Demokracja online - nowa moda, przyszłość czy zagrożenie?

Logo programu Studio Świat, TVP3Jednym z tematów poruszanych w czasie wczorajszego (jest już po północy) programu Studio Świat, emitowanego w regionalnej Trójce, była amerykańska debata obywateli z Demokratami w CNN i w serwisie YouTube (por. Kampania prezydencka w USA, czyli CNN i YouTube znalazły sposób). Przy okazji pojawiło się pytanie czy internet może być narzędziem demokracji. Przecież pozwala na przybliżenie obywateli politykom, a polityków obywatelom. Ale czy o to właśnie chodzi?

Nie raz pisałem w tym serwisie, że nie znam się na polityce. Nie znam się. Jako obserwator internetu mogę zastanawiać się nad rolą tego narzędzia w życiu społecznym. W programie prowadzonym przez Marka Cajznera, byłego szefa Sekcji Polskiej BBC, wziąłem udział wraz z dr Olgierdem Annusewiczem, politologiem, prywatnie: kolegą z czasów studenckich.

Świat wygląda inaczej widziany oczyma osób z różnych profesji. Dla dr Annusewicza - jak zrozumiałem - internet jest szansą dla polityków, by mogli zbliżyć się do wyborców. Jest też szansą dla wyborców, by uzyskać lepszy dostęp do polityków.

Ja się zacząłem zastanawiać czy właśnie o to chodzi? Czy elektroniczna komunikacja bezpośrednia ma być rozpatrywana w tych kategoriach? Bo przecież polityk wyborcy-obywatelowi do niczego nie jest potrzebny, jeśli wyborca-obywatel sam może załatwić wszelkie interesujące go sprawy bez "swojego przedstawiciela". Fakt, że rozwijają się metody szybkiej komunikacji daje szansę na ustalenie punktów zapalnych, przeprowadzenie konsultacji, daje szansę na dostęp do informacji publicznej, na przejawianie inicjatywy, na patrzenie sprawującym władzę na ręce.

Ale też internet wcale nie jest demokratyczny. Pisałem to już: nie ma wcale pewności, że list wysłany w jednym kawałku Sieci trafi do adresata, bo musi przejść przez wiele punktów styku, i na każdej bramce istnieje potencjalna możliwość jego wyfiltrowania. To samo dotyczy innych przekazów (witryn, plików, strumieni). Tendencja do kontrolowania Sieci jest z roku na rok coraz silniejsza. Kto kontroluje infrastrukturę, ten również kontroluje obieg informacji w tej infrastrukturze. Poza tym - jeśli istnieje przedstawicielstwo, to istnieje też zagrożenie niezrozumienia woli reprezentowanego przez reprezentanta.

Na razie politycy oswajają "nowe medium". Jeszcze nie sami, a przez sztaby doradców; Czasami bez tych doradców, bo jak inaczej uzasadniać pozew związany z domeną begier.pl (por. Postanowienie sądu okręgowego w sprawie domeny beger.pl). Chociaż coraz częściej poszczególni politycy sami biorą się za "tworzenie zasobów", "zniżają się" do bezpośredniej dyskusji z masami. Gdy się tak dzieje, to zwykle się cieszę, bo ich też dotyka kreowane przez nich samych prawo komunikacji elektronicznej. Ilu jest polityków, którzy prowadzą swoje "blogi", a którzy - być może - wpadną w zadumę nad tezami rozstrzygnięć sądowych uznających (lub nie) niektóre formy publikacji w internecie za dziennik lub czasopismo, a wobec tego wiążąc ich wydawanie z obowiązkiem rejestracji w sądzie (por. Czekając na opublikowanie wyroku SN w sprawie obowiązku rejestracji "prasy internetowej")? Dla wielu zderzenie z "nowymi mediami" jest bolesne: podsłuchy, spam, publikacje "poufnych dokumentów", odzyskiwanie danych z twardych dysków...

Na razie reprezentanci starają się zabiegać o uwagę wyborców, czasami nawet uda się im w swojej grze politycznej kogoś sprowokować do działania. Te działania można oceniać na różnych płaszczyznach i np. nadal uważam nawoływanie do bombardowania skrzynek administracji rządowej (ktokolwiek byłby w rządzie i ktokolwiek by do tego nawoływał) za przejaw chuligaństwa internetowego (por. w kontekście dyskusji o "VAT na internet": Protest tak, ale nie tymi metodami!, przy czym sam temat był poruszony pod publiczkę, bo chcąc zrobić internautom dobrze przeforsowano zwolnienie z VAT zamiast obłożyć usługi dostępu stawką zerową, co świadczy o populistycznych motywach; potem musieli się z tego wycofać, bo przyjęte rozwiązania - o czym przecież ich informowali ludzie - było sprzeczne z przepisami Unii Europejskiej).

Wykorzystywanie w kampanii wyborczej metod spamerskich, które godzą w prywatność obywateli, które uderzają w infrastrukturę Sieci, również uważam za naganne - a przecież nawet w ostatnich kampaniach wyborczych, chociaż sztaby oficjalnie dystansowały się od wysyłania spamu, przedstawiciele wszystkich partii biorących udział w wyścigu po władzę sięgnęli po takie metody agitacji...

VaGla w Studiu Świat, TVP3

Jestem wstecznikiem w sprawie organizowania wyborów elektronicznych, bo uważam, że to doprowadzi do odhumanizowania aktu wyborczego, może zwiększyć podatność całego systemu na manipulację, etc... Wydaje mi się też, że wiele osób patrząc na internet przeżywa rodzaj fałszywego oświecenia, euforii. W tym sensie uważam to za za rodzaj mody. Dziś prowadzący ze zdziwieniem stwierdził, że myślał, iż w dyskusji będę głosił pochwałę eksperymentu YouTube z debatą prezydencką w USA, że uważam to za krok w kierunku demokratyzacji debaty publicznej. A ja wcale nie przekornie uważam, że to przedsięwzięcie biznesowe, które ma na celu wyręczenie dziennikarzy w zdobywaniu, produkowaniu i opisywaniu interesujących materiałów, z których następnie dziennikarz - gatekeeper - wybiera co smaczniejsze kąski i już sformatowane wykorzystuje w tradycyjny sposób. Widzę w tym crosspromocję mediów elektronicznych (szukających sposobu zarobienia, testujących modele biznesowe) z mediami tradycyjnymi, które - zwłaszcza w okresie wakacyjnym - tracą na oglądalności (a tym samym na reklamodawcach). W tym sensie uważam, że inicjatywa YouTube nic nie zmieniła w publicznej debacie i niczym się nie różni od praktyki programów typu "Śmiechu warte" - prześlij nam film, a jeśli zobaczysz go na ekranie to może dostaniesz sto złotych. Pytanie: "jak kandydaci rozumieją pojęcie liberalizmu gospodarczego", albo "co ma Pani zamiar zrobić w celu polepszenia sytuacji Afroamerykanów" można zadać również na forum internetowym, albo w elektronicznym liście wysłanym do adresata lub redakcji. Nie będzie jednak tak atrakcyjnie wyglądało w telewizji (poza tym, że telewizja niekoniecznie na tym zarobi). Jeśli z ponad 2 tys. filmików wybrano tylko 38, to nie zwiększa to dostępności obywateli do tych mediów, w których politycy chcą odpowiedzieć na pytanie...

Sądzę, że rozwój internetu może stać się zagrożeniem dla polityków. Już dziś tak można skonfigurować kanały tematyczne, które trafiają do użytkownika internetu, by skutecznie wyeliminować z nich przekazy reklamowe, ale też całą dyskusję polityczną. Internet ma tyle obliczy ilu jest patrzących przez swoje przeglądarki użytkowników. Można się koncentrować na sprawach, które faktycznie interesują użytkownika-obywatela. Coraz więcej spraw można będzie "załatwić" bez pośredników, a więc traci na znaczeniu "zawód" polegający na reprezentowaniu innych. Wszędzie tam, gdzie następuje obieg informacji, pojawia się też manipulacja tą informacją. Ci, których celem jest zdobycie władzy (a to jest główny cel wszystkich partii politycznych - co wynika nawet z ustawy o partiach politycznych), będą starali się uzyskać kontrolę nad kanałami obiegu informacji; nie bez powodu wszystkie ostatnie "rewolucje" związane były w jakiś sposób z ośrodkami medialnymi - atakami i przejęciami stacji telewizyjnych, etc... Przed internautami zaś stoi trudne zadanie odnaleźć w tym całym szumie informacyjnym to, co jest prawdą, nie ulec manipulacji...

To co w ostatnich dniach wzbudziło we mnie zadumę nad rzeczywistą możliwością wykorzystania internetu w celu zdemokratyzowania relacji publicznych, to inicjatywa wójta Słupska, który - wobec braku reakcji krajowych władz na jego pytania - zadał pytanie amerykanom i dostał odpowiedź (por. Gminna inicjatywa informacyjna w sprawie tarczy). Nie dość, że dostał odpowiedź od amerykanów, to jeszcze uruchomił witrynę internetową, która ma gromadzić informacje na tematy interesujące lokalną społeczność. W tym sensie wykorzystano narzędzia globalne do lokalnych celów. To jest interesujące.

Temat jest skomplikowany i widzę takie warianty rozważań, które prowadzą w istocie do uznania aktu wyborczego za całkowity bezsens, za coś, co stanowi (już dziś) fikcję przeznaczoną dla mas. Inne zaś warianty rozważań mogą sprowokować do usprawnienia systemu przez większą kontrolę społeczną... Sądzę, że to interesujący temat na bardziej pogłębione studia. Tutaj jedynie wylałem kilka spostrzeżeń. Na szybko. Jak to zwykle w internecie.

Piotr VaGla Waglowski

VaGla
Piotr VaGla Waglowski - prawnik, publicysta i webmaster, autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet. Członek Rady ds Cyfryzacji przy Ministrze Cyfryzacji, ekspert w Departamencie Oceny Ryzyka Regulacyjnego Ministerstwa Rozwoju, felietonista miesięcznika "IT w Administracji" (wcześniej również felietonista miesięcznika "Gazeta Bankowa" i tygodnika "Wprost"). Uczestniczył w pracach Obywatelskiego Forum Legislacji, działającego przy Fundacji im. Stefana Batorego w ramach programu Odpowiedzialne Państwo. W 1995 założył pierwszą w internecie listę dyskusyjną na temat prawa w języku polskim, Członek Założyciel Internet Society Poland, pełnił funkcję Członka Zarządu ISOC Polska i Członka Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. Był również Członkiem Rady Informatyzacji przy MSWiA, członkiem Zespołu ds. otwartych danych i zasobów przy Komitecie Rady Ministrów do spraw Cyfryzacji oraz Doradcą społecznym Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej ds. funkcjonowania rynku mediów w szczególności w zakresie neutralności sieci. W latach 2009-2014 Zastępca Przewodniczącego Rady Fundacji Nowoczesna Polska, w tym czasie był również Członkiem Rady Programowej Fundacji Panoptykon. Więcej >>