Nowy porządek? Na czym polega umowa o podział wpływów na chińskim rynku wyszukiwania darmowej muzyki

Pod koniec marca znów (jak rok temu) ogłoszono, że spółka Google uruchomiła w Chinach serwis internetowy, który pozwala internautom na bezpłatne pobieranie z internetu muzyki. Dostępne za pośrednictwem Google zasoby to 350 tys piosenek, ale za chwilę - jak podają komunikaty - ma ich być ponad milion. Fakt, że usługa jest adresowana do chińskiego konsumenta musi rodzić pytania o globalne prawo autorskie. Czy utrzymają się sztuczne terytorialne podziały w globalnej, przenikającej granice państw, Sieci? Dlaczego to, co w jednych rejonach świata nazywane jest "piractwem", w innych jest "normalnym modelem biznesowym", o który można się umówić? Wytwórnie muzyczne chcą zarabiać i jeśli nie da się na sprzedaży muzyki - próbują na dzieleniu się reklamami z wyszukiwarką. Google chce wypchnąć w ten sposób z rynku najbardziej popularną w chinach wyszukiwarkową konkurencję - baidu.com.

Serwis Google został uruchomiony we współpracy z wytwórniami, a wśród nich jest Sony BMG Music Entertainment, EMI Group, Universal Music oraz the Warner Music Group. Dogadano się również z innymi wytwórniami (ciekawe, że w komentarzach mowa jest o stu czterdziesu "niezależnych wytwórniach" - independent music companies; jeśli te sto czterdzieści firm jest "niezależne", to od czego zależne są pozostałe?)

Dlaczego wytwórnie się na to godzą? W Chinach jest ponad 300 milionów użytkowników, którzy i tak pobierają z Sieci muzykę. Zwarcie szeregów i umowa z Google daje wytwórniom chociaż szansę na jakiś udział w przychodach.

Nie jest jasne jak Google będzie się dzieliło z wytwórniami wpływami z reklam prezentowanych przy okazji wyszukiwania (w końcu nie znamy treści umów miedzy różnymi stronami biorącymi udział w tych negocjacjach). Wydaje się, że pomóc ma w tym kolejny serwis - Top100.cn - to serwis, który zajmuje się sprzedażą reklam i hostingiem plików.

Już w połowie zeszłego roku Google uruchomił serwis - google.cn/music (dostępny jedynie z chińskiej sieci) - i wyniki wyszukiwania Google kierowały do plików udostępnianych przez Top100.cn. Ten serwis uruchomiono w zeszłym roku, dlatego we wstępie tej notatki napisałem, że "znów ogłoszono".

Skoro serwis uruchomiono już rok temu (pisał o tym serwis ars technica w sierpniu 2008 roku: Google China takes on Baidu with legal music search), to - być może - tegoroczne komunikaty mają jedynie wzmocnić zainteresowanie mediów? Rok temu spółka Google prostowała informacje: "All ads visible on the product in connection with the product run on Top100's website and revenues from those ads are shared between Top100 and its music label and publisher partners", Google zastrzegło wówczas, że nie dzieli się przychodami z reklamy, ponieważ cały przychód z reklamy prezentowanej przy możliwości pobrania plików dzielony był między wydawcę Top100 oraz wytwórnie muzyczne. Czy coś się zmieniło przez ten rok? Wydaje się, że zmiana polega na udziale Google w przychodach z uruchomionego wcześniej serwisu.

Screenshot uruchomionego już rok temu serwisu google.cn/music

Screenshot uruchomionego już rok temu serwisu google.cn/music. Ktoś powie: jeśli potrafisz wejść przez proxy, udając, że łączysz się z serwisem z terytorium Chin i jeśli nie masz problemu z barierą językową - nie ma dla Ciebie granic...

Wedle komentarzy baidu.com ma w chińskim rynku wyszukiwarek pozycję przewyższającą Google (baidu.com to podobno ponad 62% tego rynku w Chinach, Google jedynie 28%). Ruch Google sprzed roku można tłumaczyć walką o zwiększenie pozycji oraz o zmniejszenie ryzyka prawnego. Wydaje się teraz logiczne, by serwis baidu.com zawarł podobną umowę z wytwórniami. Baidu podobno zawarło już wcześniej pewne umowy z różnymi wytwórniami. Jeśli wytwórniom chodzi tylko o pieniądze - również te globalne, największe powinny na taki układ pójść, ale to chyba nie wszystko, ponieważ tu również chodzi o kontrolę sytuacji. Nie tylko o to, czy to legalne czy nielegalne, ale właśnie o to, by można było się zgodzić lub nie zgodzić np. na linkowanie.

Wytwórnie toczą z Baidu batalie prawne, pozywając chińską wyszukiwarkę w związku z tym, że linkuje do muzyki i innych utworów chronionych "tradycyjnie" prawem autorskim (por. Wyszukiwarka a ochrona praw autorskich; IFPI twierdzi, że 99% pobrań w Chinach dokonywane jest z naruszeniem prawa), ale wydawca serwisu Baidu się broni i rok temu serwis uzyskał wyrok sądu apelacyjnego w Pekinie, zgodnie z którym serwis nie naruszył praw autorskich prezentując odnośniki do stron z "nielegalnymi plikami muzycznymi" (por. Linki z wyszukiwarki: na razie Baidu się obroniło, ale to nie koniec).

Umowa między wytwórniami a Google (jakkolwiek by brzmiała) nie zmienia powszechnie obowiązującego prawa (jakiekolwiek by ono nie było), a jedynie - jak się wydaje - umacnia de facto monopol prawnoautorski, gdyż jej sens polega na tym, że ktoś może się zgodzić lub nie zgodzić na to, by inny podmiot dysponował prawem do linkowania do utworów, do których z jakiegoś powodu przysługują mu jakieś prawa autorskie (piszę "jakieś", gdyż sprawa jest skomplikowana - nie ma pewności, czy prawo do linkowania może być ograniczone - tu trwają spory; chodzi również o pola eksploatacji, chodzi także o to, że nie wiemy jak wyglądają umowy zawierane przez wytwórnie z twórcami i nie wiemy - tak na prawdę - jakimi prawami dysponują te wydawnictwa, a nie można przenieść na innego więcej praw niż się samemu posiada, i nie wiemy jak prawa kształtują się geograficznie; teoretycznie mamy swobodę umów, więc - znów teoretycznie - potencjalnie każda umowa, którą zawiera wytwórnia, mogła być negocjowana indywidualnie, ale przypuszczalnie, z racji pozycji wytwórni na globalnym rynku - umowy takie mają wiele wspólnych postanowień).

Do tej pory retoryka wyszukiwarek była nieco inna: my jesteśmy tylko wyszukiwarkami, nie możemy ponosić odpowiedzialności za to, że ktoś coś publikuje w Sieci; my jedynie indeksujemy takie zasoby i prezentujemy wyniki, nie możemy być odpowiedzialni... Działania Google zmieniają nieco ten obraz. Skoro ktoś zawiera umowę, to znaczy, że akceptuje przysługujące drugiej stronie umowy uprawnienia (nawet jeśli chodzi o taki sposób myślenia: wiemy, że to my mamy rację, ale zamiast się kłócić, co będzie angażowało nasz czas i pieniądze, kupujemy święty spokój). Google na całym świecie zawiera umowy oraz ugody z różnymi podmiotami (por. O zaniepokojeniu wydawców porozumieniem Google z agencjami prasowymi, Kto komu i za co: nieoczekiwana zamiana miejsc w Wielkiej Brytanii, O negocjacjach ZAiKS z YouTube, Przegląd wydarzeń - proces TPB, ugoda Google Book, pytania prejudycjalne o internetowy clipping..., Ile redakcje/wydawcy powinni płacić za wypowiedź, albo za udział w programach?)

Po raz kolejny widać, że globalne prawo nie będzie kształtowane w przyszłości przez państwowego suwerena, a jedynie przez układ globalnych sił gospodarczych. Nie ma globalnego suwerena... Przy okazji warto zatem zauważyć, że nie ma też globalnego regulatora globalnego rynku, w szczególności takiego regulatora, który mógłby powiedzieć: zaraz, przecież pobieranie to działanie w ramach "dozwolonego użytku" (por. Okładki płyt i wymuszona zmiana praktyki Warnera). Nie można też zapominać, że "dozwolony użytek osobisty" nie jest wszędzie jednolity, bo i nie jest jednolite na całym globie prawo autorskie. A rynek jest już teraz globalny, chociaż sztucznie dzielony wirtualnymi granicami (nie koniecznie oddającymi siatkę granic państw; por. Regionalizowany podarek prezydenta Obamy).

O umowie między Google a wytwórniami (postanowień której przecież nie znamy i nie wiemy, czy konferencja prasowa sprzed kilku dni to nie odgrzanie PR-owego kotleta, który pojawił się w menu już rok temu), która dotyczy chińskiego rynku i podziału przychodów z reklam prezentowanych przy okazji linkowania do "darmowej" muzyki w Chinach:

Opcje przeglądania komentarzy

Wybierz sposób przeglądania komentarzy oraz kliknij "Zachowaj ustawienia", by aktywować zmiany.

De Facto Google umożliwia pobieranie muzyki za darmo.

Bo z jednej strony proxy, a z drugiej ich usługa Google Translate i nawet bez znajomości Chińskiego nie ma już granic.

Tez jestem tego zdania. Z

Tez jestem tego zdania. Z google translate kozystalem jeszcze zanim weszla polska wersja. Tlumaczylem sobie strone francuskie i niemieckie i bez problemu sie po nich poruszalem.

Dla niewtajemniczonych:
Wersja PL
http://translate.google.pl/translate?prev=hp&hl=pl&js=n&u=http%3A%2F%2Fwww.google.cn%2Fmusic%2Fhomepage&sl=zh-CN&tl=pl
Wersja EN
http://translate.google.pl/translate?prev=hp&hl=pl&js=n&u=http%3A%2F%2Fwww.google.cn%2Fmusic%2Fhomepage&sl=zh-CN&tl=en

Piotr VaGla Waglowski

VaGla
Piotr VaGla Waglowski - prawnik, publicysta i webmaster, autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet. Członek Rady ds Cyfryzacji przy Ministrze Cyfryzacji, ekspert w Departamencie Oceny Ryzyka Regulacyjnego Ministerstwa Rozwoju, felietonista miesięcznika "IT w Administracji" (wcześniej również felietonista miesięcznika "Gazeta Bankowa" i tygodnika "Wprost"). Uczestniczył w pracach Obywatelskiego Forum Legislacji, działającego przy Fundacji im. Stefana Batorego w ramach programu Odpowiedzialne Państwo. W 1995 założył pierwszą w internecie listę dyskusyjną na temat prawa w języku polskim, Członek Założyciel Internet Society Poland, pełnił funkcję Członka Zarządu ISOC Polska i Członka Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Był również Członkiem Rady Informatyzacji przy MSWiA, członkiem Zespołu ds. otwartych danych i zasobów przy Komitecie Rady Ministrów do spraw Cyfryzacji oraz Doradcą społecznym Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej ds. funkcjonowania rynku mediów w szczególności w zakresie neutralności sieci. W latach 2009-2014 Zastępca Przewodniczącego Rady Fundacji Nowoczesna Polska, w tym czasie był również Członkiem Rady Programowej Fundacji Panoptykon. Więcej >>