O przygotowywanych założeniach ustawy "o otwartym dostępie do Internetu"

"Potrzebujemy ustawy o otwartym dostępie do Internetu. W sieci powinny się znaleźć bezpłatne treści kulturowe, edukacyjne czy naukowe. Musimy odpowiadać na potrzeby społeczeństwa sieciowego"

- Minister Michał Boni, w trakcie spotkania Okrągły Stół Szerokopasmowy, które odbyło się 17 września (w piątek). Wówczas też minister Boni miał powiedzieć, że projekt założeń ustawy zostanie przygotowany w ciągu 3-4 miesięcy. Cytat przywołany we wstępie pochodzi z artykułu Tomasza Boguszewicza, opublikowanego w Rzeczpospolitej pt.
Rząd: Szybciej budować infrastrukturę internetową.

Jeśli ustawa ma się nazywać "o otwartym dostępie do Internetu", to ja się obawiam, że po pierwszym artykule, w którym proklamuje się "otwarty dostęp" (nawet, jeśli nie zrobi się błędu w definiowaniu internetu, który - jak uważam - nie nadaje się do normatywnej definicji, więc już na tym etapie zachodzę w głowę czego będzie taki projekt dotyczył), to w kolejnych artykułach ustawy zacznie projektować się wyjątki od zasady. A nawet jeśli te wyjątki nie pojawią się w pierwszej wersji ustawy, to może w nowelizacji, albo przepisach szczególnych (w odrębnych ustawach).

W każdym razie jestem nieco zaniepokojony propozycją przygotowywania takiej ustawy, zwłaszcza, że nie widzę powodu, dla którego nagle ktoś postanowił położyć na stole taką propozycję. Czy chodzi o wybory? Być może chodzi nie o wybory, tylko o nadanie nieco bardziej atrakcyjnej nazwy ustawie w sferze, która miałby być polskim pomysłem na prezydencję w Radzie UE, a więc w kwestiach "utworów osieroconych" (por. Duża, kompleksowa nowelizacja prawa autorskiego i utwory osierocone)?

Jeśli chcemy mieć bardziej otwarty dostęp do "treści kulturowych", to powinniśmy zmodyfikować przepisy ustawowe, które np. w sferze praw autorskich i praw pokrewnych (w tym w sferze sui generis ochrony baz danych) przewidują monopole (prawa wyłączne); powinniśmy zmodyfikować przepisy dot. zamówień publicznych, by państwo i inni zobowiązani do stosowania tych przepisów mieli obowiązek takiego zawierania umów, by nabyte za pieniądze publiczne "dobra kultury" mogły bez przeszkód przejść do domeny publicznej (do domeny publicznej, nie zaś jedynie być udostępnione, ale wciąż pod monopolem przysługującym np. państwu lub jego jednostkom organizacyjnym). Powinniśmy powstrzymać się od wsadzania do systemu prawnego tak nieszczęsnych przepisów, jak art. 15a. ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, który - wbrew aksjologii prawa autorskiego - czasowo blokuje możliwość autorom decydowanie o korzystaniu ze swoich utworów, przyznając (chociaż bez sankcji za ignorowanie) pierwszeństwo w opublikowaniu pracy dyplomowej studenta uczelniom. Mam już kolekcje podpisów dziekanów i rektorów, których absolwenci wzywali do wykonania prawa pierwszeństwa w publikacji (przepisy nie mówią, że studentowi nie przysługuje prawo do wynagrodzenia), by mogli oni potem opublikować prace w dziale prace magisterskie niniejszego serwisu zaraz po jej obronie.

Czy brak ustawy "o otwartym dostępie do Internetu" w zakresie, w jakim taka ustawa miałaby wspierać łatwiejsze rozpowszechnianie "bezpłatnych treści kulturowych, edukacyjnych czy naukowych", jest nam potrzebna? Moim zdaniem nie jest. A rząd raczej - taką stawiam ostrożną tezę - nie podejmie się liberalizacji przepisów wprowadzających monopole i wyłączności informacyjne. Trend jest raczej przeciwny.

W każdym razie: moje synapsy odpowiedzialne za przekazywanie bodźców o zagrożeniu stają zwykle "na baczność", gdy w jakiejkolwiek ustawie, a zwłaszcza w projekcie tytułu takiej ustawy, pojawia się słowo "internet". Praktyka pokazuje, że nie wróży to zwykle nic dobrego.

Podobne materiały gromadzę w dziale cytaty niniejszego serwisu.

Opcje przeglądania komentarzy

Wybierz sposób przeglądania komentarzy oraz kliknij "Zachowaj ustawienia", by aktywować zmiany.

Prestidigitacja?

Mam takie podejrzenie graniczące z pewnością, że ustawowe dekretowanie wolności w dostępie do Internetu skończy się ustawową definicją dostępnej wolności sieciowej. Wszystko poza definicją będzie można ścigać uznaniowo wedle aktualnego zapotrzebowania (np. na newsa dla mediów). Doskonałe umocowanie dla nadawców łaknących mówienia nam co mamy, a czego nie wolno nam oglądać.

Czy ta "wolnościowa" ustawa nie ma aby czasem legitymizować kuchennymi drzwiami kapturowych umizgów do ACTA i niechęci do zmian archaicznych regulacji dotyczących prawa autorskiego?

tommy
_____ http://www.put.poznan.pl/~tomasz.kokowski

Prawdopodobnie skończy się

Prawdopodobnie skończy się tak jak z obecną ustawą o Swobodzie Prowadzenia Działalności Gospodarczej - która w porównaniu do ustawy Wilczka daje tych swobód znacznie mniej.

Piotr VaGla Waglowski

VaGla
Piotr VaGla Waglowski - prawnik, publicysta i webmaster, autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet. Członek Rady ds Cyfryzacji przy Ministrze Cyfryzacji, ekspert w Departamencie Oceny Ryzyka Regulacyjnego Ministerstwa Rozwoju, felietonista miesięcznika "IT w Administracji" (wcześniej również felietonista miesięcznika "Gazeta Bankowa" i tygodnika "Wprost"). Uczestniczył w pracach Obywatelskiego Forum Legislacji, działającego przy Fundacji im. Stefana Batorego w ramach programu Odpowiedzialne Państwo. W 1995 założył pierwszą w internecie listę dyskusyjną na temat prawa w języku polskim, Członek Założyciel Internet Society Poland, pełnił funkcję Członka Zarządu ISOC Polska i Członka Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Był również Członkiem Rady Informatyzacji przy MSWiA, członkiem Zespołu ds. otwartych danych i zasobów przy Komitecie Rady Ministrów do spraw Cyfryzacji oraz Doradcą społecznym Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej ds. funkcjonowania rynku mediów w szczególności w zakresie neutralności sieci. W latach 2009-2014 Zastępca Przewodniczącego Rady Fundacji Nowoczesna Polska, w tym czasie był również Członkiem Rady Programowej Fundacji Panoptykon. Więcej >>