Wielu chętnych do jednej domeny

System nazw domen internetowych w Polsce jest w pewien sposób niezależny od organizacji państwowej jako takiej. Adres zasobu w globalnej Sieci jest zaś - co do zasady - dostępny w innych państwach...

Jak znaleźć w Sieci jakiś zasób? Najlepiej podać jego adres, przy czym adres powinien być niepowtarzalny. Cztery liczby oddzielone kropkami, stanowiące numer IP danego serwera trudno zapamiętać, dlatego ktoś wpadł na pomysł, by na istniejący system nałożyć inny - system nazw domen internetowych. O ile konflikty prawne dotyczące numerów IP należą do rzadkości (i nawet Szatan nie może mieć pretensji, gdyż w tych numerach nie pojawiają się liczby powyżej 255, wobec czego nie jest możliwe umieszczenie w takim numerze mrożących krew w żyłach trzech szóstek), to istnieje sporo problemów natury prawnej ze stosowaniem ciągów znaków alfanumerycznych w adresach domen. Wynika to z prostej ludowej zasady. Zgodnie z nią: "niejednemu psu Burek na imię".

Zacznijmy od seksu. Nie da się ukryć, że treści związane z seksualnością człowieka w Internecie dostępne są w dużej obfitości, wywołują jednak wiele kontrowersji. Zainteresowanie tymi treściami jest również olbrzymie, o czym świadczą wyniki badań najbardziej popularnych słów wyszukiwawczych (query) zadawanych internetowym wyszukiwarkom czy inne badania, pokazujące, czym się zajmują pracownicy w czasie pracy. Seks to (za Słownikiem języka polskiego PWN) ogół spraw związanych z życiem płciowym; atrakcyjność pod względem płciowym, zespół cech wzbudzających pociąg płciowy u osoby płci przeciwnej. Seks w Internecie to wielka gałąź tak zwanej gospodarki elektronicznej (czy jak chcą niektórzy: e-commerce). Kto powinien prowadzić serwis internetowy pod domeną, która symbolizuje rozwój ludzkości?

W 2001 roku sąd okręgowym w San Jose w Kalifornii wydał wyrok w sprawie domeny "sex.com". Sędzia James Ware w swoim orzeczeniu stwierdził, że prawa do spornej domeny należą do Garyego Kremena i zasądził na jego korzyść od Stevena Cohena 25 milionów dolarów odszkodowania za poniesione straty, oraz 40 miliony dolarów z tytułu odszkodowania za utracone korzyści (razem 65 baniek). Cohen był abonentem domeny przez 5 lat, a sąd uznał go winnym fałszerstwa cesji praw do spornej domeny. Na podstawie spreparowanej cesji rejestrator bez zgody wcześniejszego abonenta, przeniósł prawa do domeny na fałszerza. Jak to się mogło stać? Jak tylko Kremem odzyskał domenę postanowił dochodzić swoich roszczeń od rejestratora (przy czym firma Network Solutions, która na podstawie fałszywej cesji przekazała delegację domeny nieuprawnionemu jest już w tym czasie własnością VeriSign). Sprawa trafiła do Dziewiątego Okręgowego Sądu Apelacyjnego USA, który stanął przed trudnym zadaniem: orzec o granicach odpowiedzialności rejestratora domen, który - być może - ze względu na niedołożenie należytej staranności, naraził prawowitego abonenta na szkody. Kremen domaga się odszkodowania od rejestratora. Równolegle sąd odrzucił apelację Cohena, który domagał się unieważnienia wyroku zasądzającego odszkodowanie na rzecz prawowitego abonenta domeny. Bezpośrednia przyczyną odrzucenia apelacji był fakt, że zainteresowany nie stawił się w sądzie by popierać swoje roszczenia - przebywał w Meksyku... Wreszcie, po sześciu latach wszelakich sporów prawnych Kremen zawarł ugodę z VeriSign. Jak wynika z przebiegu sprawy i doniesień dotyczących ugody - rejestrator domeny ponosił taką samą odpowiedzialność za kontrakt jak w innych sferach gospodarki, w szczególności powinien sprawdzić kto dokonuje cesji, czy istotnie osoba, która się do niego zgłasza jest do tego uprawniona, a dokumenty, które przesyła nie są fałszywe. Każdy student prawa wie (bo wykuł na pamięć łacińską premię nemo plus iuris ad alium transferre potest, quam ipse habet), że nie można przenieść na drugiego więcej praw, niż samemu się posiada.

Jak powiedziano na wstępie: seks to w Internecie wielki biznes. Z wielkim biznesem może być związane dysponowanie ciekawym i rozpoznawalnym oznaczeniem domenowym. Mówi się również, że i polityka często łączy się z biznesem, a na styku polityki, seksu i domen internetowych pojawia się serwis whitehouse.com. Pod tym adresem znaleźć można interesujący przykład serwisu dla dorosłych, który jak do tej pory (od jego powstania w roku 1997, a mamy koniec 2004 roku) odwiedziło już 85 milionów osób. Są tacy, którzy na przykładzie powyższego serwisu chcieliby wskazywać fakt istnienia tak zwanego piractwa domenowego. Dlaczego jednak piętnować egzystencję serwisu tylko dlatego, że istnieje pod domeną kojarzącą się z nazwą siedziby prezydenta USA? Wszak to tylko dwa słowa - "biały dom". Mój dom też jest biały, czy to może uzasadniać tezę, iż administracja Stanów Zjednoczonych bezprawnie zawłaszczyła sobie nazwę dla siedziby przywódcy ostoi światowej demokracji? A co, gdy ktoś w swojej działalności i dla swojego wyróżnienia zacznie używać innych słów, które można znaleźć w każdym słowniku (na przykład "wielki" albo "twardy")?

A skoro o prezydentach mowa: oficjalny serwis Prezydenta RP znajduje się pod adresem prezydent.pl, przy czym domena ta zarejestrowana jest przez prywatną osobę. W wyniku prostej operacji: sprawdzenia efektów wyszukiwania WHOIS w wyszukiwarce NASK dowiadujemy się, iż "Domena prezydent.pl istnieje", a to wedle zasad opublikowanych na stronach NASK oznacza, iż domena ta zarejestrowana jest przez osobę fizyczną (jej dane nie są ujawniane ze względu na ochronę danych osobowych). Co stanie się po zakończeniu kadencji obecnego prezydenta? Być może wskazówki udzieli przykład z Francji. Oto w 2003 roku wygasło prawo wynikające z umowy z rejestratorem nazwy domenowej "chiracaveclafrance.net", którą zarejestrował prezydent Francji Jacques Chirac. Pod tą domena istniał serwis internetowy, założony rok wcześniej podczas kampanii Chiraca o reelekcję. Po wygaśnięciu prawa - domenę przejęła amerykańska organizacja United Service Organisations (USO). USO jest organizacją charytatywną, działającą pod patronatem prezydenta USA i Departamentu Obrony, i opiekuje się personelem wojskowym. Pikanterii nadaje fakt, że wszystko to stało się 31 marca, a więc 11 dni po wybuchu wojny irackiej. W Stanach Zjednoczonych Jacques Chirac nie miał dobrej prasy z racji swego sprzeciwu wobec tej wojny.

Domeny, domenami, a wszak spór może dotyczyć subdomeny. Subdomeną jest "mswia" w domenie "gov.pl" jak i "www" w domenie "warszawa.pl", a skoro o Warszawie mowa: pojawił się spór, który dotyczy istotnej kwestii: czy można być odrębnym dysponentem subdomeny "www" w ramach istniejącej domeny regionalnej? Kto powinien móc rejestrować domeny zawierające nazwy regionów, miejscowości, nazw geograficznych? A jeśli w nazwie występują polskie znaki diakrytyczne czy należy rozciągnąć na nazwy geograficzne zasady przeciwdziałania konfuzji ze znaków towarowych? Nie ma chyba takiego miasta jak czestochowa (bez "ę"), a domena "czestochowa.pl" istnieje... Przypomnę jeszcze sprawę subdomeny "www" w "tatry.pl" - gdzie jednym z zainteresowanych była ta sama osoba fizyczna, która dysponuje adresem www.warszawa.pl: Artur G. Tymczasem na konferencji "Ratusz w służbie mieszkańcom", która odbyła się w listopadzie 2004 roku, samorządowy i informatycy zastanawiali się nad tym, jaki powinien być adres strony internetowej urzędu miasta: www.warszawa.pl czy www.um.warszawa.pl?

Coraz głośniej mówi się o potrzebie ujednolicenia nazw miejskich stron internetowych, jednak z drugiej strony mamy takie regulacje jak Rozporządzenie Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji z dnia 17 maja 2002 r. w sprawie Biuletynu Informacji Publicznej. Rozporządzenie to stwierdza w § 3, m.in. że dostęp do informacji publicznych zawartych w Biuletynie jest możliwy poprzez stronę główną Biuletynu posiadającą adres URL - www.bip.gov.pl. Problem w tym, że abonentem domeny, a tym samym zarządzającym subdomenami w domenie "gov.pl" jest Instytut Podstawowych Problemów Techniki Polskiej Akademii Nauk, zaś podmiotem zarządzającym rejestrem nazw internetowych w domenie ".pl" jest Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa (NASK). W ten sposób akt normatywny nałożył de facto pewne obowiązki na te podmioty, przy czym jednocześnie prawodawca myli podstawowe pojęcia znane powszechnie przez aktywnie uczestniczących w tworzeniu zasobów internetowych i technicznych zasad działania Internetu. Wedle definicji znajdujących się w przywołanym rozporządzeniu: adres URL to "adres wskazujący lokalizację strony głównej lub podmiotowej strony Biuletynu w sieci teleinformatycznej (adres strony www)". Jednak wedle standardów takich jak RFC 1738 - "URL" to skrót od Uniform Resource Locators i dotyczy nie tylko stron w sieci World Wide Web, ale również adresowania innych zasobów Internetu (NNTP, FTP, etc.). Jeśli PAN byłby takim samym abonentem domeny "gov.pl" jak ja domeny "vagla.pl", to, gdyby ktoś kiedyś zapomniał (przez przypadek) zapłacić fakturę za "rządową domenę", ktoś inny teoretycznie mógłby ją zarejestrować. Tylko czy udałoby się to osobie fizycznej (ewentualnie: spółce prawa handlowego, lub innemu podmiotowi mającemu lub nie mającemu osobowość prawną), która chciałaby zacząć rozwijać szeroko pojęty e-government w Polsce, czy też napotkałaby ona na jakieś przeszkody? Co stałoby się z aktualnym serwisem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji lub Trybunału Konstytucyjnego? Jest jednak inaczej. Nie da się zarejestrować domeny "gov.pl". Ta została "oddana" Polskiej Akademii Nauk, a NASK (jak słyszałem) nie pobiera za nią opłat.

Wydaje się normalne, że każdy może zarejestrować wolną domenę. Jeśli kiedyś pod jakimś adresem domenowym istniał internetowy serwis, a prowadzący go zrezygnował następnie z danego adresu - może się zdarzyć, iż ktoś inny postanowi zostać abonentem tej nazwy. Ze swoich adresów zrezygnowały znane w Polsce i popularne serwisy: Podkarpackiego Centrum Edukacji Nauczycieli w Rzeszowie, czy - po reformie systemu opieki zdrowotnej - nieistniejące już kasy chorych. Od razu znalazł się ktoś, kto postanowił interesujące adresy wykorzystać. Dlatego i Narodowy Fundusz Zdrowia, i Centrum Edukacji skierowały sprawy do prokuratury, a ta wszczęła postępowania. Czy rezygnowanie z adresu domenowego można oceniać z punktu widzenia paremii volenti non fit iniuria? W powyższych sprawach prokuratura rozważała jednak, czy nie doszło do popełnienia przez nowych abonentów domen przestępstwa narzucenia treści pornograficznej, gdyż znajdujące się tam nowe serwisy (delikatnie mówiąc) nie nadawały się do pokazania dzieciom. W chwili pisania tych słów pod adresem "kasa-chorych.bydgoszcz.pl" znajduje się anons informujący, iż ta domena jest wystawiona na sprzedaż.

Po dwóch latach sądowych przepychanek, w październiku 2003 roku, strony procesu o prawo do domen internetowych "centrumjanki.pl" i "centrumjanki.com.pl" doszły do porozumienia. Spór dotyczył prawa do domen zarejestrowanych przez firmę First Press. Spółka Centrum Handlowe Janki, prowadząca w Jankach koło Warszawy gigantyczne centrum handlowe zarzuciła First Press, że rejestracja tak nazwanych domen jest czynem nieuczciwej konkurencji oraz stanowi również naruszenie dóbr osobistych przez tzw. cybersquatting. Sprawa ciągnęła się dwa lata, a potem na jednej z rozpraw strony zgodnie wystąpiły o zawieszenie postępowania. Dogadali się, ale czy uwzględnili prawa samorządu terytorialnego z Janek... W Polsce mamy jednak wyrok sądu powszechnego z 22 czerwca 2004 roku w sprawie domen wykorzystujących słowo "microsoft" (co stanowi zbitek angielskich słów: "mały", a chyba raczej "mikroskopijny" i "miękki"). Czytamy tam: "Sąd Okręgowy w Łodzi X Wydział Gospodarczy (...) Zakazuje (...) prowadzącemu działalność gospodarczą jako "Microsoft" w Łodzi używania w nazwach domen internetowych oraz w oznaczeniu firmy, pod którą prowadzi działalność gospodarczą słowa 'MICROSOFT'". Zdaniem sądu dysponent spornych domen dopuścił się przeciwko powodom (Microsoft Sp. z o.o. oraz Microsoft Corp.) czynu nieuczciwej konkurencji oraz naruszył prawa do firmy oraz prawa do przysługujących powodom znaków towarowych. Na prywatnej stronie pozwanego (Roberta R.) jest wpis datowany na 28 lipca 2004 roku, o treści: "Do Sądu Okręgowego w Łodzi został zgodnie z utrzymaniem terminu wniesiony sprzeciw od wyroku zaocznego z dnia 22 czerwca 2004 r". Cóż. Może się okazać, że w przypadku ochrony znaków renomowanych nie można się powoływać na rejestrację innego znaku dla innej działalności lub na innym terytorium (pozwany zajmował się handlem ziołami).

Ale problem z domenami nie dotyczy tylko znaków towarowych. W 2003 roku w sprawie Société Air France v. Alvaro Collazo arbitraż WIPO wydał wyrok na rzecz Air France. Sporna domena to arifrance.com i jej zarejestrowanie przez pozwanego jest przykładem na praktykę nazwaną typosquatting - czyli celowej literówki... Konsekwencje stosowania podobnych domen wykraczać może poza problematykę ochrony znaków towarowych i mogą być znacznie poważniejsze. Pokazuje to dobitnie inny przykład: Norweska firma Kvaerner ASA jest abonentem domeny kvaerner.com, zaś niejaki Brynjar Steinsoy domeny do złudzenia podobnej: kvearner.com. Wszystko byłoby ok, gdyby Steinsoy nie otrzymywał poufnych danych skierowanych do Kvaerner ASA, które wraz z kolegą czytał. Powstał spór, który znalazł finał w sądzie. Sąd stwierdził, iż przez odczytanie poczty do niego nieadresowanej Steinsoy nielegalnie wszedł w posiadanie tajemnicy handlowej firmy. Steinsoy został również skazany za szantaż. Próbował sprzedać firmie zarówno nazwę domenową jak i pozyskane informacje (sporo osób robiło błędy w adresie poczty elektronicznej, no i ta poczta trafiała do innych skrzynek; zastanawialiście się państwo gdzie trafi poczta elektroniczna błędnie zaadresowana do was?). W innej sprawie, w 2003 roku agenci federalni aresztowali piędziesięciotrzyletniego Johna Zuccarini, który tworzył serwisy internetowe w ten sposób, że przekierowywał szukających informacji o Disneylandzie czy teletubisiach do zasobów pornograficznych... Skala zjawiska była taka, iż ze swojej działalności potrafił uzyskać milion dolarów rocznie... Również w tym przypadku trick polegał m.in. na rejestrowaniu domen z przestawionymi literami. Ktoś robi literówkę wpisując adres domeny, a potem już tylko tysiące otwierających się pop-upów reklamowych, nowych okien i innych reklam, zanim użytkownik zdąży "zamknąć" cokolwiek. To pierwszy przypadek w USA uruchomienia postępowania na podstawie przepisów stwierdzających, iż używanie zwodniczego (wprowadzającego w błąd) adresu internetowego pozwalającego dzieciom dotrzeć do treści pornograficznych jest przestępstwem. Pewnie znaleźli się i tacy, którzy w przedstawionej praktyce dopatrzyli się już przejawów cyberterroryzmu. Podpowiem jak to można nazwać per analogiam do literówki: literroryzm (skoro można mówić o piractwie domenowym, dlaczego nie mówić o domenowym terroryźmie?).

A co zrobić, gdy narusza się prawa do domeny, ale nie przez zarejestrowanie jej przez nieuprawnionego lecz w inny sposób? Amerykański wydawca Penguin Putnam Inc. wydał książkę nastolatki Katie Tarbox. Książka zatytułowana "Katie.com" opisuje doświadczenia autorki z sieciowymi pedofilami. Jednak domena taka (tożsama z tytułem książki) istniała, a jej dysponentem była (i jest) zamieszkała w Wielkiej Brytanii Katie Jones. Prawowita abonentka domeny domagała się naprawienia szkód wyrządzonych przez jej bezprawne użycie. Obecnie mamy więcej informacji: Penguin nie chce przeprosić Jones za wykorzystanie w tytule publikacji nazwy domeny, powołując się na wolność słowa. Jones pisze otwarte listy, w których alarmuje: Penguin jest gigantyczną korporacją, a ona młodą kobietą; Korporacja nie może "tak sobie" wykorzystywać domeny, którą ona dysponuje (wydawnictwo wiedziało, że wykorzystuje w tytule adres domenowy, do którego prawa przysługiwały komuś innemu). Tarbox ostatnio częściej wypowiada się w amerykańskiej telewizji, co powoduje zaognienie sporu. Jej adwokat zwrócił się do Jones, by ta przeniosła na Tarbox prawa do oznaczenia. Ciekawa sprawa... Wedle komentatorów: Penguin za pomocą tytułu książki upowszechnił "markę" (brand) Katie.com, mając pełną świadomość, że nie należy ona do wydawnictwa, teraz zaś sugeruje, że Jones nie może przenieść praw do domeny na osobę trzecią, gdyż domena ta na trwale związana jest z wydawnictwem i tytułem książki.

Z wielu stron padają stwierdzenia, że w Polsce nie ma norm prawnych regulujących kwestie związane z istnieniem adresów domen internetowych. Gdyby w istocie nie było w tej sprawie regulacji - na jakiej podstawie orzekałyby sądy? Postępowanie przed sądem podlega kontroli instancyjnej. Sąd w oparciu o znajomość stanu faktycznego, dzięki kontradyktoryjności procesu waży racje stron w procesie cywilnym. Czy naruszono dobra osobiste innej osoby? Czy miał miejsce delikt nieuczciwej konkurencji? Czynem nieuczciwej konkurencji jest działanie sprzeczne z prawem lub dobrymi obyczajami, jeżeli zagraża lub narusza interes innego przedsiębiorcy lub klienta. Krąg podmiotów mogących zgłaszać roszczenia związane z nieuczciwą konkurencją jest jednak ograniczony. W przypadku sporów dotyczących domen internetowych konkurować będą ze sobą przepisy dotyczące ochrony znaków towarowych, zapobieganiu nieuczciwej konkurencji, ochrony dóbr osobistych, prawa do firmy czy tytułu prasowego, nazwiska czy pseudonimu. Sąd rozważyć musi, które z godnych ochrony przez system prawny dóbr zostało naruszone. Będzie musiał stwierdzić, któremu z tych dóbr przysługuje pierwszeństwo w ochronie. W moim odczuciu - im bardziej ogólne normy prawne - tym lepsze prawo dotyczące Internetu. Oczywiście problemem jest brak doświadczeń czy wiedzy wymiaru sprawiedliwości w przedmiocie działania Internetu. Jednak coraz więcej spraw trafia do sądu i z czasem ukształtuje się linia orzecznicza. W tym zakresie jestem optymistą. Do sądów trafia również kolejne pokolenie sędziów wychowanych przy klawiaturze komputera, powstają również sądy polubowne, które szybciej niż sądy powszechne, a także z większym rozeznaniem w przedmiocie sporu mogą taki spór rozstrzygnąć. Na podstawie art. 697 kpc: strony w granicach zdolności do samodzielnego zobowiązywania się mogą poddać pod rozstrzygnięcie sądu polubownego jedynie spory o prawa majątkowe, z wyłączeniem jednak sporów o alimenty i ze stosunku pracy.

W Polsce rozwija się e-commerce, a obok "handlu" domenami, pojawił się tu inny proceder. Niektórzy dostawcy Internetu, czyli firmy ISP (Internet Service Provider), "przywłaszczają" sobie prawa do domen klientów, utrzymywanych na swoich serwerach. Może z czasem i w Polsce pojawią się próby zmiany nazwiska, tylko po to, by wykazać, iż istotnie ma się prawo do danego oznaczenia (co miało już miejsce w USA, gdzie student zmienił nazwisko na nazwę uczelni). Problemów związanych z tematem domen internetowych jest sporo i - jak się wydaje - więcej jest pytań niż odpowiedzi. Być może warto stworzyć jasne normatywne zasady funkcjonowania systemu adresowania zasobów w Sieci (nie tylko nazw domen internetowych). Sprawa jest skomplikowana. System nazw domen internetowych w Polsce jest w pewien sposób niezależny od organizacji państwowej jako takiej. Adres zasobu w globalnej Sieci jest zaś - co do zasady - dostępny w innych państwach. Adresowanie takie przekracza granice. Jest też inny problem: przed sądem powszechnym spory mogą trwać znacznie dłużej, niż okres, na który zarejestrowano określone oznaczenie...

Opcje przeglądania komentarzy

Wybierz sposób przeglądania komentarzy oraz kliknij "Zachowaj ustawienia", by aktywować zmiany.

domeny regionalne

W 3 lata po bezproblemowym wywłaszczeniu Artura Grzymały z tatry.pl i www.tatry.pl aż się dziwię, że z subdomenami "www." w domenach regionalnych nie ma porządku. Jeżeli gmina/miasto/województwo (władza państwowa) nie ma ochoty/potrzeby zagospodarowania XXX.pl i www.XXX.pl, to na mój gust lepiej, żeby one przekierowywały do strony NASK-u. Mnie osobiście rozrzewniło ostatnio wypracowanie na www.olsztyn.pl.

Piotr VaGla Waglowski

VaGla
Piotr VaGla Waglowski - prawnik, publicysta i webmaster, autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet. Członek Rady ds Cyfryzacji przy Ministrze Cyfryzacji, ekspert w Departamencie Oceny Ryzyka Regulacyjnego Ministerstwa Rozwoju, felietonista miesięcznika "IT w Administracji" (wcześniej również felietonista miesięcznika "Gazeta Bankowa" i tygodnika "Wprost"). Uczestniczył w pracach Obywatelskiego Forum Legislacji, działającego przy Fundacji im. Stefana Batorego w ramach programu Odpowiedzialne Państwo. W 1995 założył pierwszą w internecie listę dyskusyjną na temat prawa w języku polskim, Członek Założyciel Internet Society Poland, pełnił funkcję Członka Zarządu ISOC Polska i Członka Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Był również Członkiem Rady Informatyzacji przy MSWiA, członkiem Zespołu ds. otwartych danych i zasobów przy Komitecie Rady Ministrów do spraw Cyfryzacji oraz Doradcą społecznym Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej ds. funkcjonowania rynku mediów w szczególności w zakresie neutralności sieci. W latach 2009-2014 Zastępca Przewodniczącego Rady Fundacji Nowoczesna Polska, w tym czasie był również Członkiem Rady Programowej Fundacji Panoptykon. Więcej >>