Jest tych znaków nie tak dużo...

Chińskie, starożytne przekleństwo brzmi - obyś żył w ciekawych czasach. Nastały czasy, w których biznes puszcza perskie oko do reżimu, ten się dogaduje z ostoją demokracji w przeddzień globalnej wojny podażowej, zaś ostoja demokracji ogranicza biznes na własnym podwórku. Kto by się oglądał na moralność społeczną, gdy do zarobienia jest kasa?

Wolność słowa ma pewne ograniczenia, a organizacja państwowa jest suwerenem w obszarze swoich granic. Zarówno realnych jak i wirtualnych. Władze Chińskiej Republiki Ludowej ograniczają swoim obywatelom dostęp do internetu i swobodną wymianę myśli. W czerwcu 2005 roku na łamach Rzeczpospolitej żyjący na uchodźctwie Ma Jian, autor słynnych pamiętników "Red Dust" (Czerwony Pył) oraz kilku powieści pisze w artykule "Chińska internetowa dyktatura": "Chiny są połączone ze światową siecią WWW od jedenastu lat - i od jedenastu lat "zapory ogniowe", które okazały się bardziej praktyczne i trudniejsze do sforsowania niż berliński mur, ograniczają dostęp do Internetu". Opisując mechanizm "Złotej tarczy", jako największej inwestycji w ideologię Chińskiej Partii Komunistycznej Jian konkluduje, że w jego opinii jest to ostatni wielki ruch w tej grze, który poprzedza upadek partii. Ponownie nawiązuje tu do muru berlińskiego - takie ograniczenia internetu, są jego zdaniem technicznie sprawne, ale "bronią sprawy nie do obrony i podtrzymują to, czego podtrzymać się nie da".

Ten tekst jednak nie do końca poświęcony jest chińskiej informacyjnej dyktaturze. Oczywiście to ważne, że władze chińskie surowo egzekwują obowiązek rejestracji wszystkich działających w tym kraju stron internetowych i blogów (czym realizują postulat powszechnej identyfikacji wszystkich internetowych wydawców - również osób fizycznych). W niektórych częściach świata powszechną wiedzą jest to, że w Chinach pełną parą funkcjonuje cenzura internetowych gier, masowe filtrowanie i przeglądanie prywatnej poczty, ograniczanie dostępu do infrastruktury. Tym razem chciałem jednak zastanowić się nad kooperacją gospodarczą w skali globalnej. A Chiny są istotnym uczestnikiem tej gry.

Żyje tam ponad miliard ludzi. Gospodarka Chińskiej Republiki Ludowej jest uznawana za jedną z najszybciej rozwijających się. Presji podaży generowanej przez tą gospodarkę, gdzie wynagrodzenie robotnika jest dziesięć razy niższe od tego, wypłacanego w Europie, ulegają również Stany Zjednoczone Ameryki. Media informują o poważnych kryzysach związanych z zalewem rynków tanimi chińskimi tekstyliami, butami, truskawkami. Chińczycy ogłosili, że mogą sprzedawać w Europie nowe samochody w cenie tysiąca euro. Takiemu ciśnieniu nie podołają firmy operujące w warunkach znacznie wyższych kosztów prowadzenia działalności. Wiele firm już się wykruszyło. Poddani presji przedsiębiorców - politycy wymieniają przymilnie uściski. Trzeba jakoś zaradzić tej sytuacji.

Z drugiej strony - wejście na rynki chińskie stanowi dla wielu kuszącą perspektywę. Co z tego, że tłamsi się tam prawa człowieka? Pieniądz nie śmierdzi. A ceną za możliwość uczestniczenia w podziale chińskiego popytowego tortu musi być ukłon w kierunku oficjalnych władz. Trzeba pójść na układ, albo zapomnieć o chińskich pieniądzach (choćby inwestycje miały się zwrócić dopiero w dłuższej perspektywie czasu).

Początki były trudne. Google - jedna z najpopularniejszych wyszukiwarek na świecie - była "wyłączana" przez władze chińskie kilkukrotnie. Wiadomo, o co chodzi. Skoro serwis działa jako wyszukiwarka, to wyszukuje również takie hasła jak "wolność słowa", "prawa człowieka" czy "Plac Niebiańskiego Spokoju" (Tienanmen) i "Falun Gong". Co prawda Sergey Brin z Googla w wywiadzie udzielonym Playboyowi twierdził w 2004 roku, że władze chińskie nigdy nie kierowały pod adresem wyszukiwarki żadnych roszczeń cenzorskich. Na pytanie: co Google by zrobił, gdyby musiał dokonać wyboru - albo wprowadzenie cenzury, albo wyłączenie chińskiego serwisu? - przedstawiciel Googla odpowiedział mętnie, że w wielu przypadkach polityka "nie bądź zły" (ang. "Don't be evil" policy) prowokuje dyskusje na temat tego, czym dokładnie jest to "zło", o którym mowa. Potem jeszcze zdanie, czy dwa o tym, że informacja i możliwość jej wyszukania ma sporą wartość oraz o tym, że Google często ratowało ludziom życie...

Tymczasem 8.2 miliona stron internetowych poświęconych Britnej Spears nie jest dostępnych dla Chińczyków za pomocą tamtejszej wyszukiwarki Google. Nie chcę tu oceniać, czy te materiały są czy nie są wartościowe, nie chciałbym się również odnosić do twórczości tej pani. Chodzi o to, że na początku 2005 roku organizacja OpenNet Initiative opublikowała wyniki badań, które obrazują na jaką skalę blokowane są przez chińskie władze treści w internecie. Raport "Internet Filtering in China in 2004-2005: A Country Study" opisuje również zadziwiające wyniki wyszukiwania za pomocą mechanizmów Googla. Problem nie dotyczy wyłącznie tego serwisu. Spotkamy się z nim analizując działanie chińskiej wersji serwisu Alta Vista, Yachoo!, AOL...

Wreszcie na początku 2005 roku media podały, iż do grona "współpracujących" z totalitarnym reżimem firm dołączył Microsoft. A chodziło o możliwość kategoryzowania i indeksowania blogów internetowych. Internet obiegły screenshoty panelu administracyjnego portalu MSN Spaces, w którym chińscy użytkownicy mają zablokowaną możliwość kategoryzacji tekstów przy użyciu słów takich jak "niepodległość Tybetu", "demokracja" czy "prawa człowieka". Przy próbie takiego skategoryzowania treści napotykają komunikat: "Ta pozycja nie może zawierać zakazanych treści. Prosimy skorzystać z innego doboru słów kluczowych". Poprosiłem przedstawicieli Microsoft o skomentowanie tych doniesień. Jednak dział PR pozostawił sprawę bez komentarza.

Co z tego wszystkiego wynika? Być może Ma Jian ma rację i "Złota tarcza" niebawem runie. Ten kto wcześniej zdobędzie przyczółki na rynku, na którym trzeba będzie obsłużyć informacyjnie ponad 1/6 ludzkości świata, wcześniej będzie mógł z błogim uśmiechem przyglądać się swoim rachunkom zysków i strat. Jednak nawet w USA - stolicy światowej demokracji - trudno czasem wyjaśnić niejasne działania firm oferujących wyszukiwarki. W dziwny sposób znikają z wyników wyszukiwania różne zasoby - na przykład dostępne wcześniej zdjęcia żołnierzy amerykańskich oskarżonych i skazanych za znęcanie się nad więźniami w Iraku. Tłumaczy się pewne ograniczenia amerykańską ustawą the Patriot Act, która stoi na straży bezpieczeństwa narodowego. Również w demokratycznych państwach wszystkiego powiedzieć nie można. A skoro mówimy o relacjach amerykańsko chińskich, wszystko komplikuje fakt, że - jak mi tu podpowiadają koledzy - Chiny mają 43% obligacji rządowych USA, a wartość zadłużenia budżetu USA ponad dwukrotnie przekracza dochód narodowy tego kraju. Złapał Kozak Tatarzyna.

W tych czasach nie ważne, że coś w internecie jest opublikowane. Ważne, że da się to wyszukać. Ten, kto ma władze nad wyszukiwarką, ten ma władzę nad całym, globalnym społeczeństwem. To trudny wybór: albo pójść na kompromis i zrobić perskie oko do praw człowieka, albo definitywnie zakończyć działalność. Wielu zgadza się z tezą, że robienie interesów, to nie jest zajęcie dla ludzi mających moralne ograniczenia! O ile organizacje państwowe same nie zamieniają się w producentów oprogramowania - muszą korzystać z szytych dla nich na miarę rozwiązań oferowanych przez komercyjne firmy. Państwo totalitarne czy demokratyczne (ale chroniące bezpieczeństwo narodowe) to klient, jak każdy inny. Chcecie ochrony praw człowieka? Chociaż wiele firm wdraża programy pro-społeczne (w wielu przypadkach jedynie jako listek figowy, mający świadczyć przed publicznością o tym, że nie tylko kasa się w życiu liczy), tu adresatami są politycy.

Tylko z tyłu głowy cały czas dźwięczy nieznośna myśl: czy opisywanej sytuacji nie porównywać z dwuznaczną rolą firm takich jak Siemens czy Krupp w czasach III Rzeszy? Przypomnijmy w tym kontekście, co powiedział Alfred Krupp von Bohlen und Halbach w 1945 roku: "Cały naród włączył się w realizację głównych celów, do których zmierzał Hitler. My, ludzie z Kruppa, nigdy zbytnio nie troszczyliśmy się o życie. Chcieliśmy jedynie mieć system, który dobrze funkcjonował i dawał nam możliwość niezakłóconej pracy. Polityka nie jest naszą sprawą. (...) Gdy spytano mnie o antyżydowską politykę nazistów i o to, co o niej wiem, powiedziałem, że nie wiedziałem nic o niszczeniu Żydów, a ponadto rzekłem: Jeżeli kupuje się dobrego konia, to trzeba pogodzić się też z paroma wadami". No właśnie. Polityka nie jest naszą sprawą. Dajcie nam system, w którym będziemy mogli po prostu spokojnie pracować.

Na marginesie dodam, że znaczki Internet Society, organizacji, która zrzesza wszak pionierów światowego internetu pod wspólnym hasłem "internet is for everyone" (internet jest dla wszystkich), również wyprodukowano w Chinach (chociaż ISOC nie ma tam swojego oddziału). Być może zamiast uczyć się angielskiego lepiej skupić się na chińskich dialektach i przyjrzeć się jak działa klawiatura wyprodukowana na tamtejszy rynek (nie chodzi jedynie o napis "made in China", bo trudno obecnie znaleźć komputerowe gadżety z innym oznaczeniem).

Piotr VaGla Waglowski

VaGla
Piotr VaGla Waglowski - prawnik, publicysta i webmaster, autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet. Członek Rady ds Cyfryzacji przy Ministrze Cyfryzacji, ekspert w Departamencie Oceny Ryzyka Regulacyjnego Ministerstwa Rozwoju, felietonista miesięcznika "IT w Administracji" (wcześniej również felietonista miesięcznika "Gazeta Bankowa" i tygodnika "Wprost"). Uczestniczył w pracach Obywatelskiego Forum Legislacji, działającego przy Fundacji im. Stefana Batorego w ramach programu Odpowiedzialne Państwo. W 1995 założył pierwszą w internecie listę dyskusyjną na temat prawa w języku polskim, Członek Założyciel Internet Society Poland, pełnił funkcję Członka Zarządu ISOC Polska i Członka Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Był również Członkiem Rady Informatyzacji przy MSWiA, członkiem Zespołu ds. otwartych danych i zasobów przy Komitecie Rady Ministrów do spraw Cyfryzacji oraz Doradcą społecznym Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej ds. funkcjonowania rynku mediów w szczególności w zakresie neutralności sieci. W latach 2009-2014 Zastępca Przewodniczącego Rady Fundacji Nowoczesna Polska, w tym czasie był również Członkiem Rady Programowej Fundacji Panoptykon. Więcej >>