego Ministerstwa Rozwoju, felietonista miesięcznika "IT w Administracji" (wcześniej również felietonista miesięcznika "Gazeta Bankowa" i tygodnika "Wprost"). Uczestniczył w pracach Obywatelskiego Forum Legislacji, działającego przy Fundacji im. Stefana Batorego w ramach programu Odpowiedzialne Państwo. W 1995 założył pierwszą w internecie listę dyskusyjną na temat prawa w języku polskim, Członek Założyciel Internet Society Poland, pełnił funkcję Członka Zarządu ISOC Polska i Członka Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Był również Członkiem Rady Informatyzacji przy MSWiA, członkiem Zespołu ds. otwartych danych i zasobów przy Komitecie Rady Ministrów do spraw Cyfryzacji oraz Doradcą społecznym Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej ds. funkcjonowania rynku mediów w szczególności w zakresie neutralności sieci. W latach 2009-2014 Zastępca Przewodniczącego Rady Fundacji Nowoczesna Polska, w tym czasie był również Członkiem Rady Programowej Fundacji Panoptykon. Więcej >>