"Własność publiczna", czyli pierwszy etap już za nami, ale czas nauki się nie skończył

Cieszymy się z wypowiedzi Pana Premiera, ponieważ mówiąc "o tym, co za pieniądze publiczne" dokonał wyboru. Mógł wybrać wizję państwa jako "sklepu z informacjami", a wybrał opcję, w której państwo dzieli się informacjami, nie traktując jej jak towaru. Przynajmniej tak zadeklarował. Mogłoby się wydawać, że tak zadeklarował. W swojej relacji po spotkaniu napisałem: polityczna deklaracja Pana Premiera była "deklaracją przełomu". Później zaś napisałem, że "diabeł tkwi w szczegółach". Uzyskanie deklaracji nie kończy dyskusji i wzajemnego uczenia się oczekiwań i potrzeb społeczeństwa, ale i państwa. I nie chodzi mi tylko o to, że obywatele muszą nauczyć się odróżniać deklaracje od realnych działań, że muszą również rozumieć przekaz medialny i uwarunkowania prawno-gospodarcze trudnych nieraz decyzji. Chodzi również o to, że składający deklaracje politycy muszą uczyć się rozumieć to, o co chodzi w tym całym prawie reglamentującym obieg informacji.

Kiedy Pan Premier powiedział, że "to, co powstaje za publiczne pieniądze jest własnością publiczną, a więc także tych, którzy chcą z tego korzystać w sposób wybrany przez siebie", wyszło mu dość chwytne hasło. Sala Świetlikowa rozbrzmiała oklaskami, a te słowa znalazły się w tytułach wielu tekstów w Sieci. Po dwóch dniach przyszedł czas (chociaż niektórzy zaczęli analizować słowa Premiera wcześniej), by dodać do swojej relacji mały suplement. Warto zastanowić się: co powstaje za publiczne pieniądze? Warto zastanowić się cóż to takiego "własność publiczna". Rozmawialiśmy wówczas o informacji, więc zostawmy na boku materię, w tym Stadion Narodowy, sprzęt publicznej służby zdrowia i infrastrukturę publicznych uczelni. Skoncentrujmy się na informacji.

Za publiczne pieniądze powstają wielkie i skomplikowane systemy teleinformatyczne państwa, które zamawiane są w ramach procedur zamówień publicznych. Państwo nie musi dziś nabywać autorskich praw majątkowych do programów komputerowych. Nabywa zwykle licencje. Państwo nie musi nabywać praw autorskich do ekspertyz, materiałów szkoleniowych, albo - wymyślę teraz cokolwiek - graficznych projektów zaproszeń na organizowane przez urzędy konferencje. To dobrze, czy źle, że państwo może skorzystać z możliwości nabycia licencji? Licencje mogą być wyłączne, a mogą być niewyłączne. Mogą być przechodnie i nieprzechodnie. Można udzielić ich na różnych polach eksploatacji. Ile jest możliwości wyboru? Jeśli jednej osobie prawnej sprzeda się licencje niewyłączną, to drugiej też można sprzedać licencje na ten sam utwór (czyli dowolny przejaw twórczej działalności o indywidualnym charakterze, gdzie w pojęciu "twórczość" można wyczuć ulotny zapach pojęcia "informacja", bo chodzi o jej "zestawienie w działaniu").

Państwo mogłoby tak ułożyć zasady kontraktowania z nim, by raczej trzeba było na państwo prawa przenieść, niż jedynie pozwalać mu czasowo korzystać z chronionych dzieł (informacji). Wiem i często to powtarzam (gdy mnie ktoś o to pyta): nie ma obowiązku kontraktowania z państwem. Po co miałoby się na państwo przenosić prawa? Jeśli coś powstało za pieniądze publiczne - mówi Pan Premier - to jest własnością publiczną (ktoś inny powiedziałby pewnie, że to coś "należy do domeny publicznej", nie zaś jest czyjąś, chociaż publiczną, własnością). Skoro jest - zdaniem Pana Premiera - własnością, państwo mogłoby chcieć (o ile państwo obdarzymy na chwilę samoświadomością i zdolnością posiadania chęci) nabywać prawa, aby następnie te prawa zobowiązane było - a to na mocy przepisów powszechnie obowiązującego prawa - "uwolnić" do "publicznej domeny".

Takich, którzy wierzą, że łatwo jest przezwyciężyć łańcuchy kontraktowe, w których państwo jest nabywcą, można nazwać naiwnymi, można ich nazwać idealistami, można im przypomnieć Lalkę Bolesława Prusa. Tam Wokulski dobrze wiedział, że najlepsze interesy robi się na dostawach dla wojska (a więc dla państwa). Państwo (pamiętamy o nadanej mu czasowej autoświadomości) nie zrezygnuje z możliwości nabycia raczej części praw, zamiast konieczności nabycia praw wszelakich. Raz, że taniej (bo dysponent praw nie musi poszukiwać zwrotu całego kosztu i marży w jednej transakcji i może to rozłożyć na wielu licencjobiorców). Dwa, że państwo nie ma samoświadomości i działają w jego imieniu ludzie, a ludzie są czasem niedoskonali i mają znajomych i rodzinę. Można by też wymieniać dalej: trzy, cztery, pięć. Wiele powodów może zaważyć na tym, że na państwo nie będzie przenoszony monopol informacyjny.

Obywatele analizujący deklaracje polityczne powinni być świadomi ograniczeń zwrotności, jakie ma kolosalny okręt. Kiedy na mostku kapitan zakrzyknie "lewo na burt!" - czasem wiele czasu może upłynąć, zanim statek zmieni kurs. Czasem zaś na decyzję zwrotu wpływ mają jeszcze inni uczestnicy procesu decyzyjnego i nie zawsze musi być tak, że decyzja kapitana się "przyjmie" (potem ludzie wiszą na masztach, a buntowników, piratów - chciałoby się rzec - ściga po morzach i oceanach flota admiralicji).

Jest też i druga strona medalu, a tam sfera, w której świat prawdziwych znaczeń pojęć używanych przez włodarzy naszej sfery publicznej musi zostać przez nich dopiero odkryta.

Kręcę się w tym felietonie wokół spotkania z Panem Premierem, który powiedział to, co powiedział. W czasie tego spotkania wypowiedział również parę innych zdań, które muszą być analizowane łącznie z tym "przełomowym". Deklaracja wyboru postulowanej drogi jest ważna, ale te inne zdania świadczą o stanie świadomości deklarującego.

Ponieważ przesłuchałem nagranie ze spotkania - kilka razy wyłapałem sformułowania Pana Premiera, z których wynika, że jest jeszcze do wykonania gigantycznie wiele pracy u podstaw. Przykład, to stwierdzenie Pana Premiera, że informacja objęta tajemnicą państwową nie jest informacją publiczną. Powiedział to tak naturalnie, jakby rzeczywiście był przekonany do prawdziwości tej tezy. A przecież nie budzi wątpliwości, że tajemnica państwowa jest informacją publiczną (jest informacją w sprawach publicznych, bo tak informację publiczną definiuje ustawa), ale taką informacją publiczną, której się nie udostępnia, a nawet jest obowiązek jej szczególnego chronienia. Postulat braku udostępniania nie niweczy tu charakteru publicznego informacji, ponieważ "publiczna" nie zawsze oznacza "publicznie dostępna". Niby drobny niuans, a miód smakuje bardziej gorzko.

Pan Premier jest również przekonany - co wynika zarówno wprost z Jego wypowiedzi, jak i z ich kontekstu, że nie można udostępniać obywatelom informacji publicznej ze względu na prawo autorskie. Na chwilę pominę rozważania o tym, że nie można też - jak uczynił Pan Premier - wkładać do jednego prawno-analitycznego koszyka autorskich praw majątkowych i "wiedzy" wynikającej z lektury objętych prawem autorskim utworów. To jak gruszki i jabłka. Ważniejsze jest jednak to, że prawo autorskie nie jest - w myśl logiki obowiązującego systemu prawnego - przeszkodą w udostępnianiu informacji publicznej. Kiedy zatem składamy wniosek o udostępnienie informacji publicznej zobowiązany do udostępnienia nam informacji publicznej podmiot nie może odmówić nam powołując się na przysługujące komuś prawa autorskie do dzieła, w którym informacja publiczna jest zawarta. Potwierdzały to sądy wskazując już na art. 23 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, a więc na dozwolony użytek osobisty. Urząd mi udostępnia informację publiczną, bo ustawa na niego taki obowiązek nakłada. Ja zaś korzystam z ewentualnego utworu w ramach dozwolonego użytku. Nie ma naruszenia praw autorskich, gdy korzystamy z utworu w ramach takiego dozwolonego przez ustawę użytku. Problem pojawia się dopiero w "ponownym wykorzystaniu" tak uzyskanego "utworu". Całe szczęście - wiele z dokumentów i innych materiałów, w których zawarte są informacje publiczne, ma walor dokumentów i materiałów urzędowych. Te zaś - o czym przesądza ustawa w art. 4 - nie są przedmiotem prawa autorskiego.

To tylko przykłady. Obie strony będą musiały nauczyć się precyzyjnie posługiwać nowym dla dyskursu publicznego językiem. Obie strony muszą takim zwrotom, jak "informacja publiczna", czy "własność intelektualna", nadawać takie samo znaczenie. Dopiero wówczas będziemy w stanie się porozumieć.

Ale nawet najdłuższa podróż - jak głosi znane powiedzenie - zaczyna się od jakiegoś pierwszego kroku. Wydaje się, że ten krok mamy już za sobą. Czekam teraz na kolejne "przełomowe" deklaracje, dotyczące interesującej mnie dziedziny. Zgodnie z logiką przedwyborczą teraz albo takich deklaracji nie będzie, albo pojawią się przeciwne. Bo zgodność zabija rozpoznawalność, a polaryzacja poglądów ułatwia wybór. A wybory przed nami. Prawdziwy wybór drogi, po której ma podążyć państwo, będzie mógł być dokonany dopiero przy precyzji języka, którym o tej drodze będziemy wspólnie rozmawiać.

Opcje przeglądania komentarzy

Wybierz sposób przeglądania komentarzy oraz kliknij "Zachowaj ustawienia", by aktywować zmiany.

Tytułem komentarza pozwole

Tytułem komentarza pozwole sobie załaczyć link
http://kataryna.salon24.pl/307739,premier-znowu-obiecal.

Jeżeli jest inaczej niz opisała to blogerka, prosilbym o sprostowanie
K.>

opuszczony mostek kapitański

Dobry tekst, wielowątkowy ...

Prawa autorskie - zamówienia publiczne
Po pierwsze, wydaje mi się, że obecny kapitan na mostku nie podejmuje decyzji całkowicie samodzielnie, nawet jeśli przed podjęciem decyzji składa bardzo pozytywnie brzmiące deklaracje wskazujące na to, że wie co mówi, a jak mówi, tak robi. Krótko mówiąc nasz statek płynie w "eskorcie"...

Prawa autorskie i dostęp do informacji publicznej.
Po drugie, ścieranie się prawa publicznego z prywatnym znajduje swój finał w sądzie. Trzymam kciuki za sądy:)

Inna perspektywa.
Po trzecie, główne problemy o jakich Pan pisze wiążą się z zagadnieniem "wizji Państwa". Osoby, które miałyby w imieniu społeczeństwa tę wizję realizowac, powinny umiec odpowiedziec na pytania natury filozoficznej, a znów mam wrażenie, że większośc z tych osób nie ma wątpliwości którymi Pan się z nami podzielił.
Obym się mylił.

niekonieczność przenoszenia

steelman's picture

Nie jestem pewien czy alternatywa: przenosić autorskie prawa majątkowe lub nie (zajmijmy się na chwilę oprogramowaniem komputerowym) jest właściwie sformułowana. Jest to postulat bardzo gruby a jak dobrze wiadomo wieloryba najlepiej zjada się po kawałku. Czy przeniesienie praw autorskich jest konieczne? Być może wystarczyłoby gdyby oprogramowanie dostarczane państwu było wolne, to jest:

  • Wolno je uruchamiać, w dowolnym celu (wolność 0).
  • Wolno analizować jak działa i dostosowywać je do swoich potrzeb (wolność 1). Warunkiem koniecznym jest dostęp do kodu źródłowego.
  • Wolno rozpowszechniać kopie (wolność 2).
  • Wolno udoskonalać i publicznie rozpowszechniać ulepszenia, dzięki czemu może z nich skorzystać cała społeczność (wolność 3). Warunkiem koniecznym jest tu dostęp do kodu źródłowego

Twórca pozostaje właścicielem utworu i może nadal z niego korzystać w dowolny sposób a państwo zapewnia sobie i obywatelom (jeżeli uznamy program za informację publiczną do której ujawnienia państwo jest zobowiązane, ale należy jeszcze zapisać, że i obywatel ma prawo otrzymać kod źródłowy) możliwość nieograniczonego korzystania z utworów zakupionych ze środków publicznych. Wydaje mi się, że jest to dość lekkostrawny kawałek wieloryba albowiem twórca udostępniając państwu wersję 1.0 programu nie udostępnia i nie jest zmuszony do udostępnienia żadnej kolejnej. Zaś państwo ma wybór: rozwijać program własnymi siłami, zlecić to (w ramach oddzielnego kontraktu) dostawcy czy też wybrać inną firmę (dodatkowe pole konkurencji).

>steelman<

tak czyli nie

ksiewi's picture

W kontekście przyjętych przez Rząd założeń do projektu ustawy o re-use wypowiedź Pana Premiera jakoś nie budzi u mnie żadnej euforii.

Zgodnie z tymi założeniami, informacja publiczna może i będzie "własnością publiczną", ale w tym sensie, że to organy sektora publicznego będą decydowały za ile i na jakich zasadach będzie można z nich skorzystać...

Czekam z komentarzem na ustalony tekst po RM

VaGla's picture

Czekam z komentarzem na ustalony tekst po RM. Niebawem ma się pojawić i wówczas będę starał się przeanalizować punkt po punkcie. Zwłaszcza jestem ciekawy tych innych kategorii informacji publicznej, które mają z jednej strony nie być objęte tajemnicą państwową czy służbową (nie ma już takich kategorii tajemnicy po przyjęciu nowej ustawy o ochronie informacji niejawnych), a jednak nie być udostępniane. Bardzo jestem ciekaw, w jakim brzmieniu to zostanie zaproponowane i jak przeczytam, to zacznę komentować. Będę się posługiwał przy tych komentarzach orzecznictwem.
--
[VaGla] Vigilant Android Generated for Logical Assassination

ponowne wykorzystanie

ksiewi's picture

Skoro będziesz posługiwał się orzecznictwem, a zapewne również i tekstami aktów prawnych to być może zechcesz odpowiedzieć mi na pytanie, czy Twoje działanie nie będzie przypadkiem stanowiło "ponownego wykorzystania informacji sektora publicznego" tegoż orzecznictwa i aktów w rozumieniu Dyrektywy o re-use.

A jeżeli udzielisz odpowiedzi twierdzącej, to chciałbym znać również Twoje zdanie na temat warunków takiego ponownego wykorzystania, jakie gotów byłbyś zaakceptować...

W tej dyskusji

VaGla's picture

W tej dyskusji podnosiłem, że jeśli nie istnieje monopol prawnoautorski (lub praw pokrewnych), to warunków ponownego wykorzystania nie powinno być. Jeśli jednak miałby być jakiś, to wskazanie o jaki akt normatywny chodzi lub parametry orzeczenia (np. sygnatura) byłoby dla mnie do zaakceptowania, ale takie warunki umieszczone w ustawie byłyby bezsensowne, skoro i tak pisząc i przywołując orzeczenie lub akt normatywny wskazałbym, o jaki akt normatywny i jakie orzeczenie chodzi.
--
[VaGla] Vigilant Android Generated for Logical Assassination

re-use nie dotyczy obywateli

Dla przedsiębiorców bardzo wygodne jest utożsamianie re-use z samym udostępnianiem informacji publicznych, ale przecież tak nie jest. W re-use chodzi o określenie reguł dla działalności polegającej na tym, że przedsiębiorca przejmuje własność publiczną i sprzedaje ją na zasadach komercyjnych. Gdyby na moim osiedlu jakiś przedsiębiorca zaczął w godzinach 8-16 komercyjnie eksploatować publiczny plac zabaw, nie uważałbym tego za jakiś szczególny sukces społeczeństwa obywatelskiego. W dodatku dyrektywa wśród przykładowych elementów standardowej licencji wymienia na pierwszym miejscu nie opłaty, lecz zakaz ingerowania w treść dokumentu i obowiązek podania źródła. Czy to naprawdę zbyt daleko idące oczekiwania wobec kogoś, kto chce zarabaiać na sprzedaży dokumnetów publicznych? Uważam, że nie i do tych dwóch wymogów dodałbym jeszcze zakaz takiego eksploatowania zasobów udostępnianych w BIP, które powoduje spowolnienie działania stron BIP albo wręcz czasowo blokuje do nich dostęp. Czy to naprawdę zbyt daleko idące warunki?

oczekiwania wobec re-use

ksiewi's picture

Przede wszystkim, chciałbym się dowiedzieć dlaczego re-use nie dotyczy obywateli? Moim zdaniem jak najbardziej dotyczy, gdyż wpływa na to czy obywatel dostanie informację w sposób, w miejscu i w czasie najbardziej mu odpowiadającym. Regulacje re-use wpływają tym samym na ilość i jakość informacji dostępnych dla obywateli.

A w przyjętych przez rząd Założeniach jest chyba nawet wyraźna wzmianka o tym, że ponownym wykorzystaniem będzie również wykorzystanie informacji publicznych "w domowym zaciszu". W każdym razie coś takiego mignęło mi przy lekturze jednej z wersji tych Założeń.

Określenie reguł (ram) działalności w zakresie re-use a stawianie warunków re-use to dość istotnie różniące się kwestie. Przyjęte przez rząd Założenia wyraźnie pozwalają poszczególnym urzędom stawiać warunki, na jakich zezwolą na re-use. Dlatego też spytałem VaGlę jakie warunki gotów byłby zaakceptować. Pan z kolei przedstawił swoją własną propozycję warunków dorzucając zakaz blokowania BIP. Ale to tylko początek. W myśl przyjętych przez rząd Założeń każdy z urzędów będzie mógł przecież dorzucić coś od siebie.

Załóżmy teraz, że jestem przedsiębiorcą, który chciałby stworzyć system ułatwiający korzystanie i prezentację informacji pochodzących od różnych urzędów, z których każdy posługuje się własnym wzorem warunków. Po zaakceptowaniu kolejnego z kilkunastu lub kilkudziesięciu wzorów okazuje się np., że są one sprzeczne ze sobą. Kolejne kilka-kilkanaście zawierają postanowienia dyskryminujące takie lub inne wykorzystanie, co wymaga przeprowadzenia odpowiedniej liczby procesów sądowych trwających średnio po kilka lat. Czy nie wpływa to przypadkiem na obywateli i szybkość rozwoju społeczeństwa informacyjnego?

Chciałbym jeszcze na koniec zwrócić uwagę, że w odniesieniu do informacji trudno mówić o przejęciu własności, gdyż informację udostępnioną jednemu przedsiębiorcy urząd może nadal udostępniać wszystkim pozostałym podmiotom. Oczywiście o ile nie podpisze umowy na wyłączność, ale chyba nie zakłada Pan, że tego typu umowy będą zasadą przy re-use. Stąd też przykład z placem zabaw jest chybiony podobnie jak przykłady z kradzieżą samochodów przy naruszaniu praw autorskich.

re-use nie dotyczy obywateli

Re-use nie zmienia trybu udostępniania informacji obywatelom (nadal standardem będzie powszechnie dostępny BIP), wprowadza natomiast zasady, na jakich udostępniane informacje mogą być przedmiotem dalszego, komercyjnego obrotu. Argument, że obywatel ma mieć prawo wyboru, czy korzysta z nieodpłatnego BIP, czy z odpłatnego komercyjnego programu, jest nietrafiony, bo wprowadzenie cywilizowanych zasad dotyczących tworzenia takich programów nie oznacza zakazu ich tworzenia. Z tego punktu widzenia przytoczona analogia z placem zabaw jest moim zdaniem nie tylko trafna, ale dobrze też ilustruje błędność powyższego argumentu - można przecież argumentować, że obywatele powinni mieć prawo wyboru, czy chcą korzystać bezpłatnie z publicznego placu zabaw, czy odpłatnie z tego samego placu zabaw przybranego w baloniki.
Rozumiem, że zgadzamy się natomiast co do tego, że im bardziej przemyślana i dopracowana będzie standardowa licencja, tym mniej pola manewru pozostanie dla odmienności wprowadzanych przez poszczególne urzędy.
Osobiście jestem nie tylko za wprowadzeniem trzech omówionych wcześniej wymogów, ale również za wprowadzeniem standardowych opłat, w sytuacji w której występują łącznie dwie przesłanki:
- komercyjne wykorzystanie ma dotyczyć nie tylko pojedynczych dokumentów, ale też elementów baz danych, w ramach których dokumenty te są udostępniane,
- wykorzystanie ma polegać na tworzeniu produktów odpłatnych.
Obie te przesłanki oznaczają bowiem, że przedsiębiorca otrzymuje nie tylko materiał do swojego produktu, lecz gotowy półprodukt, który udostępnia obywatelom odpłatnie. W takiej sytuacji udostępnianie gotowej bazy danych nieodpłatnie jest zezwalaniem na nieuczciwą konkurencję wobec tych przedsiębiorców którzy, taką bazę (półprodukt) przygotowują za własne pieniądze. Bazy danych tworzone przez administrację publiczną (takie jak chociażby Internetowy System Aktów Prawnych) są chronione przez przepisy prawa autorskiego i ustawy o ochronie baz danych, i rolą ustawy o re-use jest wyznaczenie jednolitych ram dla umów licencyjnych na nie. Jeśli natomiast pozwolimy na nieodpłatne przejmowanie takich baz danych, wówczas na rynku pozostaną tylko produkty oparte na tych samych bazach różniące się jedynie interfejsem i w efekcie wszyscy na tym stracimy.

Bardzo przewrotna argumentacja :)

VaGla's picture

Przypomniała mi dyskusję o "otwartych standardach" w administracji oraz o "neutralności technologicznej". Tam w dyskusji podnoszono m.in. taki argument, że - mniej więcej - wprowadzenie "neutralności technologicznej" będzie dyskryminowało rozwiązania nieneutralne technologicznie.

Przypomniała mi się też dyskusja z 2005 roku, gdy próbowano zreformować Biuletyn Informacji Publicznej i tam ministerstwo sygnalizowało, że gdyby teraz wprowadzić centralny BIP, to wszystkie spółki, które zainwestowały w tworzenie partykularnych, niestandardowych rozwiązań, bardzo by były niezadowolone.

Przy pełnej konkurencji marże dążą do zera. To jedna z zasad ekonomii. Oznacza to, że przy pełnym dostępie do aktywności państwa w sferze tworzenia informacji oraz przy ustaleniu zasad realizowania polityki państwa w sferze udostępniania takiej informacji (w tym przyjęciu, że dokumenty i materiały urzędowe nie są przedmiotem prawa autorskiego, a także przy rozstrzygnięciu kwestii istnienia, lub nieisteninia (jak uważam, zatem w tym miejscu się nie zgadzamy) szczególnego prawa pokrewnego do baz danych tworzonych przez organy administracji publicznej; por. Doktryna urządzeń kluczowych i podmiot władzy publicznej, który za kasę udziela wglądu do rejestru handlowego, a więc przy stwierdzeniu, że nie istnieje monopol informacyjny w tej sferze) nie ma podstawy dla twierdzenia, że trzeba wprowadzić opłaty, by chronić tych, którzy wcześniej zbudowali swoje usługi na informacjach niekorzystających (już) z monopolu.

Przy równym dostępie do informacji, w którym uczestniczą nie tylko podmioty komercyjne (ale też fundacje, stowarzyszenia, osoby fizyczne, które wykazują różne altruistyczne postawy, a wszystkie te podmioty mogą przetwarzać informacje publiczne i redystrybuować je w nowej, przyjaznej formie), samo posiadanie informacji publicznej, nie będzie już czynnikiem wpływającym na konkurencję. Trzeba będzie konkurować jakością, usługami dodanymi, balonikami właśnie.

I nawet przedsiębiorca nie musi materiału pochodzącego z sektora publicznego udostępniać odpłatnie. Możliwe są inne modele działania, np. zarabianie na reklamach prezentowanych przy bezpłatnie udostępnianych treściach. Nie wnikam teraz w to, czy taki model ekonomicznie się domknie, czy nie, ale nie chciałbym wspierać koncepcji, że państwo ma decydować za przedsiębiorcę, jak ten ostatni ma prowadzić swój biznes.

Proszę również o komentarz do tego tekstu: Dlaczego tak trudno w Polsce zrobić dobry publiczny i bezpłatny system informacji prawnej? oraz do tego: Umowa między MinFinem a wydawnictwem na "wydanie, prenumeratę i abonament, dystrybucję i sprzedaż"

--
[VaGla] Vigilant Android Generated for Logical Assassination

"Gdyby na moim osiedlu

"Gdyby na moim osiedlu jakiś przedsiębiorca zaczął w godzinach 8-16 komercyjnie eksploatować publiczny plac zabaw, nie uważałbym tego za jakiś szczególny sukces społeczeństwa obywatelskiego."

Rozumiem, że sukcesem społeczeństwa obywatelskiego byłby dopiero system, w którym państwo dzierżawiłoby poszczególne zabawki na placu zabaw różnym przedsiębiorcom, a oni pobieraliby opłaty za dostęp? Ja wolę jednak plac zabaw darmowy i otwarty dla wszystkich, w tym również przedsiębiorców, którzy mogą na nim np. sprzedawać baloniki, czy inną watę cukrową.

Jeśli ktoś zawłaszczy

Jeśli ktoś zawłaszczy część publicznego placu zabaw i urządzi tam zamkniętą, odpłatną imprezę, to ograniczy dostęp pozostałym obywatelom. Dokładnie tak samo jest z publicznie dostępnymi bazami danych. Gdy np. pod Centralną Bazę Orzeczeń Sądów Administracyjnych jakiś przedsiębiorca "podpina" oprogramowanie służące do automatycznego kopiowania jej zawartości, przeciętny obywatel ma utrudniony dostęp do niej, gdyż albo działa ona wolniej, albo nawet jest czasowo niedostępna.

Zgadzam się, że państwo nie powinno pobierać od obywateli opłat za udostępnianie informacji z rejestrów publicznych, ale to jest zupełnie inna kwestia. Informacje publiczne powinny być udostępniane powszechnie i nieodpłatnie, a konieczność dostosowania się do licencji pojawiałaby się dopiero wtedy, gdy ktoś chce je wtórnie rozpowszechniać na zasadach komercyjnych. Jeszcze raz podkreślam, że wkładanie do jednej kategorii dostępu obywateli i komercyjnego rozpowszechniania jest przykładem nieuczciwej retoryki.

Nie zgadzam się również z poglądem, że wprowadzenie licencji na gospodarcze wykorzystywanie dokumentów publicznych uderzy w fundacje, stowarzyszenia itp. To są podmioty działające non-profit, które w rozumieniu dyrektywy nie należą do "porównywalnej kategorii" podmiotów co przedsiębiorcy. Moim zdaniem dyrektywę należy odczytywać w ten sposób, że standardowe warunki (takie jak zakaz ingerowania w treść dokumentów, czy obowiązek podania źródła) dotyczą wszystkich przypadków dalszego rozpowszechniania, natomiast opłaty licencyjne dotyczą tylko przypadków rozpowszechniania odpłatnego. Nie jest przecież przypadkiem, że przy wprowadzaniu tej dyrektywy przeprowadzono badania rynkowe na temat potencjalnych przychodów z gospodarczego (czytaj "komercyjnego", czytaj "odpłatnego") wykorzystywania informacji publicznych. Chodziło zatem o jednolite uregulowanie zasad gospodarczego, odpłatnego wykorzystywania dokumentów udostępnianych publicznie, tak, by do porównywalnych kategorii wykorzystywania stosowane były takie same zasady.

Gdy np. pod Centralną

Gdy np. pod Centralną Bazę Orzeczeń Sądów Administracyjnych jakiś przedsiębiorca "podpina" oprogramowanie służące do automatycznego kopiowania jej zawartości, przeciętny obywatel ma utrudniony dostęp do niej, gdyż albo działa ona wolniej, albo nawet jest czasowo niedostępna.

Demagogia. A jak google indeksuje, to już nie blokuje? Skąd założenie, że ktokolwiek chciałby przeprowadzić taki atak, który zablokuje stronę? Nawet jeśli ktoś stworzy robota, to postara się, aby strona nie była blokowana. Chyba każdy lepiej skonfigurowany serwer ma opcję odcinania IP robiących zbyt dużo żądań. A jeśli naprawdę ktoś przeprowadzi prawdziwy DDOS z wielu IP - jest już odpowiedni przepis KK na to.

Informacje publiczne powinny być udostępniane powszechnie i nieodpłatnie, a konieczność dostosowania się do licencji pojawiałaby się dopiero wtedy, gdy ktoś chce je wtórnie rozpowszechniać na zasadach komercyjnych.

Ale dlaczego? W imię jakiejś idei "sprawiedliwości społecznej" - na podobnej zasadzie jak to, że osoba pracująca na etacie i jednocześnie prowadząca działalność gospodarczą musi dwa razy płacić ubezpieczenie zdrowotne? Bo jak przedsiębiorca to złodziej, burżuj, kułak i trzeba mu koniecznie zabrać? Za darmo dla wszystkich to jest proste, inżynierskie rozwiązanie. Jak ktoś te informacje będzie wtórnie rozpowszechniał, to niewątpliwe będzie musiał wnieść do nich jakąś dodatkową wartość - inaczej kto kupi coś, co może mieć za darmo? No chyba, że chodzi o wycięcie drobnych przedsiębiorców - samym kosztem wejściowym za licencję.

Nie zgadzam się również z poglądem, że wprowadzenie licencji na gospodarcze wykorzystywanie dokumentów publicznych uderzy w fundacje, stowarzyszenia itp. To są podmioty działające non-profit, które w rozumieniu dyrektywy nie należą do "porównywalnej kategorii" podmiotów co przedsiębiorcy.

Jak ja to uwielbiam. Biedne są te fundacje i stowarzyszenia obracające milionami. Jeśli przeciętny człowiek zarobi na swojej działalności gospodarczej kilka tysięcy złotych aby mieć na rachunki (odpowiadając przy okazji całym majątkiem osobistym za ewentualny błąd)- to on pracuje dla zysku. Jeśli członek fundacji zarządza nią, aby mieć między innymi fundusze na swoją działkę - przepraszam, miałem na myśli wypłatę - to to jest "non-profit". (Chlubny wyjątek: Jurek od początku Fundacji nie pobiera żadnego wynagrodzenia oraz żadnych dodatkowych gratyfikacji, premii, świadczeń, nagród czy honorariów)

jeśli nie ma być "sprawiedliwie" to może chociaż uczciwie?

1) nawet taki warunek, że pozyskiwanie nie może ograniczać funkcjonalności bazy to za dużo dla ich królewskich mości przedsiębiorców?
2) "zabrać"? nic nie pisałem o "zabieraniu", jeśli już użyć tego słowa to raczej na określenie działalności, która polega na niedopłątnym przywłaszczaniu wspólnej własności i ograniczaniu dostępu do niej; nie chodzi tu o żadną "sprawiedliwość społeczną", ale o zasady uczciwej konkurencji - brak jakichkolwiek zasad to promowanie tych, którzy najbezczeleniej kradną; jeszcze niedawno był przecież sprzedawany w hipermarketach program, którego główną zawartością była baza aktów prawnych skopiowana nielegalnie z Internetowego Systemu Informacji Prawnej; nie chcę zakazu tworzenia takich programów, ale o to, by wprowadzić opłaty dla podmiotów, którym nie chce się samemu stworzyć bazy danych z dokumentami dostępnymi publicznie,
3) nie chodzi o to, że fundacje nie mają płacić, a spółki - tak, tylko o to, z jakim rodzajem korzystania z dokumentów publicznych mamy do czynienia; jeśli spółka pobierze ustawę, czy orzeczenie, żeby się przygotować do rozprawy, to jest to typowy przykład korzystania z prawa do informacji publicznej i takie korzystanie jest i pozostanie nieodpłatne, jeśli natomiast fundacja wprowadzi do obrotu program składający się z ustaw i orzeczeń, to jest to nadużycie prawa do informacji publicznej i państwo powinno wprowadzić wyraźne reguły dla takiej działalności.
Powtórzę, że ważniejsze jest dla mnie wprowadzenie takich reguł jak zakaz ingerencji w treść dokumentów i nakaz powoływania źródeł, niż wprowadzenie opłat. To ostatnie mogłoby, jak już pisałem, dotyczyć sytuacji, w której ktoś w celach komercyjnych wykorzystuje bazę danych, a nie poszczególne dokumenty w niej udostępniane.

baza danych i inne

VaGla's picture

Ja twierdzę, że bazy danych tworzone w ramach realizacji zadań publicznych w związku z art. 7 Konstytucji, nie korzystają z ochrony sui generis baz danych. Rozumiem, że mamy tu cały czas ten spór. Ale liczę, że z czasem spór zostanie rozstrzygnięty, a to za sprawą orzecznictwa, jak np. w sprawie, o której pisałem w tekście Doktryna urządzeń kluczowych i podmiot władzy publicznej, który za kasę udziela wglądu do rejestru handlowego.

Ponieważ - jak uważam - monopole informacyjne (w tym praw autorskich, praw pokrewnych) nie rozciągają się na takie informacje, jak informacje nieobjęte klauzulami tajemnicy (państwowej, służbowej) - nie ma też powodu, dla którego dopuszczałbym "warunki" korzystania z takich informacji.

W szczególności wyobrażam sobie kilka takich sytuacji, w których informacje publiczne udostępniane i następnie wykorzystywane ponownie są wykorzystywane po ich zdezintegrowaniu zamiast prezentować cały akt prawny - prezentuję i wzbogacam poszczególne jednostki redakcyjne o dodatkowe elementy. LEX, Lex Polonica, i inni również to robią (bo przecież te systemy nie robią nic innego, jak właśnie re-use informacji publicznej plus wzbogacenie strukturalne (orzecznictwo dołączone do konkretnego artykułu ustawy, etc.) i wzbogacenie redakcyjne (np. wsparcie jednostek redakcyjnych komentarzami autorów prywatnych).

Rozumiem - jak wspomniałem - chęć ochrony swojej pozycji, którą zajęło się wobec braku jasnych zasad uzyskiwania informacji publicznej i ponownego ich wykorzystania, ale właśnie o to chodzi teraz, by wąskie gardło (oraz umowy na wyłączność, które - zgodnie z dyrektywą są niedopuszczalne) nie stanowiły teraz czynnika przewagi konkurencyjnej. Wolność gospodarcza również oznacza, że modele biznesowe wybierane są przez samych przedsiębiorców. Nie będę wspierał takiego konceptu, że państwo teraz powie obywatelom, w jaki sposób mają na informacjach publicznych tworzyć usługi i produkty (i czy mają być odpłatne, nieodpłatne, pro bono czy komercyjne), a w jaki sposób nie mogą. Nie ma monopolu informacyjnego, więc rolą państwa jest udostępniać i nie pytać, w jakim celu. To moja sprawa, w jakim celu sobie informację publiczną wezmę i co z nią zrobię.

OK. Rozumiem problem z perspektywy pewnych podmiotów o konkretnej pozycji rynkowej. Za chwilę jedna czy druga fundacja zrobi taki sam serwis w oparciu o dane publiczne, że model sprzedaży pakietów prawnych może się nie domykać (po co kupować, skoro są bezpłatne odpowiedniki?). Ale już dziś te "komercyjne" bazy wzbogacane są o artykuły, komentarze, bibliografię i inne materiały tworzone nie przez administrację publiczną. Tylko w takim połączeniu da się konkurować. A "baza informacji publicznej" tam wykorzystywanej nie może - jak uważam - być czynnikiem przeszkadzającym nowym podmiotom (komercyjnym/niekomercyjnym) wchodzić w konstytucyjną sferę wolności "pozyskiwania i rozpowszechniania informacji" w związku z konstytucyjnym prawem do informacji publicznej.

--
[VaGla] Vigilant Android Generated for Logical Assassination

1) nawet taki warunek, że

1) nawet taki warunek, że pozyskiwanie nie może ograniczać funkcjonalności bazy to za dużo dla ich królewskich mości przedsiębiorców?

Oczywiście, że to nie jest za dużo. Ale ten warunek już istnieje:

Art. 269a. Kto, nie będąc do tego uprawnionym, przez transmisję, zniszczenie, usunięcie, uszkodzenie, utrudnienie dostępu lub zmianę danych informatycznych, w istotnym stopniu zakłóca pracę systemu komputerowego lub sieci teleinformatycznej,podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.

która polega na niedopłątnym przywłaszczaniu wspólnej własności i ograniczaniu dostępu do niej;

Nie pozostaje nic innego jak zacytować
Copying is not theft.
Stealing a thing leaves one less left
Copying it makes one thing more;
that’s what copying’s for.

jeszcze niedawno był przecież sprzedawany w hipermarketach program, którego główną zawartością była baza aktów prawnych skopiowana nielegalnie z Internetowego Systemu Informacji Prawnej;

O programie nie słyszałem, ale podejrzewam, że to, czy nielegalnie może być dyskusyjne. A czemu miałoby to być nieuczciwe? Czy fakt sprzedawania takiej bazy w jakiś sposób ujmuje funkcjonalności ISIP-owi? A tak w ogóle - to po co w ogóle jest ISIP? Jakiś czas temu zauważyłem, że dokumenty w nim są zabezpieczone przed kopiowaniem tekstu (np. gdybym chciał teraz skorzystać z ISIPu, aby wkleić treść przepisu z KK, to bym nie mógł)... Inna sprawa, że gdybym zrobił to pod Ubuntu, to flaga blokująca kopiowanie nie stanowiłaby problemu.

jeśli natomiast fundacja wprowadzi do obrotu program składający się z ustaw i orzeczeń, to jest to nadużycie prawa do informacji publicznej i państwo powinno wprowadzić wyraźne reguły dla takiej działalności.

Proszę o zdefiniowanie - jakie nadużycie? Kto nie chce ten nie kupi, bo może mieć za darmo. Chyba, że program ma jakieś ekstra funkcje - np. zagregowanie w jednym miejscu informacji z różnych, porozrzucanych źródeł. Więc albo program dla kupującego będzie kosztował:

Koszt wyprodukowania + Marża przedsiębiorcy = Cena
Albo
Koszt wyprodukowania + Haracz dla państwa + Marża przedsiębiorcy = Cena

Kto więc ostatecznie zapłaci koszt tej "licencji komercyjnej" za informacje, które miał mieć za darmo? Obywatel.

ograniczanie dostępu

Powtarzany przez Pana uparcie zarzut utrudniania dostępu do bazy danych przypomina mi historię pewnego systemu, który bohatersko walczył z problemami nigdzie indziej niewystępującymi. Przecież ten akurat problem umarłby śmiercią naturalną, gdyby właściwe urzędy oferowały wszystkim zainteresowanym możliwość łatwego pobrania i dalszego rozpowszechniania CAŁEJ swojej bazy danych (NSA mógłby np. udostępnić swoją bazę orzeczeń w sieci P2P).

ad vocem

xpert17's picture

Z całym szacunkiem dla Jurka Owsiaka, nie musi on pobierać żadnych wynagrodzeń ze swojej fundacji, bo akurat ma fajny etat w telewizji, gdzie nie musi być w pracy 8h dziennie, ewentualnie ma inne źródło utrzymania. Gdyby nie miał takiego szczęścia, nie miał bogatego wujka czy lokaty rentierskiej, a chciałby robić to co robi, to czy w czymkolwiek by ujmowało pożytecznej roli jego fundacji, gdyby płacono mu za jego pracę? Przepraszam za OT.

czy w czymkolwiek by

czy w czymkolwiek by ujmowało pożytecznej roli jego fundacji

Roli nie. Tylko czym wtedy ma się różnić fundacja "non-profit" od np. kioskarza? Kioskarz też pełni pożyteczną rolę, a zapewne "płacę" na miesiąc ma sporo mniejszą niż osoby pracujące/zakładające fundację "non-profit".

non-profit

xpert17's picture

Oczywiście tu się zgodzę - "not for profit" to sposób działania danej jednostki, ale jest on definiowany na potrzeby wewnętrzne czy podatkowe, nie służy do tego, żeby przez jego pryzmat oceniać działalność danego podmiotu. Może być spółka działająca dla zysku i dostarczająca znacznie lepszego i tańszego produktu czy usługi (np. szkolenia) niż podmiot robiący to samo nie dla zysku. Nie można a priori zakładać, że produkt dostarczony przez podmiot działający non-profit jest z założenia lepszy, "godniejszy" czy pożyteczniejszy niż analogiczne dzieło nawet najpazerniejszej spółki.

Oceny etyczne

Oceny etyczne pewnie ekstrapolujesz z obserwacji większości Polaków - no bo wśród czytelników VaGli jest jeden taki - ja, który śmie widzieć większą użyteczność któregokolwiek kioskarza niż płynącą z tresury instytucji WOŚP. Naprawdę jestem w stanie sobie wyobrazić więcej dobra on average z niezawracania ludziom głowy, ale nie mam wsparcia żadnego uznanego autorytetu ani nie chce mi się ulepić mojego poglądu w komunikat medialny, więc w sumie zazwyczaj siedzę cicho. Natknąłem się na paru tak natchniętych swoją dobrocią po Orkiestrze, że już dalsze zastanawianie się nad etycznym postępowaniem to nie dla nich.

Jeszcze o licencji na oprogramowanie

"Raz, że taniej (bo dysponent praw nie musi poszukiwać zwrotu całego kosztu i marży w jednej transakcji i może to rozłożyć na wielu licencjobiorców)."
To nie do konca prawda dla opensource'owych zapalencow. Taniej jest tylko bardzo-krotkoterminowo. Na dluzsza mete taniej jest otrzymac te prawa autorskie i przy kolejnych zamowieniach:

1. czekac krocej na ich realizacje, bo wykonawca ma juz dostep do rosnacej puli istniejacego oprogramowania.
2. placic mniej, z tego samego powodu.

Byc moze to, ze zamowienia dla instytucji publicznej wiaza sie z przeniesieniem wyniku pracy do PD, powinno byc w ktorejs ustawie. Wtedy nie trzebaby bylo pisac tego w umowie, tylko startujacy w przetargach od razy braliby pod uwage "a-ha, zamawiajacy jest instytucja publiczna, a wiec obowiazuje taki caveat."

(Ciekawie byloby pewnie jeszcze spojrzec jak to jest w tym kraju gdzie PD obowiazuje instytucje rzadowe, czyli w USA. Nie sprawdzalem tego, ale pamietam taki niedawny przypadek, ze instytucja publiczna, US Geographical Survey, chciala wspolpracowac z jednym z wolnych projektow, OpenStreetMap. Ale ten ma licencje wirusowa i instytucja stwierdzila, ze jej urzednicy nie moga danych tego projektu modyfikowac, bo ich modyfikacje musza byc w domenie publicznej. Ostatecznie instytucja zadowolila sie jedynie wykorzystaniem tych samych narzedzi co OpenStreetMap, tak zeby formaty plikow i metadane byly kompatybilne.

A teraz jeszcze nawiazujac do danych geograficznych w Polsce, to tam glownym problemem w udostepnieniu danych jest wzmianka w ustawie o "informacji publicznej objetej odrebnymi ustawami", gdzie te inne ustawy nie maja sie nijak do tego co powiedzial premier. Ostatnie zmiany, INSPIRE itp. tez niewiele dobrego przynosza w tym wzgledzie.)

"Państwo nie musi dziś

"Państwo nie musi dziś nabywać autorskich praw majątkowych do programów komputerowych. Nabywa zwykle licencje."

To nie do końca tak. Wytyczne Prezesa UZP z 2009 r. (http://www.uzp.gov.pl/cmsws/page/?D;598) zawierają rekomendację R.7.3, która zaleca nabywanie przez zamawiającego praw autorskich do systemu. Ta rekomendacja jest często przyczyną wielu praktycznych kłopotów, gdyż prowadzi do sytuacji, gdy ofert nie składają wykonawcy posiadający wymagany produkt (nie oddadzą przecież do niego praw), a jedynie tacy, którzy takiego produktu nie mają i którzy będa ekperymentowali na zamawiającym tworząc oprogramowanie od postaw, co często jest i kosztowniejsze i bardziej czasochłonne.

Ja w praktyce raczej się stykam z sytuacją, że zamawiający chce nabyć wszelkie prawa do oprogramowania i nie zadowala się licencją.

R.7.3

kravietz's picture

Przedmiot zamówienia dla R.7.3 to Systemy informatyczne dedykowane i konfigurowalne systemy specjalizowane, co w logiczny sposób wyklucza "wykonawców posiadających wymagany produkt" i wyraźnie wskazuje kiedy należy tę rekomendację stosować.

Na przykład w 1999 roku Prokom nie posiadał systemu KSI ZUS, ponieważ jest to właśnie system "dedykowany" i napisany na wyłączne potrzeby ZUS. Mimo to przez ponad 13 lat ZUS nie mógł dysponować kodem źródłowym systemu napisanego na swoje wyłączne zamówienie za grube pieniądze, bo tak ktoś podpisał umowę.

--
Paweł Krawczyk | ipsec.pl | echelon.pl
facebook | linkedin

Niestety nie podzialam

Niestety nie podzialam poglądu, że jest logiczny zapis, który jednoznacznie wskazuje, kiedy rekomendacja powinna być stosowana. Zbyt wiele razy widziałem, jak jest on rozumiany - dokładnie na odwrót.

Ponadto - proszę wyszukac w Google, kto i kiedy używa zwrotu "dedykowany system informatyczny" - bardzo często "dedykowany" oznacza tyle, co "przeznaczony dla konkrentej grupy odbiorców".

There is no greater

kravietz's picture

There is no greater impediments to the advancement of knowledge than the ambiguity of words (Thomas Reid 1710-1769)

Wniosek: rekomendację należy napisać prostszym językiem.

Swoją drogą to jest coś czego kompletnie nie rozumiem — skoro urzędnicy mają takie problemy z rozumieniem tego co piszą inni urzędnicy, to po co i jedni i drudzy posługują się tak dziwnym żargonem (np. graniczące z natręctwem wtrącanie wszędzie należy zauważyć")?

--
Paweł Krawczyk | ipsec.pl | echelon.pl
facebook | linkedin

Gdy np. pod Centralną

Piotr VaGla Waglowski

VaGla
Piotr VaGla Waglowski - prawnik, publicysta i webmaster, autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet. Członek Rady ds Cyfryzacji przy Ministrze Cyfryzacji, ekspert w Departamencie Oceny Ryzyka Regulacyjnego Ministerstwa Rozwoju, felietonista miesięcznika "IT w Administracji" (wcześniej również felietonista miesięcznika "Gazeta Bankowa" i tygodnika "Wprost"). Uczestniczył w pracach Obywatelskiego Forum Legislacji, działającego przy Fundacji im. Stefana Batorego w ramach programu Odpowiedzialne Państwo. W 1995 założył pierwszą w internecie listę dyskusyjną na temat prawa w języku polskim, Członek Założyciel Internet Society Poland, pełnił funkcję Członka Zarządu ISOC Polska i Członka Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Był również Członkiem Rady Informatyzacji przy MSWiA, członkiem Zespołu ds. otwartych danych i zasobów przy Komitecie Rady Ministrów do spraw Cyfryzacji oraz Doradcą społecznym Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej ds. funkcjonowania rynku mediów w szczególności w zakresie neutralności sieci. W latach 2009-2014 Zastępca Przewodniczącego Rady Fundacji Nowoczesna Polska, w tym czasie był również Członkiem Rady Programowej Fundacji Panoptykon. Więcej >>